3070 został wystrzelony z odciętym dopływem mocy, w stanie spoczynku. Lot był bezzałogowy. Zagrożenie jonizacyjne okazało się po analizie nie do przyjęcia dla pojazdu kosmicznego normalnej konstrukcji, toteż inżynierowie z Cape zlikwidowali całą regulację składu powietrza, całą telemetrię, uzbrojenie i połowę zdolności manewrowej. Ciężar poszedł w osłony. Po wystrzeleniu 3070 był milczący i martwy i pozostać miał taki przez siedem miesięcy.
Generał Hesburgh miał przejąć potem sterowanie i rozegrać manewr cumowania z obu stron. Rzecz była trudna, ale właśnie za to mu płacono.
Generator MHD wysłałyśmy w przestrzeń miesiąc później z załogą składającą się z pary ochotników i z maksymalnym rozgłosem. Teraz wszyscy się tym interesowali. I nikt nie protestował, nawet NLA. Zignorowali pierwszy start. Potwierdzili swoje obserwacje startu 3070 i ofiarowali własne dane sieci NASA. Kiedy poleciał generator, ich ambasador przesłał uprzejmą notę gratulacyjną.
Najwyraźniej coś się działo.
Nie wszystko jedynie w sferze psychologii. Miasto Nowy Jork miało dwa pełne tygodnie bez zamieszek i z wywożeniem śmieci na niektórych głównych ulicach. Zimowe deszcze wygasiły ostatki wielkich pożarów na północnym zachodzie i gubernatorzy Waszyngtonu, Oregonu, Idaho i Kalifornii wystosowali wspólny apel do ochotników. Ponad sto tysięcy młodzieży zgłosiło się do zalesiania górskich stoków.
Jako ostatni zauważył tę zmianę prezydent Stanów Zjednoczonych, zbyt zajęty wewnętrznymi kłopotami narodu, który nadmiernym przyrostem naturalnym i nadmierną konsumpcją wpędził się w nieszczęścia. Lecz nadszedł czas, gdy i on zdał sobie sprawę ze zmiany, jaka zaszła nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale i na całym świecie, nie tylko w nastrojach, ale i w taktyce. Azjaci wycofali swoje nuklearne okręty podwodne na wody zachodniego Pacyfiku i Oceanu Indyjskiego i kiedy potwierdzono to Dashowi, podniósł słuchawkę i zadzwonił do Verna Scanyona.
— Myślę… — tu urwał i wyciągnął dłoń, żeby poczuć gładkość drewnianego blatu na swoim biurku. — Myślę, że wszystko gra. poklep ode mnie swój personel po ramieniu. Czy może czegoś jeszcze ci potrzeba?
Ale nic mu nie było potrzeba.
My już zgrałyśmy swoją ostatnią kartę. Zaszłyśmy tak daleko, jak zajść mogłyśmy, a reszta była w rękach samych uczestników wyprawy.
Czternaście
Marsjański misjonarz
Don Kayman pozwalał sobie na modlitwę nie częściej niż sześć razy dziennie. Modlił się o różne rzeczy — a to o cierpliwość w znoszeniu odgłosu wydawanego przez Tytusa Hesburgha przy wysysaniu zębów, a to o wybawienie od smrodu zastarzałych bąków, zalegającego wnętrze statku kosmicznego, ale były trzy stałe prośby, które znajdowały się w każdej modlitwie: o powodzenie wyprawy, o spełnienie się losu Człowieka wedle woli Bożej i, najgorętsza. o zdrowie i pomyślność dla przyjaciela, Rogera Torrawaya.
Roger dostąpił zaszczytu posiadania prywatnej kabiny do swojej dyspozycji. Niewiele miała ona wspólnego z kabiną, a prywatność polegała jedynie na gumowej kurtynie, cienkiej jak babie lato i lekko prześwitującej, jednak była cała tylko dla niego. Pozostała trójka dzieliła kabinę załogi. Czasami dzielił ją z nimi i Roger, a przynajmniej jego części. Bo ten Roger walał się po całym statku. Don często zaglądał, aby rzucić na niego okiem. Podróż dłużyła się i przykrzyła Kaymanowi. Jego własna specjalność nie miała tu rzecz jasna żadnego zastosowania, dopóki faktycznie nie postawi stopy na powierzchni Marsa, nie wymagała żadnego doskonalenia ani praktyki. Aerologia była nauką statyczną i taką pozostanie, dopóki on sam nie wniesie do niej czegoś po wylądowaniu, na co miał nadzieję. Zatem pozwolił, żeby Tytus Hesburgh zapoznał go z tablicą przyrządów, a trochę później pozwolił, żeby Brad zapoznał go nieco z rozkładaniem cyborga na części. Groteskowy kształt, który z wolna przekręcał się pozując w swym piankowym kokonie, przestał mu być nieznajomy. Kayman poznał każdy jego centymetr, na zewnątrz i w środku. Z upływem wlokących się tygodni pozbył się odrazy, jaka powstrzymywała go od wyciągania oka z oczodołu lub otwierania pokrywy wyłożonego plastikiem brzucha. Ale nie tylko to miał do roboty. Miał swoje taśmy z muzyką, której mógł słuchać, miał od czasu do czasu diamikrokartę, którą mógł przeczytać, miał gry, w które mógł grywać. Mieli z Tytusem Hesburghem równe siły w szachach. Rozgrywali nie kończące się turnieje, najlepsze 38 partii z 75, i wykorzystywali swoje przydziały łączności na przesyłanie im drogą radiową tekstów szachowych z Ziemi. Więcej odprężenia znalazłby ojciec Kayman w częstszej modlitwie, lecz po upływie pierwszego tygodnia przyszło mu na myśl, że jak ze wszystkim, tak i z modlitwą można przeciągnąć strunę. Racjonował ją: po przebudzeniu, przed posiłkami, wieczorem i przed zaśnięciem. To było wszystko. Nie wszystko, oczywiście, jeśli liczyć szybkie pokrzepienia Ojcze Naszem czy odmówieniem różańca Jego Świątobliwości. Następnie powracał do nie kończących się napraw Rogera. Zawsze łatwo zbierało mu się na wymioty, ale Roger najwyraźniej niepomny był tego rodzaju zamachów na swoją osobę i nie cierpiał z ich powodu. Stopniowo Kayman zaczął doceniać wewnętrzne piękno anatomii Rogera, zarówno w części będącej dziełem rąk człowieka, jak i Boga, i wznosił dziękczynne modły za jedno i drugie.
Nie potrafił natomiast wznosić modłów dziękczynnych za to, co Bóg pospołu z człowiekiem zrobili z wnętrzem duszy Rogera. Dręczyło go to, że kradnie się jego przyjacielowi siedem miesięcy życia. Litość brała go na myśl, że Roger darzył miłością kobietę, która tę miłość miała za nic.
Ale zważywszy wszystko razem, Kayman był szczęśliwy.
Nigdy dotąd nie uczestniczył w wyprawie marsjańskiej, a przecież tu było jego miejsce. W kosmos latał dwukrotnie, raz wahadłowcem do sztucznego satelity, jeszcze jako absolwent robiący doktorat z planetologii, drugi raz spędził dziewięćdziesiąt dni na Stacji Kosmicznej Betty. Jedno i drugie liczyło się zaledwie jako praktyka przed wyprawą, która uwieńczy jego studia nad Marsem.
Wszystko, co wiedział o Marsie, poznał za pomocą teleskopu, droga dedukcji albo z cudzych obserwacji. Wiele wiedział na ten temat. Po wielekroć wyświetlał taśmy synoptyczne wszystkich orbiterów, marinerów i surveyorow. Analizował przywiezione próbki gleby i skał. Przeprowadził wywiady ze wszystkimi Amerykanami, Francuzami.i Anglikami, którzy w trakcie swych różnorodnych ekspedycji marsjańskich lądowali na powierzchni planety, jak również z większością Rosjan, Japończyków i Chińczyków.
O Marsie wiedział wszystko. Zawsze wiedział. Jako dziecko wychował się na Marsie Edgara Rice’a Burroughsa, w bajecznym Barsoom brunatnożółtych głębin wyschniętych mórz i śmigających maleńkich księżyców. W miarę dorastania zaczął odróżniać fakty od fikcji. Czteroręcy, zieloni wojownicy i śliczne, czerwonoskóre jajorodne księżniczki marsjańskie nie były prawdziwe w tym sensie, w jakim nauka przystaje do „prawdy”. Wiedział jednak, że naukowe oceny prawdy zmieniały się z roku na rok. Burroughs nie wyssał Barsoom z palca. Wziął je niemalże dosłownie z najbardziej miarodajnej „prawdy” naukowej swoich czasów. To istnienie Marsa Percivala Lowella, nie Burroughsa, zostało ostatecznie podważone przez większe teleskopy i sondy kosmiczne. W „prawdzie” opinii naukowej życie na Marsie narodziło się i umarło kilkanaście razy.
Ale nawet ta kwestia nigdy nie została tak naprawdę rozstrzygnięta. Zależała ona od problemu natury filozoficznej. Co to jest „życie”? Czy musi oznaczać istotę na kształt małpy albo dębu? Czy koniecznie musi oznaczać istotę, która rozpuszcza swoje składniki pokarmowe w opartym na wodzie ustroju biologicznym, uczestniczy w oksyredukcyjnym obiegu przemiany energii, rozmnaża się, a tym samym wyrasta ze swego środowiska?
Читать дальше