— Jak mnie tu znalazłeś?
— Trzeba było trochę pomyśleć… dać parę łapówek. Otwórz drzwi, Lono!
Otworzyła. Nie zmienił się przez te kilka tygodni od czasu, gdy go opuściła. Wszedł nie uśmiechając się tym swoim grymasem, który uchodził za uśmiech, nie dotknął jej, nie pocałował. Pokój tonął w ciemnościach. Chciała go oświetlić, ale powstrzymał ją gestem.
— Przykro mi, że tu tak nędznie.
— Wszystko jest w porządku. Wygląda tak samo, jak pokój, w którym mieszkałem dwa domy dalej.
— Kiedy wróciłeś na Ziemię, Minner?
— Kilka tygodni temu. Szukałem cię.
— Widziałeś się z Chalkiem?
Burris skinął głową.
— Tak, ale wiele nie załatwiłem.
— Ja też nie.
Zwróciła się do przewodu zaopatrzenia żywnościowego.
— Napijesz się czegoś?
— Nie, dziękuję.
Usiadł. Było coś przyjemnie znajomego w sposobie, w jakim sadowił się na jej fotelu z uwagą adaptując wszystkie dodatkowe stawy. Sam ten widok wystarczył, żeby jej serce zaczęło bić przyspieszonym rytmem.
— Elise nie żyje. Zabiła się na Tytanie. Nic nie odpowiedziała.
— Wcale nie prosiłem, żeby tam przyjeżdżała. Była zupełnie zagubiona. Teraz znalazła spokój.
— Jest lepszą samobójczynią niż ja.
— Chyba ty nie…
— Nie. Żyłam sobie spokojnie. Chcę ci wyznać prawdę. Czekałam, że przyjdziesz po mnie.
— Wystarczyło powiedzieć komuś, gdzie jesteś.
— To nie było takie proste. Nie mogłam rozgłaszać, gdzie jestem. Cieszę się jednak, że jesteś. Mam ci tyle do powiedzenia.
— A mianowicie?
— Chalk nie ma zamiaru załatwić dla mnie żadnych dzieci. Sprawdziłam. Nie mógłby tego zrobić, nawet gdyby chciał. Ale nie chce. Było to po prostu wygodne kłamstwo, żeby skłonić mnie do współpracy.
Burris zamrugał.
— Chcesz powiedzieć, żeby cię skłonić do dotrzymywania mi towarzystwa?
— Tak. Nie chcę niczego ukrywać. I tak już pewnie się domyśliłeś. Musiała być jakaś cena za tę wyprawę. Ceną tą były dzieci. Ja dotrzymałam umowy, ale Chalk nie.
— Wiem, że cię kupili, Lono. Mnie też. Chalk wynalazł przynętę, żebym wyszedł z ukrycia i przeżył romans międzyplanetarny z pewną dziewczyną.
— Transplantacja do innego ciała?
— Tak — przyznał Burris.
— Nie załatwi ci tego tak samo, jak nie załatwi dzieci dla mnie.
Czy rozwiałam jakieś twoje złudzenia? Chalk oszukał ciebie, tak samo jak mnie.
— Domyślałem się tego od chwili powrotu. Możliwość transplantacji jest odległa co najmniej o dwadzieścia lat, a nie pięć, jak mówił. Niektórych problemów może nigdy nie rozwiążą. Można przenieść mózg do innego ciała i utrzymać go przy życiu, ale — jak by to powiedzieć — znika dusza. Pozostaje żywa istota, która jest pozbawiona zdolności myślenia. Chalk wiedział o tym, kiedy składał mi propozycję.
— Uzyskał od nas ten romans, którego chciał, nie dając nic w zamian.
Lona wstała i zaczęła chodzić po pokoju. Podeszła do małego kaktusa w doniczce, który dała kiedyś Burrisowi, i jednym palcem delikatnie pogładziła kolczastą powierzchnię. Burris zauważył kaktus dopiero teraz. To, że go ma, sprawiło mu przyjemność.
— Czy wiesz, po co on nas ze sobą zetknął?
— Żeby zrobić pieniądze na reportażach. Znajduje dwoje nieszczęśliwych ludzi i za pomocą różnych sztuczek skłania ich, żeby znowu zaczęli żyć. No, i opowiada o tym światu…
— Nie. Chalk ma dość pieniędzy. Wcale mu nie chodziło o zyski.
— A o co?
— Pewien idiota powiedział mi, o co naprawdę chodziło. Nazywa się Melangio. Potrafi różne sztuczki z kalendarzem. Może widziałeś go w telewizji. Chalk wykorzystał go w kilku programach.
— Nie.
— Spotkałam go u Chalka. Czasami nawet głupiec potrafi powiedzieć prawdę. Powiedział, że Chalk chłonie uczucia. Żywi się strachem, bólem, zazdrością i smutkiem. Tworzy sytuacje, z których może wyciągnąć korzyści dla siebie. Doprowadzenie do spotkania dwojga ludzi, którzy są tak okaleczeni, że prawdopodobnie nie potrafią oddać się szczęściu i obserwowanie ich, napawanie się ich nieszczęściem, wysysanie.
Burris wyglądał na zaskoczonego.
— Nawet na taką odległość? Mógł zdobywać tę pożywkę nawet, kiedy byliśmy w Luna Tivoli czy na Tytanie?
— Za każdym razem, kiedy kłóciliśmy się… Czuliśmy się potem tacy zmęczeni… jakbyśmy utracili dużo krwi, jakbyśmy mieli po sto lat.
— Tak!
— To był Chalk. Pasł się naszym cierpieniem. Wiedział, że znienawidzimy się i tego właśnie chciał. Czy może istnieć wampir uczuć?
— A zatem wszystkie jego obietnice tchnęły fałszem — wyszeptał Burris. — Jeżeli to prawda, to byliśmy marionetkami w jego rękach.
— Ja wiem, że to prawda.
— Ponieważ powiedział ci o tym ten idiota?
— To bardzo mądry idiota, Minner. Sam się zresztą nad tym zastanów! Przypomnij sobie wszystko, co Chalk ci powiedział. Przemyśl wszystko, co się wydarzyło. Dlaczego Elise zawsze była pod ręką, żeby rzucić ci się na szyję? Czy nie myślisz, że miało to swój cel? Chodziło o to, aby mnie rozzłościć? Byliśmy powiązani naszą innością… naszą nienawiścią. I to właśnie Chalkowi odpowiadało.
Burris przyglądał się jej spokojnie przez dłuższą chwilę.
Następnie bez słowa podszedł do drzwi, otworzył je, wyszedł do holu.
Lona usłyszała szamotaninę. Nie mogła zobaczyć, co się tam dzieje, dopóki Burris nie pojawił się znowu, trzymając wyrywającego się i wijącego Aoudada.
— Pomyślałem sobie, że będziesz gdzieś w pobliżu — powiedział Burris. — Wejdź, wejdź! Chcielibyśmy porozmawiać!
— Nie rób mu krzywdy, Minner. On był tylko narzędziem.
— Ale odpowie na kilka pytań. Prawda, Bart?
Aoudad zwilżył wargi. Jego oczy przeskakiwały z niepokojem z jednej twarzy na drugą.
Burris uderzył go. Jego ręka poruszała się z taką szybkością, że Lona nic nie dostrzegła. Nic także nie zauważył Aoudad, ale jego głowa odskoczyła nagle do tyłu, a on sam zatoczył się ciężko na ścianę. Burris nie dał mu żadnej szansy obrony. Aoudad mógł jedynie trzymać się półprzytomnie ściany, podczas gdy sypał się na niego grad ciosów. W końcu opadł na podłogę. Oczy miał wciąż otwarte, twarz zakrwawioną.
— Mów — powiedział Burris. — Opowiedz nam o Duncanie Chalku!
* * *
Później wyszli z pokoju. Aoudad pogrążył się w spokojnym śnie. Na ulicy znaleźli jego samochód czekający na podjeździe. Burris uruchomił go i ruszył w kierunku biura Chalka.
— Popełniamy błąd — powiedział. — Nie powinniśmy starać się odzyskać siebie, jacy byliśmy w przeszłości. Jesteśmy, czym jesteśmy. Ja jestem okaleczonym astronautą. Ty jesteś dziewczyną, która urodziła setkę dzieci. Byłoby błędem, gdybyśmy usiłowali od tego uciec.
— Nawet gdybyśmy mogli uciec?
— Nawet gdybyśmy mogli. Może kiedyś udałoby się im obdarzyć mnie nowym ciałem. Dobrze. No, i co z tego? Straciłbym to, czym jestem teraz, a nie uzyskałbym niczego. Zatraciłbym się. Mogliby dać ci dwoje dzieci. Może. A co z pozostałymi dziewięćdziesięcioma ośmioma? Co się stało, to się nie odstanie. Rzeczywistość wchłonęła nas. Czy nie jest to dla ciebie zbyt niejasne?
— Mówisz, że musimy pogodzić się z tym, czym jesteśmy.
— Tak! Właśnie tak! Już dość uciekania. Dość dumania. Dość nienawiści.
— Ale świat… normalni ludzie…
— To nasi wrogowie. Chcą nas zniszczyć. Chcą nas zamknąć w muzeum osobliwości. Musimy się bronić, Lono! Samochód zatrzymał się przed niskim budynkiem bez okien.
Читать дальше