Nawet jeśli była zmorą, nawet jeśli za maską skrywała się chciwość i wyrachowanie, to co z tego? W takim wypadku jedyne właściwe postępowanie to dopchać się do koryta i złapać dla siebie, co się da. Funkcja w eskadrze Michi Chen to tylko przekąska.
A jeśli Terza Chen była tym, czym się wydawała, to jeszcze lepiej i był szczęściarzem. Sula kiedyś nazwała go największym szczęściarzem we wszechświecie. Z pewnością miał sporo szczęścia, że uciekł od Suli. Może Terza Chen była następnym wielkim szczęśliwym trafem?
W dali zadźwięczał gong na kolację. Goście weselni kierowali się ku sali balowej, gdzie zastawiono stoły.
Spojrzał na Terzę i położył dłoń na jej dłoni.
— Po prostu pamiętaj: miałaś swoją szansę ucieczki — powiedział.
Świadomy lekkiego dotyku jej ramienia — nie dotyku kobiety, którą kochał, lecz kogoś obcego — Martinez odwrócił się i poszedł z Terzą ku oczekującemu ich losowi.
* * *
Zebrawszy informacje na temat Banku Genów, Sula nie odkryła luk w przepisach określających działanie banku i po chwili łzy zaczęły jej przesłaniać widok displeju. Drgnęła zdziwiona melodyjnym sygnałem komunikatora. Wytarła spuchnięte oczy wierzchem dłoni i odebrała wiadomość. Kilka minut później kwitowała pakiet rozkazów z Dowództwa.
Jej urlop oficjalnie się skończył i następnego dnia miała dołączyć do sztabu Dowódcy Floty Ro-daia, kierującego ciałem o nazwie „Zarząd Konsolidacji Logistycznej” z siedzibą w biurowcu w Dolnym Mieście.
Sula odgrzała poranną herbatę i osłodziła ją syropem z trzciny cukrowej. Przeglądała rozkazy, wydrukowane na szeleszczącym uszlachetnionym papierze Dowództwa.
„Poleca się pani stawienie o godzinie 09:01 w pokoju 890 Dix Building”… Było to takie konkretne: kremowy papier, ostre kontury liter, bezpośrednie i jasne sformułowania rozkazu. I ta rzeczywistość spowodowała, że Sula podjęła decyzję.
Pójdzie za róg, do Pałacu Shelleyów i zobaczy się z Martinezem. Zmusi go do rozmowy, jeśli to potrzebne, utrzymując, że dostała rozkazy z Dowództwa — przecież ma w ręku kopertę i papier. Powie Martinezowi, że nie jest prawdziwą lady Sulą, ale uzurpatorką, która zajęła jej miejsce. Zda się na jego łaskę. „Uderz mnie, napluj mi w twarz, wydaj mnie władzom… albo się ze mną ożeń”.
Jego wybór.
Pomysł był tak niebezpieczny, że poczuła spodziewany napływ adrenaliny i zjeżyły się jej włoski na karku. W głębi duszy poczuła śpiew dzikiego wichru wyzwolenia. Ujawnienie sekretu zdawało się upijać jak wolność.
Sula umyła twarz i nałożyła makijaż. Włożyła rozkazy z powrotem do koperty. Usiłowała znów ją zapieczętować, ale uznała, że nie ma to znaczenia. Mimo wszystko, nie były to tak naprawdę rozkazy dla Martineza.
Nadzieja ogarnęła jej serce. Wyprostowała ramiona, założyła czapkę mundurową i wyszła z mieszkania z szeleszczącą kopertą w lewej ręce. W jej mózgu takt wybijał werbel, kiedy maszerowała po chodniku we właściwym wojskowym stylu. Na rogu wykonała staranny zwrot w prawo i przedefilowała przed front Pałacu Shelleyów.
Na jej dzwonek zareagowała jedna z brzydkich pokojówek sióstr Martineza.
— Z kapitanem Martinezem, proszę. Rozkazy z Dowództwa — oznajmiła.
Służąca, lekko zaczerwieniona, miała twarz wykrzywioną w uśmiechu, który świadczył o tym, że Sula przerwała jej niezły chichot.
— Kapitana Martineza nie ma w domu, milady. Chyba jest ze swoją narzeczoną.
— Mam na myśli lorda Garetha — uściśliła Sula — nie lorda Rolanda. — I pomyślała natychmiast, ale o wiele za późno: „czyżby Roland się żenił?”.
Służąca wyglądała na trochę zdziwioną.
— To lord Gareth się żeni, milady. Z lady Terzą Chen. Wszystkim nam to niedawno powiedziano. — Zaszokowana mina Suli chyba ją zdziwiła. — Jeśli to pilne, może pani próbować go znaleźć w Pałacu Chenów, panienko.
— Dziękuję — powiedziała Sula. — Właśnie tak zrobię. Drzwi się zamknęły.
— Aha — powiedziała Sula.
Uratowały ją wojskowe odruchy. Choć w kolanach nagle zabrakło siły, Sula zdołała wykonać obrót, zwrot o dziewięćdziesiąt stopni na ulicy i następny zwrot na rogu.
Po drodze do mieszkania poszarpała kopertę i jej zawartość na drobne kawałeczki.
Dziwka, dziwka! On należał do mnie.
— Gratuluję nowego zięcia — powiedział lord Pezzini. — Teraz rozumiem, dlaczego z takim uporem promował pan jego karierę.
Lord Chen, spojrzał na Pezziniego. Miał myśli przepełnione goryczą, twarz bez wyrazu.
— Dziękuję, milordzie — powiedział. — Choć wierzę, że pomoc, którą usiłowałem okazać kapitanowi Martinezowi, spowodowały wyłącznie jego zasługi.
Wargi Pezziniego wykrzywiły się w protekcjonalnym uśmiechu.
— Oczywiście — powiedział.
Lord Chen rozważał, co z tym uśmieszkiem zrobiłby wymierzony otwartą dłonią policzek, i smakował ten obraz oczyma duszy, gdy razem z Pezzinim szli do ponurej, cichej sali posiedzeń Zarządu.
Pezzini nie był pierwszym, który uśmiechem wyższości zareagował na tę nowinę. Kiedy poprzedniego popołudnia na weselnym bankiecie ogłoszono zaręczyny Terzy z Martinezem, nastąpiły uprzejme brawa i gratulacje, ale Chen widział spojrzenia wymieniane przez gości — zdziwienie, po którym następowało poczucie wyższości, litość i pogarda. Jeszcze jedna wielka stara rodzina spadła do poziomu klanu parweniuszy Martinezów. Ngeni, Yoshitoshi, a teraz Chen. Jakąż zachętę zaproponował lord Roland, by przekonać lorda Chena do zgody na taki pośpieszny, niewskazany alians? I jakież to roje wsiowych, nieokrzesanych kuzynów, bratanków i siostrzenic Martinezów wyroją się niedługo w Górnym Mieście, by ograbić wielkie rodziny z ich synów i córek?
Zachęty Rolanda Martineza były rozliczne. Rozliczne były również zawoalowane groźby. Forsowanie linii obrony lorda Chena zabrało Rolandowi cały ranek. Raz czy może nawet dwukrotnie Chen chciał już wołać służbę, by wyrzuciła Rolanda z domu.
Nawet teraz ledwie wierzył, że oddał swoją córkę — nie, poprawił się bezlitośnie, nie oddał. Sprzedał.
Sprzedał człowiekowi, który bez wątpienia na swój sposób zasługiwał na pochwały. Sprytny — to właściwe określenie — pomysłowy osobnik, który radził sobie dobrze w wybranej dziedzinie, ale w żadnym wypadku nie zasługiwał na mariaż z którymś z Chenów. Sam fakt, że był użyteczny, wcale nie oznaczał, iż zasługuje, by być ojcem następnego dziedzica klanu. No bo kim byli jego przodkowie? Ilu pałaców w Górnym Mieście byli właścicielami? Ile stuleci nimi władali?
Terza dobrze przyjęła tę wiadomość. Po prostu pochyliła głowę, pomyślała przez chwilę i powiedziała łagodnie: „Tak, ojcze”. Widok córki, która w swoim pokoju otrzymuje taką wiadomość, ubrana w wykwintną suknię, mając nadal we włosach żałobne wstążki po lordzie Richardzie, omal nie złamał Chenowi serca.
Lady Chen okazała się o wiele mniej rozsądna. Wrzeszczała, płakała i groziła, a kiedy nic nie poskutkowało, zamknęła się w swoim pokoju i odmówiła pójścia na wesele Yoshitoshiego. Lord Chen miał wrażenie, że już nic więcej nie zdoła zrobić, by namówić żonę do uczestniczenia w ślubie własnej córki To kwestia szczęścia, myślał lord Chen, kiedy zajmował miejsce przy czarnym jak noc stole w sali Zarządu. Klan Martinezów miał szczęście, a klan Chenów nie. Potrzebował szczęścia Martinezów.
Ale pewnego dnia, przyrzekał sobie, szczęście się odwróci. Klan Chenów powróci do poprzedniej chwały i stanie samodzielnie, bez żadnej pomocy.
Читать дальше