— Triumf będę czuł, kiedy zobaczę tych wszystkich ludzi u nas — powiedział Roland i popił białego wina. — Przepraszam, że swym spóźnieniem zgorszyłem Yoshitoshich — zwrócił się do Martineza.
— Jestem przekonany, że spóźniłeś się z ważnego powodu.
— Rzeczywiście. — Spojrzał z ukosa na brata zmrużonymi, kocimi oczyma, jakby nie chciał patrzeć mu w twarz. — Mam nadzieję, że docenisz moje wysiłki.
— Docenię, jeśli załatwiłeś mi robotę. — Martinez nie miał nastroju do gierek Rolanda.
Roland uśmiechnął się nieznacznie.
— W pewnym sensie załatwiłem — powiedział. — Zaaranżowałem twoje małżeństwo.
Martinez odpowiedział zimnym, morderczym spojrzeniem. Roland spojrzał na zatłoczoną salę i podniósł kieliszek, by pozdrowić jakiegoś Lai-owna w konwokackiej czerwieni.
— Wszedłeś do gry, Gareth, a ja powiedziałem, że podejmę twoją sprawę.
— Spodziewam się — oznajmił Martinez — że jesteś przygotowany, by płaszczyć się w usprawiedliwieniach przed rodziną tej biednej kobiety albo nawet by samemu ją poślubić.
Roland uniósł brwi w wyrazie fałszywej niewinności.
— Nie chcesz wiedzieć, jak się nazywa?
— Miałem nadzieje, że się tego nie dowiem.
— Terza Chen. — I korzystając z osłupienia Martineza, ciągnął dalej. — Nie masz pojęcia, jak musiałem naciskać jej ojca. Pragnął przygarnąć miliony naszych prowincjonalnych zenitów, ale prowincjonalny zięć, to sprawa zupełnie inna. — Oczy zabłysły mu samozadowoleniem. — Jednak przekonałem go, że nasze przymierze potrwa naprawdę długo.
Martinez odzyskał mowę.
— Terza Chen? To szaleństwo.
Na twarz Rolanda powrócił wyraz udawanej niewinności.
— Naprawdę? Czemu?
— Przede wszystkim ona jest w żałobie.
— Lord Richard Li nie żyje.
Lord Richard Li? — myślał Martinez. Jedna z wybitnych wschodzących gwiazd Floty? To właśnie po nim nosiła żałobę.
— Zmarł bardzo niedawno — zauważył Martinez. — Nie mogła się jeszcze z tego otrząsnąć.
Roland ujął Martineza za łokieć i nachylił się do jego ucha.
— W przypadku żałobnych wdów, najlepiej atakować szybko. Sądzę, że tak samo jest z narzeczonymi w żałobie.
Martinez ujął dłoń Rolanda.
— Zapomnij o tym. — Oczyma przeszukał tłum. — Lord Chen musi tu gdzieś być. Znajdę go i powiem, że ślubu nie będzie.
— Jeśli musisz. — Roland wzruszył ramionami. — Przy okazji możesz mu powiedzieć, że nie przyjmiesz także swojej nowej nominacji.
Martinez znów spojrzał zimno na Rolanda, ale rosnące ciepło pod kołnierzykiem informowało go, że w jego spojrzeniu brak przekonania.
— Och, czyżbym zapomniał o tym wspomnieć? — Roland uśmiechnął się jak najedzony do syta drapieżnik. — Dowódca eskadry lady Michi Chen potrzebuje na pokładzie swego okrętu flagowego oficera taktycznego. I oczywiście później, kiedy awansuje, będzie mogła oferować ci kolejno stanowiska, jedno po drugim.
A później, gdy Martinez milczał, Roland znowu się nachylił i powiedział mu do ucha, jedwabiście mrucząc:
— Wiesz, pomyślałem sobie, że może to odpowiednio skieruje twoje zainteresowania.
Martinez wędrował przez Pałac Yoshitoshich otumaniony. Głowę, niezdolną zebrać myśli, zalewały przypadkowe fale czystych emocji: najpierw ślepego gniewu, potem dziwacznej wesołości, abstrakcyjnej ironii, i głębokiego wstrętu. Wstręt i ironia zdawały się dominować; uczucia tak silne, że czuł ich smak.
Ironia smakowała jak kawowe fusy, a wstręt jak miedź.
Gracja i subtelne maniery, myślał, dobrze skrojone mundury, brokat i wyszywanki z pereł — a w środku nie ma nic. Tłuste, bezwłose zwierzęta, mielące zębami trzonowymi, żuchwami ociekającymi gęstym sokiem wspólnego koryta.
Chciał na nich wrzasnąć. Wrzasnąć. Ale nie słuchaliby, nie zaprzestali żarcia, nawet gdyby nagle z mgły wynurzyli się Naksydzi, grożąc, że rozwalą ten cały cuchnący chlew.
Martinez znalazł Terzę przy papierowym parawanie, całkowicie białym z wyjątkiem jednego bladoniebieskiego panelu. Jej suknia stanowiła promienny kontrast z surowością panującego wokół stylu. Uszyta w bardzo popularnym od chwili rozpoczęcia wojny, ozdobnym i wyszukanym stylu, w kolorze głęboko złocistym z wzorem zielonej roślinności i jaskrawych szkarłatnych kwiatów. Cała we frędzlach i falbanach, z rozcięciami, odsłaniającymi satynową halkę. Włosy Terzy, związane białą żałobną nicią, pokrywała delikatna siateczka białych kwiatuszków. Dziewczynę otaczała grupa przyjaciółek, a ona zdawała się ich słuchać ze staranną uwagą.
Martinez zawahał się na jej widok, a potem przeszedł przez tłum i stanął u jej boku. Odwróciła się do niego, rozchylając wargi w nieśmiałym uśmiechu.
— Kapitanie Martinez.
— Milady — odpowiedział. Odwrócił się do jej przyjaciółek. — Proszę wybaczyć, że zabiorę lady Terzę.
Odprowadził ją na stronę, bocznym korytarzem. Nerwy wysyłały sygnały sprzecznych impulsów: śmiać się, jęczeć, zerwać z siebie ubranie i z wrzaskiem pomknąć holem. Zamiast tego zapytał:
— Czy pani ojciec z panią rozmawiał?
— Tak — odpowiedziała łagodnym głosem. — Tuż przed naszym wyjściem z domu.
— Otrzymała pani tę wiadomość przede mną. — Terza poruszała się z doskonałą gracją w swej wymyślnej, szeleszczącej sukni. Martinez na chybił trafił nacisnął klamkę jakichś drzwi. Otworzyły się na sypialnie-salon: ponure łóżko w czerniach i bielach i jasnopopielate biurko, z papierem, szklanymi piórami do kaligrafii i laską gotowego do użycia tuszu. Wciągnął dziewczynę do środka i zamknął drzwi.
— Przepraszam za nici żałobne. — Terza gestem wskazała swoje włosy. — Wiem, że nie powinnam nosić żałoby, kiedy jesteśmy zaręczeni, ale ojciec rozmawiał ze mną po tym, jak już się ubrałam.
— Wszystko w porządku — odparł Martinez. — Z tego, co słyszałem o lordzie Richardzie, wynika, że w pełni zasługuje na żałobę.
Terza odwróciła wzrok. Zapadła niezręczna cisza. Martinez ujął swe myśli w karby.
— Niech pani posłucha — powiedział. — Jeśli pani tego nie chce, odwołamy to. I po wszystkim.
Przez jej twarz przemknęło niewyraźne zdziwienie.
— Ja… — Jej wargi ułożyły się w słowo, którego nie wypowiedziała. Jej wzrok przeskoczył na Martineza. — Nie sprzeciwiam się — oznajmiła. — Wiem, że rodziny aranżują takie rzeczy. Moje zaręczyny z lordem Richardem zostały zaaranżowane.
— Ale przynajmniej znała go pani. Obracaliście się w tym samym kręgu. Mnie pani ledwie zna.
Terza płynnie skinęła głową.
— To prawda, ale… — W jej oczach igrała jakaś myśl. — Jest pan osobą, która odnosi sukcesy i na której można polegać. Jest pan inteligentny. Pana rodzina ma pieniądze. O ile mogę stwierdzić, jest pan uprzejmy. — Suknia zaszeleściła, gdy Terza uniosła dłoń i dotknęła rękawa Martineza. — U męża to zalety.
Martinez czuł, jak świat wiruje w zawrotnych pętlach wokół małego pokoju z biurkiem i ascetycznym małym łóżkiem. Patrzył na stojącą przed nim młodą kobietę, na idealnie wyszkolone ciało i jego gibki wdzięk, na eleganckie dłonie, na śliczną pogodną twarz, gładką skórę i zastanawiał się, czy to, co ogląda jest całkowicie sztuczne — czy to wytrenowana reakcja kobiety, która zna i wykonuje swoje obowiązki wobec klanu, choć może czuć do tego obrzydzenie. A jeśli przypadkiem za słowami kryją się szczere uczucia? Czy pod warstwą brokatu i elegancji, jest ona jednym z tych zmorowatych stworzeń, które widział stłoczone przy korycie, czy też jest tym, czym się wydaje — piękną i łagodną istotą ludzką?
Читать дальше