Spojrzała na niego dziwnie.
— Moja rodzina nie żyje.
— To też ma swoje zalety — rzekł. — A w ogóle to chciałbym dołączyć właśnie do ciebie.
Wyraz jej twarzy złagodniał. Martinez znów pocałował Sulę, a ona dłońmi przytrzymała jego głowę, oddając pocałunek. Dołączyć do rodziny Suli? — pomyślał. Mógłby. Wierzył, że może.
Sula obserwowała wirującą w tańcu dziewczynę, otoczoną zawieruchą ostrzy. Światło pochodni migotało na hartowanej stali. Noże, przymocowane gumkami do kostek, bioder i przegubów, żonglerka wyrzucała nad głowy widzów. Powracały błyskawicznie. Dziewczyna musiała je łapać i natychmiast rzucać ponownie lub pozwalać, by gumy owijały się wokół jej korpusu, głowy czy kończyn. Odrzucała je wtedy, obracając się gwałtownie lub szarpiąc głową.
Wyczucie czasu zapierało dech. Wystarczyła najmniejsza niezręczność i dziewczyna zostałaby zraniona — a gdyby przypadkowo nóż przeciął gumę, mógłby utkwić w oku kogoś z publiczności.
Oddech Suli zamarzał w chłodnym nocnym powietrzu. Martinez oplótł ją ramionami z tyłu — odchyliła się, szukając jego ciepła.
Odwiedzili wiele klubów w Dolnym Mieście, a kiedy wracali, na szerokiej płycie przed dolną stacją kolejki linowej natrafili na grupę ulicznych kuglarzy. Wśród pochodni dobosze Cree wybijali rytm, daimońscy akrobaci balansowali na krzesłach, beczkach lub nawzajem na własnych ciałach, a cieniolubni Torminele, o ogromnych oczach szeroko rozwartych w półmroku, odgrywali slapstickową komedię. W powietrzu unosił się ciężki zapach pieczonych kasztanów i kolb kukurydzy, przysyłanych tu z południowej półkuli Zanshaa i sprzedawanych bezpośrednio z rusztów na węgiel drzewny. Akurat teraz terrańska dziewczyna, dziecko prawie, odważnie komenderowała latającymi nożami z miną kamienną i pełną skupienia. Suli aż zaschły z podziwu usta.
— Masz, spróbuj — powiedział Martinez.
W ręce trzymał kandyzowaną taswę — kupił ją na straganie. Sula zatopiła zęby w owocu. Jaskrawe iskierki słodyczy eksplodowały na języku, ale natychmiast cierpkość zalała usta.
— Dzięki — powiedziała skrzywionymi kwasem wargami. Żonglująca dziewczyna rozmyła się w plamie ruchu, jaskrawe noże trzaskały wokół jak bicze. Sula słyszała na bruku odgłos jej miękkich skórzanych podeszew. Dziewczyna podskoczyła i skręconym saltem wpadła tuż za pole rażenia noży. Jej dłonie rozmazywały się w oczach widzów, gdy chwytała w powietrzu stalowe ostrza. Metal szczękał o metal. I nagle stanęła w bezruchu z pękiem noży w dłoniach. W zupełnej ciszy dostawiła do siebie stopy i skłoniła się.
Publiczność — około setki osób, wracających do Górnego Miasta — zaczęła bić brawo i krzyczeć z zachwytu. Sula również wyrażała wielki podziw, klaskała, aż jej dłonie poczerwieniały, a kiedy jeden z Tormineli podszedł po datki z przenośnym terminalem, wklepała sporą sumę.
Podczas kolejnego występu smętny Terranin odbijał jedynie piłkę o płytę, ale czynił to w zadziwiający sposób. Ręce Martineza cały czas oplatały Sulę. Odgryzła kawałek kandyzowanej taswy.
Siedzę w kręgu pochodni, patrzę, jak dorosły człowiek odbija piłkę i czuję… co?
Szczęście… Ten wniosek tak ją zaskoczył, że, zdumiona, głęboko wciągnęła przesycone węglowym dymem powietrze.
Szczęście. Rozkosz. Zadowolenie.
Samo pojęcie szczęścia musiała zbadać starannie, niczym saper badający minę. Wydało jej się podejrzane. Chwile szczęścia miewała w życiu rzadko, a od kiedy grała rolę lady Suli, nie zdarzały się nigdy. Nie sądziła, że szczęście jest możliwe — przecież całe jej życie było oszustwem i stale musiała się pilnować, by nie zdemaskował jej jakiś lapsus.
Występujący zareagował na piłkę odbitą w niespodziewanym kierunku i Sula zaśmiała się. Przycisnęła do siebie ręce Martineza. Jej mózg zalała leniwa przyjemność.
Szczęście. Co za szok.
* * *
— Nie — oznajmił lord Tork. — Nigdy. Porzucić stolicę? To absolutnie nie do pomyślenia.
Lord Chen udał zaciekawienie, którego nie czuł.
— Moja siostra i lord dowódca eskadry Do-faq, oboje poparli ten plan. Jakie są pańskie zastrzeżenia?
— Zanshaa jest sercem imperium! — zaśpiewał Tork. — Stolicy poddać nie można.
— Broniąc Zanshaa, stawiamy wszystko na jedną bitwę, w której od początku nie mamy szans — oznajmił Chen.
— Jeśli rząd można przenieść… — zaczęła lady Seekin.
— Rząd się stąd nie ruszy — oświadczył lord Tork. — Lord Said nie pozwoli na krok aż tak radykalny.
Załatwimy to, pomyślał ponuro lord Chen. Postaram się o osobiste spotkanie z lordem seniorem.
Ośmioro członków Zarządu Floty siedziało wokół czarnego szerokiego stołu w wielkiej, cienistej sali Dowództwa. Zapomniano powiedzieć obsłudze, żeby usunęła dziewiąty fotel, przystosowany do długiego mostka Lai-ownów. Stał pusty jako przypomnienie o lady San-torath, zrzuconej przed dwoma dniami ze skały w Górnym Mieście.
— Chciałbym ponadto zauważyć — ciągnął Tork — że to niestosowne, żeby młodszy kapitan składał Zarządowi takie memoriały. Młodsi kapitanowie powinni w milczeniu wykonywać przydzielone im zadania i oszczędzać nam swoich opinii.
Lord Chen podejrzewał, że wpada w pułapkę, ale jednak zabrał głos, należało bowiem wyjaśnić pewne sprawy.
— Proszę o wybaczenie, lordzie Dowódco Floty, ale to nie jakiś młodszy kapitan przedłożył ten plan Zarządowi. To ja go przedłożyłem — oznajmił.
Wiedząc, że Zarząd jest uprzedzony do Martineza, poinformował ich tylko, że to dzieło dwóch oficerów, którzy pokazali mu swe opracowanie.
Tork zwrócił białą, okrągłooką twarz ku lordowi Chenowi. Pasmo martwego ciała dyndało mu z podbródka jak wielki zakręcony zwierzęcy wąs.
— Dowódca eskadry Do-faq przedłożył mi ten memoriał dziś rano i jako autora podał kapitana Martineza.
— Martineza! — wykrzyknął młodszy dowódca floty Pezzini, jakby właśnie potwierdzono jego osobistą straszną teorię, i walnął z irytacją otwartą dłonią w blat stołu.
Lord Chen chętnie by wspomniał o lady Suli jako współautorce, ale podejrzewał, że tylko by ją w ten sposób pogrążył.
— Kapitan Martinez ma zwyczaj składania memoriałów swym zwierzchnikom — ciągnął Tork z dezaprobatą w głosie. — Przedstawił radykalną teorię taktyczną Do-faqowi, a Do-faq dał to pańskiej siostrze. Teraz oboje zarządzają manewry szkodliwe dla wojskowej tradycji i praktyki.
— Czy on nigdy nie przestanie się wtrącać? — ozwał się Pezzini, uprzedzając replikę Chena. — Parę dni temu rzucił cień na imię mego klienta, młodzieńca całkowicie godnego zaufania, który ogromnie go poważał… poważał wbrew moim radom, muszę to podkreślić.
— Nie znajduję w tym wszystkim ani krzty czegoś niewłaściwego — oświadczył lord Chen. — Kapitan Martinez przekazał swoje sugestie zwierzchnikom z właściwym respektem i oznakami szacunku. A teraz wasi dowódcy dostrzegli zalety tych propozycji.
— Zgnilizna szeroko się rozprzestrzenia — odparł Tork. — Ufam, że lord dowódca Floty Kangas powstrzyma infekcję i odbuduje dyscyplinę. Jedynie taktyka naszych przodków stosowana nieugięcie zdoła, być może, ocalić stolicę.
— Niech Martinez sobie gnije w tej cholernej wojskowej zawodówce — powiedział Pezzini. — To powinno ostudzić jego ambicje.
Twarz Chena nie wyrażała nic, ale wnętrzności skręcały mu się z narastającej pogardy. Chciał wrzasnąć: „Umiecie tylko przegrywać wojny. Pokazano wam, jak można zwyciężyć, a wy tego nie widzicie”.
Читать дальше