Lekki rumieniec wystąpił na jej policzki. Patrzyła na swoje dłonie.
— Nie — powiedziała. — To konieczne. Poślubię P.J. Martinez walnął pięścią w podłokietnik fotela. Echo uderzenia odbiło się od panelowych ścian.
— Jeśli uważasz — zwrócił się do Rolanda — że P.J. jest tak wiele wart, to sam się za niego wydaj.
Na ustach Rolanda pojawił się lekki uśmiech.
— On chyba nie ma stosownego odchylenia hormonalnego. — Spojrzał na brata. — Gare, przestań myśleć jak oficer. Nie można wziąć Górnego Miasta szturmem. Trzeba do niego przeniknąć.
Martinez wstał i gniewnym krokiem podszedł do brata.
— O co grasz? Co tak cennego jest w Górnym Mieście, że warto sprzedać własną siostrę jakiemuś P.J. Ngeniemu?
Roland uniósł podbródek.
— Gramy o właściwe miejsce w strukturze imperium. Jaka inna stawka byłaby warta gry? — Podniósł na Martineza spojrzenie łagodnych brązowych oczu. — A ty, Gare? Nie zauważyłem u ciebie braku ambicji. Ukartowałeś te fikcyjne zaręczyny częściowo dla własnych korzyści, a teraz Walpurga ma płacić za to, że coś się nie udało.
Wściekłość wybuchła w żyłach Martineza. Podszedł jeszcze bliżej do Rolanda i uniósł pięść. Ten nawet nie drgnął; przyglądał się bratu z beznamiętnym, uważnym zainteresowaniem.
Po chwili Martinez odwrócił się do Walpurgi, powoli opuszczając pięść.
— Nie będę walczyć w twojej sprawie, jeśli ty nie walczysz — oznajmił.
Walpurga nic nie odrzekła. Zwróciła się do Rolanda:
— Zadzwoń.
— Powariowaliście! — krzyknął Martinez i szybko wyszedł z salonu.
Wbiegł po schodach do swojego pokoju, nadal pachnącego chmielem, i długą chwilę chodził wściekły przy nogach łóżka. Podniósł bluzę munduru i włączył displej komunikatora.
— Pilne do porucznika lorda Nikkula Shankaracharyi — powiedział. — Tu kapitan Martinez. Masz się ze mną natychmiast skontaktować.
Odpowiedź przyszła za parę minut, odpowiedź od Sempronii. Jej zwężone oczy patrzyły na niego z displeju mankietu.
— Za późno — powiedziała.
— Nie jest za późno. Twoje zaręczyny z P.J. były żartem. Nikt nigdy nie zamierzał tego zrealizować. Nic mnie nie obchodzi, co robisz z Shankaracharyą, może nawet P.J. to nie obchodzi, ale teraz, gdy uciekłaś, Walpurga będzie musiała zawrzeć twoje małżeństwo.
Sempronia pogardliwie prychnęła przez wydęte usta.
— No i co? Walpurga nie miała oporów w stosunku do P.J., gdy ja byłam z nim zaręczona. Teraz dla odmiany niech ona go zabawia.
— Proney…
— Gareth, nie jestem twoim pionkiem! — syknęła. — To ty przykułeś mnie kajdanami do P.J.! Potem zniszczyłeś karierę Nikkula! — Displej obrócił się i Martinez dojrzał przez sekundę sufit, potem podłogę i stół, za którym siedział potulnie Shankaracharya. Rozległ się dźwięk czegoś gniecionego przy mikrofonie i po chwili Sempronia znów pojawiała się w kadrze, pokazując duże oficjalne zaświadczenie, na którym eleganckie litery wykaligrafowano złotym atramentem.
— Masz! Oboje byliśmy w Parowskim Banku Genów! Nasza wizyta zostanie jutro zamieszczona w oficjalnym protokole. Teraz możemy się pobrać. — Wyzywająco spojrzała w kamerę. — Kazałeś mi, żebym pomogła Nikkulowi wybrać inną drogę. Właśnie to zamierzam zrobić.
— Nie możesz wyjść za mąż bez pozwolenia. — Martinez, słysząc siebie, bał się, że sprowokował kolejną burzę.
— Więc rodzina da pozwolenie — rzekła Sempronia. — A jeśli nie dacie, zamieszkamy razem, aż będziemy mogli pobrać się samodzielnie. — Odsunęła zaświadczenie z kadru. — Na pewno nie zdołacie nas powstrzymać, bo gdybyście próbowali nam przeszkodzić, ludzie dowiedzą się o pewnych interesach Rolanda, zwłaszcza z takimi osobami, jak lord Ummir czy lady konwokat Khaa.
Godni szacunku Naksydzi, jak określił ich Roland, ale Martinez podejrzewał, że inni mogą nie podzielać opinii brata.
— Czy mógłbym porozmawiać z porucznikiem Shankaracharyą? — spytał.
W tle usłyszał, jak Shankaracharya mówi coś cicho, ale Sempronia natychmiast odpowiedziała:
— Nie, nie możesz. On cię bardzo szanuje, ale lepiej nie. Komunikator: koniec przekazu.
Na displeju pojawił się pomarańczowy symbol.
— Komunikator: zapisz przekaz — polecił Martinez z ponurą miną.
Zadzwonił do Rolanda.
— Sempronia jest z porucznikiem lordem Shankaracharya. Czoło Rolanda zachmurzyło się.
— To chyba jeden z twoich oficerów?
— Teraz jest oficerem Sempronii. Przesyłam ci nagraną przed chwilą rozmowę. Zwróć szczególną uwagę na groźby przy końcu.
Przesłał nagranie, po czym wymazał je z matrycy u siebie i zgasił displej. Kameleonowa tkanina wróciła do normalnego zielonego koloru.
Przez długą chwilę stał w ciszy pokoju. Gotował się ze złości. „To chyba jeden z twoich oficerów?”. Teraz wiadomo, kogo będzie się winić za ucieczkę Sempronii.
Postanowił nie czekać, aż oskarżenia spadną na jego głowę. Zobaczył, że drzwi do salonu nadal są zamknięte; narada rodzinna trwała, kartowano małżeństwa i wydawano wyroki.
Wyszedł z pałacu w aksamitny zmierzch i nastrój nieco mu się poprawił. W porze przed kolacją na ulicach panował niewielki ruch, przechodniów też było mało. Na pociemniałym niebie widniało trochę gwiazd, a cień Zanshaa wycinał szeroki łuk ze srebrnego pierścienia akceleracyjnego. Żagiew statkowej antymaterii świeciła tuż nad głową — najjaśniejszy teraz obiekt na niebie zmierzał prawdopodobnie do Wormholu Cztery i do Seizho. Martinez pomyślał o Suli i jego nerwy przeszedł dreszcz.
Na rogu ulicy kupił naręcze kwiatów z wózka Torminela — drapieżnik handlujący kwiatami! — potem zakręcił w zaułek i poszedł do domu Suli. Powitała go w drzwiach mieszkania. W oczach miała resztki zdziwienia.
— Przyszedłeś wcześniej — powiedziała. Miała na sobie zielony kombinezon floty. Widocznie tak zwykle chodziła po domu.
— Przepraszam. Nie mogłem się doczekać. — Wręczył jej bukiet. — Chciałem zastąpić te skradzione żonkile.
Spojrzała na bujny bukiet speszona, choć radosna.
— Jeśli utrzymasz takie tempo, będziesz mi musiał podarować więcej wazonów.
Stał w szkaradnie wybujałym przedpokoju w stylu Sevigny, a Sula napełniała wazony, równie szkaradne, które ustawiono na postumentach, prawdopodobnie po to, by je wyeksponować. Oficerowie floty, wychowani w tradycji porządku — każdy przedmiot musiał mieć swoje miejsce w szufladzie, komorze lub schowku — należeli do istot schludnych. Jednakże pokój Suli był nadnaturalnie zadbany: nawet zapiski z rozwiązaniami zagadek matematycznych — hobby Suli — leżały równo na stole, a kartki, wzajemnie lekko przesunięte, odsłaniały numery kolejnych stron w prawym górnym rogu. Wazony z kwiatami były jedynym śladem obecności Martineza w tym pokoju. Mimowolnie westchnął, leciutko tym przygnębiony.
— Miałam wziąć kąpiel i się przebrać — wyjaśniła Sula, z powrotem stawiając wazon na postumencie.
Martinez rozpogodził się.
— Chciałabyś mieć towarzystwo w kąpieli?
— Litości! Nie.
Zdumiony odpowiedzią, mrugnął. Sula zorientowała się, że może jest zbyt obcesowa, więc podeszła do Martineza i objęła go.
— Kąpiele są tylko dla mnie — powiedziała. — To taki mój kaprys. Wybacz.
— W porządku. — Martinez nie wyobrażał sobie, jak we flocie udaje jej się zadośćuczynić swoim wymaganiom prywatności.
Pocałował ją.
— Czy miałabyś coś przeciwko, żebym opuścił swoją rodzinę i dołączył do twojej?
Читать дальше