Zdziwiona Sula spojrzała w jej łagodne brązowe oczy.
— Jeśli Zanshaa upadnie, ojciec zginie, prawdopodobnie w okrutny sposób, chyba że uda mu się przechytrzyć kata i popełnić samobójstwo. Ja może zginę z nim… albo zostanę pozbawiona dziedzictwa, jak pani, albo w inny sposób ukarana. Nie ma sensu uciekać, bo gdy Zanshaa upadnie, przegramy wojnę i Naksydzi znajdą mnie wcześniej czy później. — Delikatnie potrząsnęła głową. — Poza tym chcę zostać tu z mamą. Jest… zbyt nerwowa z powodu tych wszystkich wydarzeń.
Serce Suli dziwnie drgnęło. Terza tak spokojnym głosem i z taką prostotą mówiła o możliwej zagładzie. Świadczyło to o odwadze, której Sula się nie spodziewała. W poprzednim życiu, jako Gredel, spotykała się z taką odwagą jedynie u przestępców, uważających śmierć za nieodłączny element swej profesji. Jak mój kochanek Kulas, który już na pewno poniósł śmierć z rąk przedstawicieli władzy, pomyślała.
Sula również patrzyła na swoją śmierć. Od chwili gdy weszła w miękkie skórzane buty prawdziwej lady Suli, wszystko, co robiła, zasługiwało na garotę, zaciskaną powoli przez kata. Publicznie wymieniła imię Suli przy Magarii, gdy zniszczyła pięć statków wroga. „Sula to wszystko zrobiła! Zapamiętajcie moje imię!” — nadała komunikat. Jeśli Naksydzi wygrają wojnę, zapamiętają jej imię. Sula nie mogła liczyć na więcej litości niż lord Chen. Z jedną różnicą: ona mogła się spodziewać śmierci w walce, w wybuchu ognia antymaterii. Po tylu latach napięcia, gdy w środku nocy budził ją koszmar, w którym się dusiła, zwykła zagłada już jej nie przerażała.
Terza powiedziała następnie coś, co jeszcze bardziej zdumiało Sulę.
— Czułam dla pani podziw za to, że tak dobrze się pani spisała, choć nie miała pani ani pieniędzy, ani koneksji. Może… gdy nie zostanę zabita, tylko pozbawiona majątku… nauczy mnie pani kilku sztuczek.
Podziw. Sulę oszołomiło to słowo.
— Jestem pewna, że da sobie pani radę — wydusiła.
— W przeciwieństwie do pani, nie posiadam żadnych użytecznych umiejętności — stwierdziła Terza i uśmiechnęła się. — Mogę zarabiać grą na harfie.
O ile Sula mogła się wypowiadać w tej materii, oceniała grę Terzy bardzo wysoko.
— Z pewnością — rzekła i dodała: — Ojciec może przekazać trochę pieniędzy zaufanemu przyjacielowi… bezpiecznemu… żeby mogła pani potem z nich skorzystać. Coś podobnego zrobili chyba moi rodzice. A może ich przyjaciele zebrali trochę pieniędzy i ustanowili fundusz powierniczy?
Terza poważnie skinęła głową.
— Zasugeruję to ojcu.
— Rozmawialiście o tych sprawach? — spytała Sula. Wyobraziła sobie makabryczną rozmowę przy wieczornej kawce. Lub w kuchni, podczas gdy lord Chen warzył dla siebie truciznę, żeby przechytrzyć publicznego kata.
— Tak — odparła Terza. Powoli piła herbatę z filiżanki Gemmelware. — Jestem jedyną dziedziczką. Prawdopodobnie kiedyś zajmę miejsce w konwokacji, jeśli wojna zakończy się pomyślnie. Muszę znać się na pewnych rzeczach.
Sula wiedziała, że Lord Chen był w Zarządzie Floty i zdawał sobie sprawę z przewagi Naksydów. Od ponad miesiąca, w każdej minucie, patrzył na własną śmierć i na zagładę swego domu, rodu o wielowiekowej historii. I zajmował się sprawami bieżącymi.
W tym również była odwaga. Lub desperacja.
Na żwirowej ścieżce rozległy się kroki. Terza spojrzała znad filiżanki. Sula wstała z krzesła i serce jej skoczyło, ale zaraz uświadomiła sobie, że ten wysoki mężczyzna za lordem Chenem to nie Gareth Martinez, lecz jego brat Roland.
— Droga lady Sula. — Chen podszedł i ujął jej dłonie. — Proszę o wybaczenie. Tak bardzo chciałem przyjść na wczorajszą ceremonię.
— Terza wyjaśniła mi, że miał pan ważne głosowanie. Chen spojrzał na Rolanda, potem znów na Sulę.
— Znacie się?
— Nie byłam przedstawiona lordowi Rolandowi, ale oczywiście znam jego brata i siostry.
Bardzo mi miło — powiedział lord Roland. Miał silny prowincjonalny akcent, podobnie jak Martinez. Bardzo przypominał brata, choć był od niego nieco wyższy. Szamerowany płaszcz koloru wina świetnie na nim leżał. — Proszę przyjąć gratulacje z okazji odznaczenia. Moje siostry bardzo pochlebnie się o pani wyrażają.
A brat? Zatem Martinez o niej nie wspomniał. Przez chwilę wypełniła ją rozpacz, ale to uczucie natychmiast ustąpiło i Sula była wdzięczna, że Martinez nie opowiedział o ich ostatnim spotkaniu, gdy tańczyli i całowali się, a potem Sula uciekła, nagle ogarnięta paniką w przypływie potwornych wspomnień.
— Proszę powiedzieć siostrom, że o nich myślałam.
— Zechciałaby pani złożyć nam wizytę? — spytał lord Roland. — Jutro wieczorem organizujemy przyjęcie, będzie nam bardzo miło panią gościć.
— Z przyjemnością przyjdę — odparła Sula. — Lordzie Rolandzie — spytała po chwili zastanowienia — czy miał pan ostatnio wiadomości od brata?
Roland skinął głową.
— Od czasu do czasu.
— Nie wie pan, czy coś się stało? Dostawałam czasami od niego listy, ale… kilka ostatnich mocno ocenzurowano. Prawdę mówiąc, większość treści wycięto. Raczej nic złego się nie stało… w zasadzie sprawiał wrażenie, że jest w dobrym nastroju.
Lord Roland uśmiechnął się, wymienił spojrzenia z lordem Chenem.
— Coś się stało — oznajmił Chen. — Z różnych przyczyn jeszcze tego nie ogłaszamy. Ale nie ma powodów do niepokoju o lorda Garetha.
Sula zaczęła gorączkowo myśleć. To, co ukrywają, to na pewno nie jest klęska, więc prawdopodobnie zwycięstwo. Jedynym powodem ukrywania informacji o zwycięstwie jest chęć ukrycia jej przed Naksydami, a to oznacza, że gdzieś za kulisami, z dala od Zanshaa, statki latają, bitwy są planowane lub już zostały stoczone.
— Nie niepokoiłam się — odparła. — Lord Gareth był bardzo pogodny, ale cała sytuacja wydawała się… dziwna.
Chen uśmiechnął się z zadowoleniem.
— Potwierdzę tylko, że wkrótce czeka nas inna uroczystość dekoracji, może z udziałem lorda Garetha. I tak za dużo powiedziałem.
Zatem zwycięstwo! Radość zatańczyła w umyśle Suli. Może Martinez zastosował nową taktykę — jej taktykę — by zmiażdżyć wroga.
— Zachowam to w tajemnicy — przyrzekła. Bo komuż mogłaby ją wyjawić?
Chen i lord Roland przeprosili i odeszli do swoich spraw. Sula spędziła w ogrodzie miłe chwile w towarzystwie Terzy, po godzinie pożegnała się i wyszła na słońce Górnego Miasta. Nogi zaniosły ją do Domu Aukcyjnego La-gaa i Spaceya. Tam przez parę uroczych godzin oglądała ekspozycję.
W interesie kolekcjonerskim panował duży ruch. Ludzie zamieniali bogactwo na — jak to określała Sula — rzeczy wymienialne. Biżuteria i trwałe, łatwe w transporcie obiekty, jak szkatułki, stoliki, obrazy i rzeźby bardzo dobrze się sprzedawały.
Natomiast ceny porcelany spadły. Może uznawano ją za zbyt kruchą, wziąwszy pod uwagę nadchodzące niepewne czasy.
Uwagę Suli przykuł wyrób junyao z dynastii Song, dzbanek wysoki na cztery dłonie, wąski u podstawy, szeroki u góry, z małym dzióbkiem pośrodku. Jej dłonie pragnęły głaskać delikatne spękania niebieskozielonej glazury. Fabryka w Henan, która wyprodukowała to naczynie, istniała zaledwie dwadzieścia lat, nim najazd Mongołów zmiótł ją z powierzchni Ziemi. Sula wyobrażała sobie, jak dzbanek zmyka przez najeźdźcami na południe, opakowany w słomę, w bawolim zaprzęgu, i kończy podróż na wygnaniu w Jangcy, tysiąc li od swego miejsca pochodzenia.
Читать дальше