Basen otaczały białe żeliwne meble: duże wygodne otomany, kozetka przykryta kwiecistą narzutą. Wokół stały wazy z sezonowymi kwiatami oraz płócienne parasole.
Frank McDonough pływał w basenie. Choć minęło już niemal dwadzieścia lat od czasów, kiedy brylował w drużynie pływackiej na uniwersytecie w Berkeley, wciąż miał w zwyczaju regularnie sprawdzać swoje możliwości.
Doktor McDonough doskonale się czuł w Boulder. Z jego dużego domu roztaczał się widok na miasto i równiny na wschodzie. McDonough uwielbiał oddychać świeżym, orzeźwiającym powietrzem, zachwycało go czyste niebieskie niebo. Któregoś dnia nawet wybrał się do Narodowego Centrum Badań Atmosfery, by dowiedzieć się, dlaczego tak jest, dlaczego niebo tu jest niebieskie? Przed sześcioma laty przeprowadził się do Boulder z San Francisco i nie zamierzał tam wracać.
Zwłaszcza w tak piękny dzień jak ten, kiedy na tle czystego nieba odcinały się majestatyczne wierzchołki gór Flatiron, a jego żona, Barbara, miała wrócić za niecałą godzinę.
Po jej powrocie pewnie upieką okonia na grillu, otworzą butelkę wina zinfandel, może nawet zaproszą państwa Solie. Albo spróbują oderwać Frannie O’Neill od zwierzaków, którymi się zajmowała w Bear Bluff. Podobnie jak Frank, Frannie w czasie studiów pływała w drużynie uniwersyteckiej i doktor bardzo lubił jej towarzystwo. Poza tym, od tragicznej śmierci Davida martwił się o nią.
Zrobiwszy dziewięćdziesiątą rundkę, Frank McDonough zatrzymał się przy brzegu basenu. Coś poruszyło się przed domem. Przy grillu.
Ktoś tam był.
I to nie sam. Było tam kilku ludzi. Doktor McDonough poczuł w sercu ukłucie strachu. Co się dzieje, do licha?
Frank McDonough wystawił głowę z wody i ściągnął mokre gogle. Czterech mężczyzn ubranych najzwyczajniej w świecie – dżinsy, koszulki, lekkie kurtki – zbliżało się ku niemu szybkim krokiem.
– W czym mogę pomóc, panowie! – krzyknął. Zawsze starał się być miły, wierzyć w dobre zamiary wszystkich ludzi, okazywać wszystkim uprzejmość.
Nieznajomi nie odpowiedzieli. Cholernie to dziwne. Trochę denerwujące. Ciągle szli w stronę basenu. Nagle zerwali się do biegu.
Stojący na brzegu basenu stolik przewrócił się. Świece połamały się, gazety wylądowały na ziemi.
– Hej! Hej! – Patrzył na nich z niedowierzaniem.
Wszyscy czterej tak, jak stali, wskoczyli do basenu.
– Co to ma znaczyć? – McDonough zaczął krzyczeć na intruzów. Nie miał pojęcia, co się dzieje, i ogarnął go strach.
Rzucili się na niego jak stado psów na ofiarę. Złapali go za ręce i nogi, i boleśnie wykręcili. Rozległ się ohydny trzask; Frank miał wrażenie, że złamali mu lewy nadgarstek. Piekielnie go to bolało. Zdawał sobie sprawę, że ma do czynienia z niezwykle silnymi ludźmi, bo on sam nie był wymoczkiem, a mimo to poradzili sobie z nim jak z niesfornym dzieckiem.
– Hej! Hej! – krzyknął znowu, zachłystując się wodą. Odchylili mu głowę do tyłu, tak, że przed oczami miał niekończący się błękit nieba.
Następnie wepchnęli go pod wodę. McDonough próbował złapać choć odrobinę powietrza, ale jego usta wypełniły się chlorowaną wodą. Zakrztusił się.
Trzymali go pod wodą, nie puszczając ani na chwilę. Jego ręce i nogi uwięzione były w potężnym uścisku. Ci ludzie chcieli go utopić. O Boże, to nie miało najmniejszego sensu.
Próbował się szarpać.
Uwolnić się.
Uspokoić.
Frank McDonough usłyszał trzask łamanego karku. Nie był już w stanie dłużej walczyć. Czuł, jak opuszczają go siły, jak wypływa z niego życie.
Szeroko otwartymi oczami widział przed sobą ludzi w przemoczonych ubraniach, stojących w migocącej w słońcu niebieskiej wodzie. Jego płuca wypełniły się wodą. Miał wrażenie, że klatka piersiowa lada chwila rozpadnie się na drobne kawałki; prawdę mówiąc, chciał, by tak się stało. Może wtedy ustałby ten okropny ból.
I w tej chwili doktor Frank McDonough zrozumiał. Prawda była tak oczywista jak to, że zbliża się śmierć.
Chodziło o Tinkerbell i Piotrusia Pana.
Uciekli w trakcie jego dyżuru.
Wciskając gaz do dechy, drogę z Bear Bluff do Boulder można pokonać w niecałe czterdzieści minut.
Robiłam wszystko, by zachować bystrość umysłu i zapanować nad nerwami, ale zupełnie mi to nie wychodziło. Byłam jak otępiała.
Ciągle miałam przed oczami Franka McDonougha, jakim go znałam od sześciu lat – uśmiechniętego, pełnego życia człowieka. Ostatnimi czasy – a właściwie przez ostatnie czterysta dziewięćdziesiąt trzy dni – rzadko wyjeżdżałam z Bear Bluff. A teraz musiałam pojechać do Boulder.
Frank McDonough nie żył. Powiedziała mi o tym jego żona, Barb, głosem nabrzmiałym od łez. Nie mogłam w to uwierzyć. Nie mogłam znieść tej bolesnej, przerażającej, okropnej myśli.
Najpierw David, a teraz Frank. To wydawało się niemożliwe.
Próbowałam skontaktować się z Gillian, moją najlepszą przyjaciółką, pracującą w szpitalu komunalnym w Boulder. Nie zastałam jej w domu, więc zostawiłam tylko wiadomość na automatycznej sekretarce. Miałam nadzieję, że wyrażałam się w miarę jasno.
Następnie zadzwoniłam na komórkę do mojej siostry, Carole, wypoczywającej pod namiotem ze swoimi córkami. Nie odebrała. Cholera, akurat teraz przydałoby mi się jej towarzystwo.
Już z daleka dało się słyszeć przenikliwe wycie syren wozów policyjnych. Frank i Barb McDonough mieszkają w pobliżu szpitala komunalnego, jako że obydwoje tam pracują. Barb jest pielęgniarką, a Frank naczelnym pediatrą.
Frank był pediatrą. O Boże, Frank nie żyje. Mój przyjaciel, przyjaciel Davida. Jak to się mogło stać?
Syreny policyjne wyły przeraźliwie. Miałam dziwne uczucie, że to mnie wzywają.
Ten dźwięk przywołał mnóstwo złych wspomnień. Przez wiele miesięcy zawracałam głowę policjantom z Boulder w sprawie śmierci Davida. Na Boga, próbowałam sama rozwiązać tę zagadkę. Rozmawiałam z parkingowymi, z lekarzami, którzy tamtego feralnego dnia późno wychodzili ze szpitala.
A teraz powróciły wszystkie bolesne wspomnienia związane z zabójstwem Davida. Nie mogłam tego znieść.
– Jestem doktor O’Neill – powiedziałam, przeciskając się obok wysokiego, potężnie zbudowanego policjanta, stojącego na dobrze mi znanym, bielonym ganku. – Przyjaciółka Barb i Franka. Pani McDonough zadzwoniła po mnie.
– Ona jest w środku. Może pani wejść – odparł stróż prawa, zdejmując czapkę.
Nawet nie spojrzałam na dom ani ukochany ogród skalny Franka. Zamiast zielonego trawnika, przed domem rosły setki małych, kolorowych roślin, które nie wymagały częstego podlewania. Frank uważał, że trzeba oszczędzać wodę. Taki już był. Zawsze myślał o innych, planował naprzód.
Nie mogłam przyjąć do wiadomości tego, co się stało. Frank i Barb McDonoughowie byli naszymi najbliższymi przyjaciółmi, kiedy David pracował w szpitalu. Na wieść o jego śmierci natychmiast przyjechali do mnie. Barb, Carole i Gillian Puris siedziały wtedy ze mną przez całą noc. A teraz, w podobnych okolicznościach, to ja przybyłam do Boulder.
Kiedy weszłam na schody, jakaś kobieta wypadła z drzwi domu. Nie była to Barb McDonough.
– O Boże, Gillian – szepnęłam.
Gillian jest moją najlepszą przyjaciółką. Padłyśmy sobie w ramiona. Wtulone w siebie, rozpłakałyśmy się, usiłując jakoś pogodzić się z tą tragedią. Jak to dobrze, że Gillian też tu była.
– Jak on mógł się utopić? – wymamrotałam.
Читать дальше