James Patterson - Podmuchy Wiatru
Здесь есть возможность читать онлайн «James Patterson - Podmuchy Wiatru» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Жанр: Триллер, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.
- Название:Podmuchy Wiatru
- Автор:
- Жанр:
- Год:неизвестен
- ISBN:нет данных
- Рейтинг книги:5 / 5. Голосов: 1
-
Избранное:Добавить в избранное
- Отзывы:
-
Ваша оценка:
- 100
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
Podmuchy Wiatru: краткое содержание, описание и аннотация
Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Podmuchy Wiatru»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.
Podmuchy Wiatru — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком
Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Podmuchy Wiatru», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.
Интервал:
Закладка:
Przy okazji dowiedział się też co nieco o Frannie. Uzyskała stopień doktora weterynarii w stanowej uczelni w Fort Collins. Funkcjonował tam także najlepszy w kraju wydział biologii naturalnej i z tej właśnie dziedziny Frannie zrobiła specjalizację dodatkową. Uczelnia ta cieszyła się dobrą reputacją, zwłaszcza jeśli chodzi o chirurgię. Po przybyciu do Bear Bluff Frannie założyła grupę wsparcia dla właścicieli zwierząt, którzy utracili swoje pociechy. Do śmierci męża prowadziła dobrze prosperujący gabinet weterynaryjny. Była głównym żywicielem rodziny. Ostatnimi czasy niezbyt dobrze jej się wiodło.
Po niecałych trzech minutach Kit dotarł do domu doktor O’Neill. Ona nazywała go „Zwierzyńcem”. Tutaj wszystko naprawdę się zacznie.
Ganek zalany był jasną poświatą, a w jednym z okien, z boku domu paliło się migocące żółtawe światło. Przy drugim czatował kot, przyglądający się podejrzliwie intruzowi.
Kit przystanął, by zaczerpnąć powietrza, a może uspokoić nerwy. Rozejrzał się na wszystkie strony. Nikogo nie dostrzegł.
Musiał dostać się do szpitala zwierzęcego – ale dziś pewnie mu się to nie uda. Przyczaił się tuż za dwiema rosnącymi blisko siebie wysokimi sosnami. Od okna, z którego sączyło się światło, dzieliły go niecałe trzy metry.
Nagle Kit odskoczył do tyłu.
Jezu! Wystraszyła go na śmierć.
Frannie O’Neill stała w oknie, oblana łagodnym światłem. Była naga jak ją Bóg stworzył. Kit odetchnął głęboko. Tego się nie spodziewał. Czuł się zupełnie jakby ktoś dźgnął go palcem w oko.
Nie zauważyła go, na szczęście. Właśnie wycierała długie brązowe włosy puszystym białym ręcznikiem. Ładne włosy. Zresztą wszystko miała ładne.
Była o wiele atrakcyjniejsza, niż mu się początkowo wydawało. Bardzo ładne, żywe oczy. Szczupła, dobrze zbudowana. Doskonale zbudowana, prawdę mówiąc. Jej skóra połyskiwała w blasku lampy. Kit pamiętał ze swoich notatek, że doktor O’Neill miała trzydzieści trzy lata. Jej mąż, doktor David Mekin, zginął w wieku trzydziestu ośmiu lat. Został zamordowany.
Kit odwrócił się. Frannie jeszcze nie spała, więc dziś nie uda mu się przeszukać jej domu. Nie chciał patrzeć przez okno na nagą doktor O’Neill, jak jakiś obleśny gnojek. Wiele złego można by o nim powiedzieć, ale z pewnością nie był podglądaczem.
W drodze powrotnej do domku przez cały czas miał przed oczami Frannie O’Neill, jakby jej wizerunek zapamiętał na zawsze. Błysk w oczach Frannie wskazywał, że cechowało ją poczucie humoru, choć w czasie ich pierwszego spotkania nie mieli możliwości, by żartować. Była o wiele ładniejsza niż się spodziewał. I mogła okazać się zabójczynią.
ROZDZIAŁ 8
Wreszcie nastał wtorkowy poranek.
Anne Hutton czekała z niepokojem na tę chwilę, ale teraz czuła się dobrze, była zadziwiająco spokojna i w pełni gotowa.
Prawdę mówiąc, odwiedziny w klinice zapłodnień in vitro szpitala komunalnego w Boulder zawsze nastrajały ją optymistycznie. Wyglądało na to, że personel pomyślał o wszystkim i zwrócono nawet uwagę na elementy wystroju, aby wpływały pozytywnie na przyszłe matki. Miała wrażenie, że ci ludzie są wspaniali, a jej się poszczęściło.
Ściany w stylowej poczekalni były pomalowane na ciepły żółty kolor i ozdobione białymi ornamentami. Zawsze stały tu świeże kwiaty, a na stolikach leżały najnowsze numery pism, tych najbardziej odpowiednich dla przyszłych matek: „Mirabella”, „AD”, „Town amp; Country”, „Parents”, „Child”.
Członkowie personelu byli doskonale wyszkoleni i zawsze uśmiechnięci. Annie najbardziej lubiła opiekującego się nią lekarza, Johna Brownhilla. Właśnie z nim rozmawiała. Zadawał pytania, jakich należało się spodziewać w czasie badania kobiety w ósmym miesiącu ciąży. Doktor wydawał się ogromnie zainteresowany jej samopoczuciem. Czy miała skurcze, czy zdarzyło się coś niezwykłego?
– Nie, wszystko jest w porządku, odpukać – powiedziała Annie. Uśmiechnęła się, pełna optymizmu, który udzielał się jej od doktora Brownhilla i reszty personelu.
Doktor B. odwzajemnił uśmiech. Uśmiechał się dokładnie tak, jak należało, nie okazując wyższości.
– To wspaniale. Przeprowadzimy parę testów i zdążysz wrócić do domu na kolejny odcinek Rosie.
Choć Annie była w stosunkowo dobrym humorze, zdawała sobie sprawę, że jej sytuacja wciąż jest niepewna. Według doktora Brownhilla, miała za małe łożysko. Dziś on i asystująca mu pielęgniarka, Jilly, zamierzali, wykorzystując urządzenie monitorujące rytm serca płodu, sprawdzić, jak dziecko znosi skurcze. Na myśl o tym badaniu Annie czuła się trochę niepewnie, ale starała się być równie pogodna jak przemiły pan doktor i pielęgniarka.
Jilly wycisnęła przewodzący żel na brzuch pacjentki. Annie uświadomiła sobie, że z myślą o jej wygodzie substancja została podgrzana. O niczym tu nie zapominano. Następnie pielęgniarka bardzo delikatnie położyła dwa szerokie plastykowe paski na brzuchu Annie.
– Wygodnie ci? Możemy coś jeszcze dla ciebie zrobić? – spytał doktor Brownhill.
– Wszystko w porządku. Temperatura żelu jest idealna.
A potem zaczął się koszmar.
– Tętno dziecka spada – powiedział doktor Brownhill łamiącym się głosem. – Sto, dziewięćdziesiąt siedem, dziewięćdziesiąt pięć. – Zwrócił się do Jilly. – Narkoza, natychmiast. Trzymaj się, Annie. Trzymaj się mocno.
Potem wszystko poszło szybko i sprawnie, jak na te niezwykłe okoliczności. Świat rozpłynął się przed oczami Annie. Wkrótce straciła przytomność.
Niecałe czterdzieści minut później, o wiele wcześniej niż się tego spodziewano, doktor John Brownhill osobiście przyniósł nowo narodzone dziecko na oddział wcześniaków. Co prawda z testów przeprowadzonych na sali porodowej wynikało, że chłopiec jest zdrowy, ale trzeba było dmuchać na zimne.
Do krtani dziecka została wprowadzona czysta rurka, a na małą główkę wciśnięto maskę ciśnieniową. Dzięki temu tlen pod niskim ciśnieniem mógł być tłoczony do nie w pełni jeszcze rozwiniętych płuc.
Za pomocą plastykowej rurki włożonej do pępka przeprowadzono analizę krwi.
Do skóry niemowlęcia przyklejono elektroniczny termometr.
Do nosa wprowadzono rurkę, przez którą chłopiec miał być karmiony mlekiem, gdyby się okazało, że nie jest jeszcze w stanie ssać piersi.
Nad dzieckiem Annie Hutton krążył specjalista od intensywnej terapii niemowląt, sprawdzając, czy z małym wszystko w porządku.
– Wszystko gra. Chłopak ma się dobrze, John – powiedział doktorowi Brownhillowi jeden ze specjalistów. – A propos, jego głowa ma czterdzieści jeden centymetrów obwodu. Łebski chłopak, nie ma co.
– I bardzo dobrze.
John Brownhill opuścił oddział dla wcześniaków i wszedł dwa piętra wyżej, gdzie Annie Hutton dochodziła do siebie po cesarskim cięciu.
Dwudziestoczteroletnia matka nie wyglądała tak dobrze, jak jej synek. Kręcone włosy, mokre od potu, wisiały posklejane niczym strąki. Oczy były przygasłe, zamglone. Wyglądała tak, jak każda matka po cesarskim cięciu.
Doktor Brownhill podszedł do jej łóżka. Pochylił się nad nią i przemówił łagodnym, uspokajającym tonem. Nawet wziął pacjentkę za rękę.
– Annie, tak mi przykro. Nie mogliśmy go uratować – wyszeptał. – Straciliśmy twojego chłopczyka.
ROZDZIAŁ 9
Dziecko Annie Hutton zostało przywiezione do „Szkoły” w kilka godzin po narodzinach w klinice w Boulder. Grupa ludzi odzianych w stroje przypominające kombinezony kosmonautów wybiegła na spotkanie ambulansu. Błyskawicznie wniesiono dziecko do środka. Panowała atmosfera niezwykłego podniecenia, ożywienia, niemal radości.
Читать дальшеИнтервал:
Закладка:
Похожие книги на «Podmuchy Wiatru»
Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Podmuchy Wiatru» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.
Обсуждение, отзывы о книге «Podmuchy Wiatru» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.