Był wysoki, szczupły, ale umięśniony, i miał gęste jasne włosy. Szybko ogarnął spojrzeniem okolicę. Duży ganek ozdobiony karmnikami dla kolibrów i kilkoma rękawami wskazującymi kierunek wiatru. Mój sfatygowany górski rower. Dzikie kwiaty wokół budynku – łubin i stokrotki.
To, co powiem teraz, zabrzmi dość dziwnie. Widziałam tego człowieka pierwszy raz w życiu. Ale nie wiadomo dlaczego skoncentrował się na nim mój limbiczny mózg, mały idiotyczny narząd, tak prymitywny, że nie uznaje logicznego myślenia. Miałam irracjonalne wrażenie, że skądś znam tego człowieka. A moje serce, przez ostatnie kilka miesięcy twarde jak kamień, zadrżało i przez chwilę biło mocniej. Szczerze mówiąc, trochę mnie to wkurzyło.
Doszłam do wniosku, że nieznajomy zgubił drogę.
– Zamykamy już dzisiaj – powiedziałam.
Patrzył na mnie, niewzruszony.
Potem zapytał.
– Doktor O’Neill?
– Coś jestem panu winna? – odparłam. To stary dowcip, ale bardzo mi się podobał. Poza tym, musiałam odreagować ból, jaki sprawiło mi uśpienie łani.
Nieznajomy uśmiechnął się, jego niebieskie oczy rozbłysły, a ja zdałam sobie sprawę, że nie mogę oderwać od nich wzroku.
– Czy pani Frances O’Neill?
– Tak. Proszę mi mówić Frannie.
Choć nieznajomy miał kamienną twarz, wydawało mi się, że jest w niej też trochę ciepła. Jego oczy wpijały się we mnie. Miał zgrabny nos i kształtny podbródek. Wyglądał aż za dobrze. Był nieco podobny do Toma Cruise’a, miał w sobie też coś z Harrisona Forda. A przynajmniej tak to wyglądało tego wieczoru w światłach jeepa.
Nieznajomy zdjął wygnieciony kapelusz i jego jasne włosy rozbłysły w blasku reflektorów. Podszedł bliżej i stanął przede mną w całej okazałości; wyglądał niczym model ze zdjęcia w katalogu wysyłkowym L.L.Bean, albo firmy Eddie Bauer’s. Miał śmiertelnie poważną minę.
– Przysłała mnie tu agencja Hollander and Cowell.
– Jesteś handlarzem nieruchomości? – wychrypiałam.
– Przyszedłem w nieodpowiedniej chwili? – spytał. – Przepraszam. – Dobrze, że chociaż był grzeczny.
– Czemu tak uważasz? – spytałam.
Byłam świadoma, że moje dżinsy są przesiąknięte krwią, a bluza przypomina obraz Jacksona Pollocka.
– Aż strach pomyśleć, jak wygląda facet, któremu dałaś w kość – powiedział, oglądając mnie od stóp do głów. – A może odprawiasz jakieś rytuały?
– Niektórzy nazywają to weterynarią – odparłam. – Dobrze więc, o co chodzi? Dlaczego Hollander and Cowell przysyła cię o tak późnej porze?
Wskazał kciukiem centrum Bear Bluff, gdzie znajdowało się biuro agencji nieruchomości.
– Jestem twoim nowym lokatorem. Dziś po południu podpisałem wszystkie papiery. Ludzie z agencji mówili, że zostawiłaś wszystko w ich rękach.
Prawie zapomniałam o tym, że postanowiłam wynająć ten dom. Stał w lesie, mniej więcej czterysta metrów za kliniką i służył jako domek myśliwski do czasu, gdy wprowadziłam się tam z Davidem. Po jego śmierci zaczęłam sypiać w małym pokoiku w szpitalu. Wiele się wtedy zmieniło w moim życiu, i bynajmniej nie na lepsze.
– To jak? Mogę obejrzeć ten dom? – spytał człowiek z katalogu L.L.Bean.
– Za szpitalem jest ścieżka, która tam prowadzi. Idzie się cztery-pięć minut. Wiem, że to trochę uciążliwe, ale dom jest tego wart. Drzwi są otwarte.
– Mam go obejrzeć sam, bez przewodnika? – spytał.
– Chętnie bym ci pomogła, ale zanim pójdę spać, muszę jeszcze zarżnąć parę kurczaków i rzucić kilka zaklęć. Dam ci latarkę…
– Nie trzeba, mam swoją w samochodzie – powiedział.
Ruszył w stronę jeepa. Odprowadziłam go spojrzeniem. Miło się na niego patrzyło. Szedł pewnym, ale nie zawadiackim krokiem.
– Hej – krzyknęłam. – A jak masz na imię?
Obejrzał się i zawahał przez ułamek sekundy.
– Kit – powiedział wreszcie. – Kit Harrison.
Nigdy nie zapomnę tego, co stało się potem. Było to dla mnie tak wielkim wstrząsem, że poczułam się, jakby ktoś kopnął mnie w żołądek, a może nawet w skroń.
Kit Harrison sięgnął do jeepa i uczynił coś strasznego – ze srebrzystego stojaka na broń wyjął strzelbę myśliwską. Co za sukinsyn.
Nie wierzyłam własnym oczom. Dostałam gęsiej skórki.
Krzyknęłam do niego, głośno, co nieczęsto mi się zdarza.
– Chwilę! Hej! Ty! Czekaj! Moment!
Zwrócił się do mnie twarzą. Miał całkowicie spokojną minę.
– Co? – spytał.
Czy rzucał mi wyzwanie? Był na tyle bezczelny?
– Słuchaj no. – Puściłam drzwi, które zatrzasnęły się głośno. Podeszłam do Harrisona. Nie ma mowy, żeby na mojej ziemi mieszkał ktoś, kto wozi ze sobą strzelbę myśliwską. Nie ma mowy! Po moim trupie. – Zmieniłam zdanie. Nic z tego nie będzie. Nie możesz zamieszkać w moim domu. Nie życzę sobie tam żadnych myśliwych. Żadnych ale!
Bez słowa odwrócił się i zatrzasnął schowek. Ten bezczelny typ zachowywał się, jakby nie słyszał, co do niego mówię.
– Przykro mi – powiedział nie patrząc na mnie. – Zawarliśmy umowę.
– Właśnie straciła ważność! Nie słyszałeś, co mówiłam?
– Umowa to umowa – odparł.
Wyciągnął z samochodu latarkę, czerwonawą torbę, drugą ręką zaś podniósł tę okropną strzelbę. Byłam jak w amoku, powtarzałam bez przerwy „Słuchaj no”. Ale on nie zwracał na mnie uwagi, wydawało się, że nic do niego nie dociera.
Zamknął nogą drzwi samochodu, włączył latarkę i jakby nigdy nic ruszył ścieżką w stronę lasu. Wkrótce rozpłynął się w ciemnościach.
Krew tętniła mi w uszach.
W moim domu zamieszkał cholerny myśliwy.
Zapadał już zmrok, a łowcy ciągle nie mogli znaleźć ciała tej małej. Doskwierało im zimno i głód, byli wściekli jak cholera, no i bali się. Jeśli zawiodą, spotkają ich przykre konsekwencje.
Musieli znaleźć tę dziewczyną.
I chłopaka też – Matthew.
Pięciu łowców przedzierało się przez gęste zarośla, gdzie, jak im się zdawało, spadła ta dziewczyna. Powinna tu być! Musieli wytropić okaz zwany Tinkerbell i zniszczyć ją, jeśli jeszcze żyła po upadku z dużej wysokości.
Uśpić Tinkerbell, myślał Harding Thomas, prowadząc grupę poszukiwawczą. Był to eufemizm, który czynił takie chwile łatwiejszymi do zniesienia: uśpić kogoś. Tak, jak to się robi ze zwierzętami. To nie jest śmierć ani morderstwo – po prostu spokojny sen.
Wydawało mu się, że wie, w którym dokładnie miejscu dziewczyna spadła z nieba jak kamień, ale ciała nie było ani na ziemi, ani pośród gałęzi wysokich jodeł.
Nie mogli jej tu zostawić; nie wolno dopuścić do tego, by odnaleźli ją jacyś turyści. To dopiero byłaby tragedia.
– Tinkerbell, słyszysz mnie? Jesteś ranna, kochanie? Chcemy cię tylko zabrać do domu. To wszystko – krzyczał Thomas, starając się przybrać jak najłagodniejszy ton. Nie miał z tym kłopotu, bo naprawdę lubił Max i Matthew.
Imię „Tinkerbell” było pseudonimem, ale Thomas zawsze tak nazywał tę małą. Matthew natomiast był „Piotrusiem Panem”, a sam Thomas „wujkiem Tommym”.
– Tinkerbell, gdzie jesteś? Wyjdź do nas, proszę. Nie zrobimy ci krzywdy, kochanie. Nawet się na ciebie nie gniewam. To ja, wujek Tommy. Możesz mi zaufać. Komu zaufasz, jak nie mnie?
– Słyszysz? No chodź, mała. Wiem, że gdzieś tam jesteś. Zaufaj wujkowi Thomasowi. Nikt inny nie może ci pomóc.
Читать дальше