prawie tak dyskretnie jak ulatniający się duch; gdyby była zima, a taras pokrywałaby warstewka śniegu, być może w ogóle nie pozostawiłby po sobie śladów.
Znów wszystko było tak, jak miało być.
Podczas gdy Jilly i Dylan delektowali się martini i cudownym widokiem, Shepherd został w salonie. Znalazł sobie kąt, w którym mógł stać godzinę lub dwie, ograniczając wrażenia zmysłowe do kontemplacji linii łączenia ścian.
Francuzi powiadają: Plus ęa change, plus c'est le meme chose, – Im bardziej coś się zmienia, tym bardziej pozostaje takie samo. Stojąc w kącie, Shepherd był ucieleśnieniem komizmu i tragizmu tej prawdy. Uosabiał rozczarowanie i taktowną akceptację, które kryły się w tych słowach, ale także ich melancholijne piękno.
Program radiowy Parisha kupowali nadawcy w całym kraju i sześć razy w tygodniu, od poniedziałku do soboty, nadawało go ponad pięćset stacji, dlatego zwykle Lantern zaczynał pracę, gdy tylko zmierzch zarzucał fioletową zasłonę w poprzek jeziora. Siedząc w ultranowoczesnym studiu w piwnicy, odbierał telefony od słuchaczy, których miał dziesięć milionów, i również przez telefon przeprowadzał wywiady ze swoimi gośćmi. W prowadzeniu programu pomagał mu Ling i inżynier. Właściwe centrum produkcyjne znajdowało się w San Francisco, gdzie wybierano telefony od słuchaczy i łączono z domem Lanterna, a także filtrowano i wzmacniano sygnał, który niemal natychmiast retransmitowano.
W ten sobotni wieczór, podobnie jak w dniu, gdy Proctor zaaplikował mu swoją szprycę, Parish zrezygnował z programu na żywo i nadawał najlepsze fragmenty audycji archiwalnych.
Krótko przed kolacją, na którą zaprosił ich gospodarz, Jilly powiedziała do Dylana:
– Zadzwonię do mamy. Zaraz wracam.
Odstawiła pusty kieliszek po martini na balustradę tarasu i złożyła się do cienistego zakątka ogrodu z tyłu Hotelu Peninsula w Beverly Hills. Nikt nie zauważył jej przybycia.
Mogła się złożyć dokądkolwiek, aby zadzwonić, ale podobało się jej w Peninsula. Był to pięciogwiazdkowy hotel i miała nadzieję, że pewnego dnia będzie ją na niego stać, gdy zrobi zawrotną karierę komika.
W hallu znalazła automat, wrzuciła kilka monet i wystukała dobrze znany numer.
Matka odebrała po trzecim dzwonku. Poznając Jilly po glosie, wybuchnęła:
– Dziecko, dobrze się czujesz, nic ci się nie stało, co się z tobą działo, skarbie – niech cię Bóg strzeże – gdzie jesteś?
– Uspokój się, mamo. U mnie wszystko w porządku. Chciałam ci powiedzieć, że przez tydzień czy dwa nie będę się mogła z tobą zobaczyć, ale coś wykombinuję, żebyśmy się spotkały.
– Jilly, dziecko, od tych wydarzeń w kościele byli tu ludzie z telewizji, z gazet, wszyscy niegrzeczni jak ci biurokraci z opieki społecznej na suchej diecie. Są teraz na ulicy z tymi wozami satelitarnymi, hałasują, śmiecą tymi paskudnymi papierosami i opakowaniami po batonach. Niegrzeczni, bardzo niegrzeczni.
– Nie rozmawiaj z żadnym z nich, mamo. Gdyby ktoś cię pytał, nie żyję.
– Nie mów takich okropnych rzeczy!
– Po prostu nikomu nie mów, że dzwoniłam. Później ci wszystko wyjaśnię. Posłuchaj, mamo, niedługo zjawią się u ciebie ponure draby o wyglądzie twardzieli. Będą mówili, że są z FBI czy coś w tym rodzaju, ale to kłamstwo. Udawaj przed nimi głupią. Bądź słodka jak miód, udawaj, że umierasz ze strachu o mnie, ale nie puszczaj pary z ust.
– Przecież jestem tylko jednooką, kulawą, biedną i niedouczoną prostaczką o wielkim tyłku. Kto by w ogóle pomyślał, że mogę coś wiedzieć`?
– Strasznie cię kocham, mamo. Jeszcze jedno. Jestem pewna, że nie założyli ci jeszcze podsłuchu w telefonie, ale w końcu znajdą na to sposób. Tak więc kiedy wpadnę zobaczyć się z tobą, nie będę wcześniej dzwoniła.
– Dziecko, boję się jak jeszcze nigdy od dnia, w którym twój przeokropny ojciec był tak dobry, że dał się zastrzelić.
– Nie bój się, mamo. Nic mi się nie stanie. Szykuję ci parę niespodzianek.
– Jest u mnie ojciec Francorelli. Chce z tobą rozmawiać. Ciągle jest bardzo przejęty tym, co się zdarzyło na ślubie. Jilly, dziecko, co tam się właściwie zdarzyło? To znaczy, wiem, opowiadali mi, ale nic z tego nie rozumiem.
– Nie chcę rozmawiać z ojcem Francorellim, mamo. Powiedz mu tylko, że bardzo mi przykro, że zepsułam uroczystość. – Zepsułaś? Uratowałaś ich. Uratowałaś ich wszystkich.
– Mogłam to zrobić o wiele dyskretniej. Słuchaj, mamo, kiedy za parę tygodni się spotkamy, może miałabyś ochotę na kolację w Paryżu?
– W Paryżu, we Francji? A co u licha miałabym jeść w Paryżu?
– To może w Rzymie? Albo w Wenecji? Albo w Hongkongu?
– Dziecko, wiem, że przenigdy nie zaczęłabyś brać narkotyków, ale zaczynasz mnie martwić.
Jilly zaśmiała się.
– Więc może Wenecja? W jakiejś pięciogwiazdkowej restauracji. Wiem, że lubisz włoską kuchnię.
– Uwielbiam lasagne. Jakim cudem będzie cię stać na pięciogwiazdkowy lokal, i to jeszcze w Wenecji?
– Zobaczysz. Mamo…
– Co takiego, dziecko?
– Nigdy nie potrafiłabym uratować własnego tyłka, że nie wspomnę o tych wszystkich ludziach, gdybyś mnie nie wychowała i nie pokazała mi, jak nie dać się zjeść żywcem strachowi. – Niech cię Bóg błogosławi, dziecko. Bardzo cię kocham.
Jilly odłożyła słuchawkę, dłuższą chwilę dochodziła do siebie. Potem, wrzuciwszy do aparatu garść ćwierćdolarówek, zadzwoniła pod zamiejscowy numer, który dostała od Dylana. Gdy po pierwszym dzwonku odezwała się kobieta, Jilly powiedziała:
– Chciałabym rozmawiać z Vonettą Beesley.
– Właśnie z nią pani rozmawia. Czym mogę służyć?
– Dylan O'Conner prosił, żebym zadzwoniła i spytała, czy u pani wszystko w porządku.
– Kto mógłby mi zrobić coś złego, czego natura w końcu i tak w końcu nie pogorszy? Proszę powiedzieć Dylanowi, że nic mi nie jest. Milo słyszeć, że żyje. Zdrów i cały?
– Włos mu nie spadł z głowy.
– A mały Shep?
– Stoi teraz w kącie, ale wcześniej dostał wielki kawał ciasta i do kolacji wszystko będzie w porządku.
– Jest kochany.
– To prawda – odparła Jilly. – Dylan prosił mnie, żebym pani powiedziała, że nie będą już potrzebowali gosposi.
– Słyszałam, co się stało, w ich domu, i przypuszczam, że i tak nie da się tam posprzątać bez buldożera. Powiedz mi coś, złotko. Sądzisz, że potrafisz się nimi zaopiekować?
– Chyba tak – odrzekła Jilly.
– Zasługują na dobrą opiekę.
– Zasługują – zgodziła się.
Zakończywszy drugą rozmowę, miała ochotę wypaść z kabiny telefonicznej w pelerynie i trykocie i efektownie wzbić się w powietrze. Oczywiście, nie miała ani peleryny, ani trykotu, poza tym nie umiała latać. Rozejrzała się więc, sprawdzając, czy
korytarz jest pusty i bez akompaniamentu trąbek, bez teatralnych gestów, złożyła się na taras, który wychodził na jezioro, gdzie w ostatnich promieniach zmierzchu czekał na nią Dylan.
Na długo przed późnym o tej porze roku zachodem słońca wzeszedł księżyc. Na zachodzie noc scałowywała resztki różu z policzka dnia, a na wschodzie wisiał już wysoko księżyc w pełni, jak romantyczna latarnia.
Dokładnie o zmierzchu zjawił się Ling, aby poprowadzić ich dwoje i Shepa przez korytarze i komnaty, których jeszcze nie widzieli, a potem wszyscy wyszli z domu i ruszyli na przystań. Zwykle światła oświetlające przystań były zgaszone. Drogę rozjaśniały im urocze rzędy cieniutkich świec unoszących się w powietrzu osiem stóp nad deskami.
Читать дальше