– Też to znamy – powiedział Dylan.
Odstawiając pusty kieliszek, Lantern wstał z fotela.
– Potem wyszedł, zostawiając mi na pożegnanie ostrzeżenie, że jego wspólnicy, przerażeni perspektywą procesów, są zdecydowani go zabić, a także każdego, komu zrobi zastrzyk, więc lepiej będzie, jeśli nie zgłoszę tego na policji. W ciągu paru godzin przeszedłem przerażające zmiany. Pierwszym przekleństwem była prekognicja.
– My też nazywamy to przekleństwem – rzekła Jilly.
– Już w środę zacząłem przewidywać niektóre z dzisiejszych wydarzeń. Dowiedziałem się, że nasz Frankenstein wróci, żeby zobaczyć, jak się czuję, i będzie oczekiwał pochwał i podziękowań. Ten skończony dureń spodziewał się, że będę mu wdzięczny, przyjmę go jak bohatera i udzielę schronienia.
Bladoniebieskie oczy Proctora spoglądały twardo i zimno jak tamtego wieczoru w 1992 roku, gdy zabił matkę Dylana.
– Mam mnóstwo wad, bardzo poważnych wad. Ale nigdy bez potrzeby nie obrażam ludzi, którzy mają wobec mnie dobre zamiary. Nie rozumiem twojej postawy.
– Kiedy mu powiedziałem, że przewiduję waszą wizytę jeszcze tego samego dnia – ciągnął Lantern – strasznie się podniecił. Spodziewał się, że wszyscy będziemy przed nim klęczeć i całować go w pierścień.
– Wiedziałeś, że tu przyjdziemy, zanim dopadł nas w Arizonie i zrobił nam zastrzyk – zdumiała się Jilly.
– Tak, mimo że z początku nie wiedziałem, kim jesteście. Nie potrafię wam za dobrze wyjaśnić, jak to możliwe – przyznał Lantern. – Ale we wszystkim istnieje pewna harmonia…
– Cała zupełność wszystkiego – powiedziała Jilly. Parish Lantern uniósł brwi.
– Tak. Można to tak nazwać. Są rzeczy, które mogą się wydarzyć, rzeczy, które muszą się wydarzyć, i czując całą zupełność wszystkiego, można poznać przynajmniej małą część tego, co się stanie. Oczywiście, jeżeli jest się dotkniętym przekleństwem takiej wizji.
– Ciasto – powiedział Shepherd.
– Już niedługo, chłopcze. Po pierwsze, musimy postanowić, co zrobimy z tym cuchnącym workiem gówna.
– Kupka, kaka, łajno.
– Tak, chłopcze – potwierdził ekspert od zmian położenia biegunów planetarnych i spisków kosmitów. – Tego również. – Ruszył w kierunku Lincolna Proctora.
Naukowiec nagle dźgnął lufą powietrze, podnosząc broń. – Nie zbliżaj się do mnie.
– Powiedziałem ci, że moje nowe umiejętności to tylko zdolność prekognicji – rzekł Lantern, idąc przez salon w stronę Proctora. – Ale skłamałem.
Być może przypominając sobie Manuela podpalacza, Proctor strzelił z bliska do swego przeciwnika, ale Lantern nawet się nie skrzywił na dźwięk wystrzału ani nie drgnął, gdy trafiła w niego kula. Pocisk jak gdyby odbił się od piersi gospodarza i utkwił z głośnym trzaskiem w suficie salonu.
Proctor desperacko strzelił jeszcze dwa razy do podchodzącego coraz bliżej Lanterna, lecz obydwa pociski również odbiły się, trafiając w sufit i z pierwszą kulą tworząc idealny trójkąt.
Dylan przyzwyczaił się do widoku cudów, więc obserwował to fascynujące przedstawienie w stanie, któremu bardziej odpowiadało określenie „zdumienie" niż „osłupienie".
Parish Lantern nie musiał używać siły, by wyjąć broń z ręki oszołomionego naukowca. Oczy Proctora wypełniły się łzami, jak gdyby dostał obuchem w głowę, ale szalony doktor nie upadł.
Dylan, Jilly i powłóczący nogami Shep podeszli do Lanterna i przystanęli jak sędziowie zbierający się na naradę przed wydaniem wyroku.
– Ma jeszcze jedną pełną strzykawkę – powiedział Lantern. – Jeżeli podoba mu się to, co nowa generacja nanopaskudztwa z nami zrobiła, na pewno zdobędzie się na odwagę i zrobi sobie zastrzyk. Dylan, sądzisz, że to dobry pomysł?
– Nie.
– A ty, Jilly? Sądzisz, że to dobry pomysł?
– Do diabła, nie – odrzekła. – Na pewno nie jest z lepszej gliny. Będzie tak samo jak z Manuelem.
– Niewdzięczna dziwka – powiedział Proctor.
Dylan zrobił krok w jego stronę, szykując się do zadania mu ciosu, lecz Jilly chwyciła go za koszulę na piersi.
– Mnie nazwał gorzej.
– Macie jakiś pomysł, co z nim zrobić? – zapytał Lantern. – Lepiej nie oddawać go w ręce policji -rzekła Jilly.
– Ani wspólników – dodał Dylan. – Ciasto.
– Twój upór jest godny podziwu, chłopcze. Ale najpierw musimy się zająć nim, a potem zjemy ciasto.
– Lód – powiedział Shep i złożył tu w tam.
Być może wtedy w kuchni domu na samotnym wybrzeżu, na północ od Santa Barbara, zaglądając do lodówki, Shep wcale nie wyrażał ochoty na zimny napój, ale przewidział okoliczności ich ostatniego spotkania z Lincolnem Proctorem. Istotnie, Jilly przypomniała sobie, że Shep nie lubi lodu w napojach.
„Gdzie jest lód?" – pytał, próbując zidentyfikować krajobraz, który ujrzał w swej proroczej wizji.
„Na biegunie północnym jest dużo lodu" – odpowiedziała mu Jilly.
I rzeczywiście.
Pod niskim niebem przypominającym pokrywkę żelaznego czajnika, od horyzontu po horyzont rozciągały się posępne białe równiny, niknąc w półzmierzchu i szarej mgle. Jedyne wzniesienia stanowiły poszarpane grzbiety zwałów lodu oraz lodowe płyty – niektóre wielkości trumien, inne większe od całych domów pogrzebowych – które odłamały się od czapy lodowej i stały pionowo niczym cmentarne nagrobki na innej planecie. „Zimno" – mówił Shepherd. i miał rację.
Nie byli odpowiednio ubrani na wycieczkę na czubek świata i mimo że słynne polarne wiatry poszły spać, przenikliwie powietrze kąsało ich, jakby dostało wilczych zębów. Szok spowodowany naglą zmianą temperatury wprawił serce Jilly w bolesne, nierytmiczne kołatanie, a ona omal nie osunęła się na kolana.
Parish Lantern wyglądał na oszołomionego magiczną podróżą znad jeziora Tahoe wprost do nieprzyjaznej krainy nieszczęśliwych przygód i bożonarodzeniowych legend, ale przystosował się do sytuacji z wyjątkową pewnością siebie.
– Robi wrażenie.
Tylko Proctor rzucał się w panice, kręcąc się w kółko i wymachując ramionami, jakby lodowa panorama była iluzją, którą można zerwać i odsłonić ukryty pod spodem zielony krajobraz jeziora Tahoe. Może próbował nawet krzyczeć, lecz przeraźliwe zimno odebrało mu glos, zmieniając go w piskliwe rzężenie.
– Shepherd – powiedziała Jilly, stwierdzając, że od zimnego powietrza pali ją w gardle i boli w płucach.
– Dlaczego tu?
– Ciasto – odparł Shepherd.
Paraliżujący ziąb wolno zmieniał panikę Proctora w stan odrętwiałej dezorientacji, a Parish Lantern przyciągnął do siebie Dylana, Jilly i Shepa i wszyscy przytulili się do siebie, ogrzewając się nawzajem ciepłem ciął i parujących oddechów.
– Zabójczy mróz. Długo tu nie wytrzymamy. – Dlaczego tutaj? – spytał Shepa Dylan.
– Ciasto.
– Chyba chłopiec chce zostawić tu tego łajdaka, a potem wrócić na ciasto.
– Nie możemy – rzekł Dylan. – Możemy – powiedział Shep. – Nie – odezwała się Jilly. – Tego nie należy robić.
Lantern nie wyraził zdziwienia, słysząc jej słowa i Jilly domyśliła się, że on też zna ten wywołany przez nanomaszyny przymus, aby zawsze robić tylko to, co należy. Jego autorytatywny zwykle glos drżał teraz z zimna.
– Ale gdybyśmy to zrobili, rozwiązalibyśmy wiele spraw. Policja nie znalazłaby ciała.
– Nie byłoby ryzyka, że przyprowadzi do nas swoich wspólników – powiedziała Jilly.
Читать дальше