Reszta wciąż stała.
– Sekcja wykaże, że ten biedny sukinsyn to nie ty – powiedziała do Proctora Jilly.
Wzruszył ramionami.
– Oczywiście. Ale gdy otoczyli mnie dżentelmeni w czarnych chevroletach, wielki wybuch odwrócił ich uwagę, prawda? Dzięki temu zyskałem kilka godzin, mogłem się wymknąć. Och, wiem, to podle, poświęcić życie niewinnego człowieka, żeby kupić sobie kilka godzin czy dni, ale robiłem już w życiu gorsze rzeczy. Zdarzało się…
Przerywając mu tę nużącą litanię samooskarżenia, Jilly zapytała:
– A kim w ogóle są ci faceci w chevroletach?
– To najemnicy. Część z rosyjskiego Specnazu, część to członkowie amerykańskiej Delta Force, którzy zeszli na złą drogę, wszyscy byli kiedyś w oddziałach specjalnych w tym czy innym kraju. Wynajmują się tam, gdzie lepiej płacą.
– Dla kogo teraz pracują?
– Dla moich wspólników – odparł Proctor. Parish Lantern odezwał się ze swojego fotela:
– Kiedy im tak zależy na człowieku, że tworzą całą armię, by go zabić, to spore osiągnięcie.
– Moi wspólnicy to wyjątkowo majętne osoby, miliarderzy, którzy kontrolują kilka największych banków i korporacji. Kiedy zacząłem odnosić pewne sukcesy w eksperymentach, moi wspólnicy nagle zorientowali się, że ich fortuny i majątek ich firm mogą być zagrożone w obliczu niekończących się pozwów o odszkodowania, że będą musieli przeznaczyć miliardy na ugody, gdyby… coś poszło nie tak. Przy takich odszkodowaniach miliardy wyciskane z przemysłu tytoniowego będą śmiesznie małą sumą. Chcieli wszystko pozamykać, zniszczyć owoce moich badań.
– Gdyby coś poszło nie tak? – spytał Dylan.
– Daruj sobie listę tych okropności, którą mi wyliczałeś. Powiedz im tylko o Manuelu-poradził Lantern.
– To był gruby wściekły socjopata – powiedział Proctor. – W ogóle nie powinienem go przyjmować jako kandydata do eksperymentu. W ciągu kilku godzin od zastrzyku rozwinął w sobie umiejętność wzniecania ognia siłą woli. Niestety za bardzo mu się spodobało palenie różnych rzeczy. Rzeczy i ludzi. Zanim go unieszkodliwiono, zdążył narobić mnóstwo szkód.
Dylanowi zrobiło się słabo. Zrobił krok w kierunku fotela, ale przypomniał sobie matkę i nie usiadł.
– Skąd na litość boską brałeś kandydatów do takich eksperymentów? – spytała Jilly.
Kącik jego ust uniósł się w sennym uśmieszku. – Ochotnicy.
– Co za idiota zgłosiłby się na ochotnika, żeby mu naszprycować mózg nanomaszynami?
– Widzę, że udało wam się zebrać nieco informacji. Nie wiecie jednak, że rozpoczęliśmy badania na ludziach w pewnym ośrodku w Meksyku. Nadal bardzo łatwo przekupić tam urzędników.
– Wychodzi taniej niż naszych najlepszych senatorów – dorzucił cierpko Latern.
Proctor usiadł na brzegu fotela, ale wciąż trzymał wycelowany w nich pistolet. Wyglądał na zupełnie wyczerpanego. Musiał przyjechać tu wczoraj prosto z Arizony i miał niewiele czasu na odpoczynek lub wcale go nie miał. Jego zwykle różowa twarz była szara i zmięta.
– Zgłaszali się skazańcy z dożywociem. Najgorsi z najgorszych. Gdybyście mieli spędzić resztę życia w śmierdzącym meksykańskim więzieniu, ale dostalibyście szansę zarobienia na luksusy albo nawet skrócenia wyroku, zgłosilibyście się do wszystkiego. To byli zatwardziali przestępcy, ale to, co im zrobiłem, było nieludzkie…
– Bardzo, bardzo podle – powiedział Lantern tonem matki strofującej niegrzeczne dziecko.
– Owszem. Przyznaję. To było podle. Byłem…
– Czyli -przerwał mu zniecierpliwiony Dylan-kiedy iloraz inteligencji niektórych więźniów spadł o sześćdziesiąt punktów, twoich wspólników zaczęły dręczyć koszmary o hordach adwokatów jak stada karaluchów.
– Nie. Nie przejmowaliśmy się tymi, którzy stracili sprawność intelektualną albo w jakiś inny sposób dokonali autodestrukcji. Urzędnicy więzienni wpisywali im nieprawdziwe informacje do aktów zgonu i nikt nie mógł ich skojarzyć z nami.
– Jeszcze jedna bardzo podła rzecz – rzekł Lantern, cmokając z dezaprobatą. – Podłym rzeczom nie ma końca.
– Gdyby jednak ktoś taki jak Manuel, nasz podpalacz, znalazł się na wolności, ogniem utorował sobie drogę przez kontrolę graniczną, dostał się do San Diego i zaczął tam szaleć, paląc w mieście dom za domem, zabijając setki ludzi… wtedy być może nie moglibyśmy się od niego zdystansować. Może powiedziałby komuś o nas. Wtedy… czekałyby nas pozwy o odszkodowania do końca wieku.
– Wyśmienite chardonnay – oświadczył Lantern – jeśli ktoś chciałby zmienić zdanie. Nie? Wobec tego zostanie więcej dla mnie. A teraz zbliżamy się do smutnej części tej opowieści. Smutnej i frustrującej. Rewelacji niemal tragicznej. Powiedz im o tym, Lincoln.
Irytujący uśmieszek Proctora pojawiał się i bladł. Teraz zniknął.
– Zanim zamknęli moje laboratoria i zaczęli próbować się mnie pozbyć, opracowałem nową generację nanobotów.
– Nową i udoskonaloną – dodał Lantern. – Jak nowy rodzaj coca-coli albo nowy kolor w palecie czekoladek M &M. – Owszem, znacznie udoskonaloną – przytaknął Proctor, albo nie wyczuwając sarkazmu gospodarza, albo postanawiając go zignorować. – Usunąłem defekty. Dowodem na to jesteś ty, Dylan i panna Jackson. Ty także, Shepherd, prawda? Shep stał ze spuszczoną głową i milczał.
– Musicie mi opowiedzieć wszystko o skutkach, jakie wywołał u was mój wynalazek – rzekł Lincoln Proctor, znów przywołując na twarz swój uśmieszek. – Tym razem jakość osób poddanych eksperymentowi jest taka, jaka powinna być zawsze. Jesteście z o wiele lepszej gliny. Praca z osobowością kryminalistów była skazana na katastrofę. Powinienem o tym wiedzieć od początku. Moja wina. I moja głupota. Ale jak to było z wami, jakiego rodzaju udoskonalenia nastąpiły? Nie mogę się doczekać, aby o tym posłuchać. Jaki był efekt?
Zamiast odpowiedzieć Proctorowi, Jilly zwróciła się do Parisha Lanterna:
– A jaka jest twoja rola? Byłeś jednym z inwestorów?
– Nie jestem ani miliarderem, ani idiotą-zapewnił ją Lantern. – Kilka razy wystąpił w moim programie, bo uważałem go za zabawnego stukniętego egocentryka.
Uśmiech Proctora stężał. Gdyby spojrzenia mogły ciskać
płomienie, Proctor zmieniłby Parisha Lanterna w garść popiołu, tak jak Manuel czynił podobno z innymi.
– Nigdy nie byłem dla niego nieuprzejmy – ciągnął Lantern. – Nie dawałem mu do zrozumienia, co naprawdę myślę o szalonym pomyśle wymuszonej ewolucji ludzkiego mózgu. To nie w moim stylu. Jeśli gość jest geniuszem, pozwalam, aby sam zdobywał przyjaciół i wywierał wpływ na ludzi, a jeżeli jest szaleńcem, cieszę się, że może robić z siebie durnia bez mojego udziału.
Słysząc tę zniewagę, Proctor zarumienił się, jednak mimo to nie wyglądał wcale zdrowiej. Podniósł się z fotela i zamiast w Dylana, wymierzył pistolet w Lanterna.
– Zawsze uważałem cię za człowieka, który ma wizję. Dlatego z moją nową generacją przyszedłem najpierw do ciebie. I tak mi odpłacasz?
Parish Lantern wychylił z kieliszka resztkę wina, posmakował i przełknął. Nie zwracając uwagi na Proctora, zwrócił się do Dylana i Jilly:
– Nigdy przedtem nie spotkałem naszego poczciwego doktora osobiście. Zawsze rozmawiałem z nim na żywo przez telefon. Pięć dni temu stanął na moim progu, a ja byłem zbyt uprzejmy, żeby kopniakiem wyrzucić go na ulicę. Powiedział, że chce ze mną porozmawiać o czymś bardzo ważnym, co będę mógł wykorzystać w programie. Uprzejmie zaprosiłem go do gabinetu, a on odpłacił mi za grzeczność chloroformem i potworną… końską strzykawką.
Читать дальше