Wreszcie Jilly zapytała: – Jak ja wyglądam?
– Uroczo – zapewnił ją zupełnie szczerze.
– Tak, jasne. Twarz mam sztywną od zaschłej krwi.
– Rana na czole już przyschła. Trochę paskudnych strupków i zaschłej krwi, ale poza tym uroczo. Jak ręka?
– Boli. Ale będę żyła, co – jak sądzę – należy uważać za pomyślną wiadomość. – Otworzyła torebkę, wyciągnęła puderniczkę i obejrzała twarz w małym okrągłym lusterku. – Znajdź mi czarną lagunę, muszę wracać do domu.
– Bzdura. Wystarczy, jeśli się trochę umyjesz i możesz iść na bal wydany przez króla.
– Chyba że polejesz mnie wężem albo zaprowadzisz do myjni samochodowej.
Poszperała w torebce i wydobyła foliowe opakowanie z chusteczką odświeżającą. Wyciągnęła pachnący cytryną wilgotny papierek i starannie oczyściła twarz, patrząc w lusterko.
Dylan wrócił do swojej fantazji o powolnym kamienieniu. Sądząc po zastygłej sylwetce, milczeniu i nieruchomym spojrzeniu, Shep zaczął się już całkiem skutecznie obracać w kamień. Chusteczki odświeżające były przeznaczone głównie do otarcia rąk po zjedzeniu hamburgera w samochodzie. Okazało się, że jedna nie wystarczy, by usunąć taką ilość zaschłej krwi. – Powinnaś kupić chusteczki w rozmiarze XL dla seryjnych morderców – poradził Dylan.
Jilly zaczęła przetrząsać torebkę.
– Na pewno miałam jeszcze jedną. – Rozpięła wewnętrzną przegródkę torebki, pogrzebała w niej, potem otworzyła drugą przegródkę. – Och, zapomniałam o tym.
Wydobyła torebkę orzeszków ziemnych, które można kupić w automacie.
– Shep pewnie wolałby cheez-ity, jeśli masz – powiedział Dylan. – A ja jestem raczej entuzjastą czekoladowych pączków. – To należało do Proctora.
Dylan skrzywił się.
– Pewnie zaprawione cyjankiem.
– Upuścił orzeszki na parkingu pod moim pokojem. Podniosłam je tuż przed naszym spotkaniem.
Przerywając swoje próby petryfikacji, ale wciąż wpatrując się w rozpalone do czerwoności skały i piasek, Shepherd spytał:
– Ciasto?
– Nie ciasto – odrzekł Dylan. – Fistaszki.
– Ciasto?
– Fistaszki, bracie.
– Ciasto?
– Niedługo dostaniesz ciasto.
– Ciasto?
– Fistaszki, Shep. Dobrze wiesz, jak wyglądają fistaszki – okrągłe, kształtowe i wstrętne. Zobacz. – Wziął od Jilly torebkę, chcąc pokazać ją Shepherdowi, ale ślad psychiczny na celofanowym opakowaniu, mimo że towarzyszył mu miły odcisk pozostawiony przez Jilly, był wciąż na tyle świeży, że Dylan natychmiast ujrzal w myślach senny i zly uśmieszek Proctora. Zobaczyl jednak nie tylko uśmiech, ale znacznie więcej: wirujący z elektrycznym trzaskiem chaotyczny pokaz cieni i obrazów.
Nie zorientowal się, że wstaje z kamiennej lawki, dopóki nie zacząl się oddalać od Jilly i Shepa. Przystanąl, odwrócil się do nich i rzekl:
– Jezioro Tahoe.
– W Nevadzie? – spytala Jilly.
– Tak. Nie. To znaczy tak. Jezioro Tahoe, ale północny brzeg, po stronie Kalifornii.
– No i co z tym jeziorem?
Wydawalo mu się, że drga każdy nerw w jego ciele. Ogarnąl go nieodparty przymus, by gnać tam jak najprędzej.
– Musimy się tam dostać. – Po co?
– Natychmiast. – Po co?
– Nie wiem. Ale tak trzeba.
– Niech to szlag, zaczynam się denerwować.
Wrócil do Jilly, zmusil, żeby wstala i polożył jej zdrową dloń na swojej ręce, w której trzymał torebkę orzeszków.
– Czujesz to, co ja, czujesz, gdzie to jest? – Gdzie co jest?
– Dom. Widzę dom. W stylu projektów Franka Lloyda Wrighta, wychodzący na jezioro. Wielki dach, mury z kamienia, dużo ogromnych okien. Wtulony między stare wysokie sosny. Czujesz, gdzie to jest?
– Ja tego nie potrafię, tylko ty – przypomniala mu. – Ale nauczylaś się skladać.
– Tak, zaczęlam się uczyć, ale tego się nie nauczylam – odrzekla, cofając rękę.
Shepherd podniósl się z kamienia. Położył dłoń na torebce fistaszków, na ręce Dylana.
– Dom.
– Tak, dom – powiedział niecierpliwie Dylan, czując, jak z każdą sekundą przymus działania narasta. Przestępowal z nogi na nogę jak dziecko, które musi iść do ubikacji. – Widzę dom.
– Widzę dom – odezwal się Shep.
– Widzę duży dom wychodzący na jezioro.
– Widzę duży dom wychodzący na jezioro – powiedział Shep.
– Co robisz, bracie?
Zamiast powtórzyć „Co robisz, bracie", jak się spodziewal Dylan, chłopak rzekł:
– Widzę duży dom wychodzący na jezioro.
– Tak'? Widzisz dom? Też go widzisz?
– Ciasto?
– Fistaszki, Shep, fistaszki.
– Ciasto?
– Trzymasz na tym rękę, patrzysz na to, Shep. Widzisz, że to torebka fistaszków.
– Ciasto Tahoe`?
– Och, tak, być może. Pewnie w tym domu w Tahoe mają ciasto. Mnóstwo ciasta. Wszystkie rodzaje. Ciasto czekoladowe, cytrynowe, korzenne, marchewkowe…
– Shep nie lubi marchewkowego ciasta.
– Nie, nie chcialem tego powiedzieć, pomylilem się, nie mają ciasta marchewkowego, Shep, ale mają każdy cholerny rodzaj ciasta.
– Ciasto – powiedział Shep i pustynia Nowego Meksyku złożyła się, a wokół nich zaczęła się rozkładać chłodna zielona przestrzeń.
Na stokach wokół jeziora wznosiły się wielkie sosny, stożkowate i rozłożyste, tworząc rozlegle pałace o zielonych, przesyconych wysublimowanym aromatem komnatach, w których panowało wieczne Boże Narodzenie. Niektóre drzewa miały ponad dwieście stóp wysokości i zdobiły je przeróżnej wielkości szyszki – od drobnych jak morele po ogromne jak ananasy.
Słynne jezioro, widziane przez wyjątkowo szczęśliwie dobrane ramy z rzeźbionych przez czas gałęzi, potwierdzało swą reputację najbardziej kolorowego akwenu na świecie. Cala po wierzchnia, od środkowej głębi mającej ponad tysiąc pięćset stóp po przybrzeżne mielizny, mieniła się, opalizując niezliczonymi odcieniami zieleni, błękitu i fioletu.
Złożywszy się z jałowej pustyni wprost nad wspaniale jezioro Tahoe, Jilly wypuściła z płuc żar, żegnając się ze skorpionami i ćmami, i wciągnęła ożywczy haust powietrza, w którym wirowały motyle i śmigały brązowe ptaki.
Shepherd przeniósł ich na wyłożoną płytami kamiennymi ścieżkę, która wiła się przez las między cieniem rzucanym przez
gęste sosny i leśnymi paprociami. Na końcu ścieżki stal dom: w stylu Wrighta, z kamienia i srebrnego cedru, o wysokich oknach i szerokim dachu na wspornikach, ogromny, lecz pozostający w niezwykłej harmonii z naturalnym otoczeniem.
– Znam ten dom – powiedziała Jilly. – Byłaś tu?
– Nie. Nigdy. Ale widziałam go gdzieś na zdjęciach. Pewnie w jakimś piśmie.
– Fakt, że jest jak żywcem wyjęty z „Architectural Digest". Szerokie kamienne schody prowadziły na taras przed wejściem, osłonięty dachem na wspornikach z podsufitką z drewna cedrowego.
Idąc po schodach między Dylanem i Shepherdem, Jilly spytała:
– Ten dom ma związek z Lincolnem Proctorem?
– Tak. Nie wiem jaki, ale wyczułem ze śladu, że był tu przynajmniej raz, może więcej niż raz, i że to miejsce jest dla niego ważne.
– Czyli to może być jego dom?
Dylan pokręcił głową. – Nie sądzę.
Drzwi – geometryczne dzieło art deco z brązu i szkła witrażowego – mogło wraz bocznymi oknami stanowić rzeźbę.
– A jeżeli to pułapka – zaniepokoiła się.
– Nikt nie wie o naszym przybyciu. Niemożliwe, żeby to była pułapka. Poza tym… nie czułem tego.
– Może najpierw powinniśmy trochę poobserwować tę norę, popatrzeć z lasu, aż zobaczymy, kto wchodzi i wychodzi.
Читать дальше