Goss cofnął się i pokręcił głową.
– Daję ci dziesięć sekund – ostrzegł kasjer.
Goss patrzył na niego bez słowa.
Kasjer zaczął się nerwowo kręcić na krześle. Ręka z bronią zadrżała, na czole ukazały się krople potu.
– Ostrzegam cię, gnojku – powtórzył.
Goss nie ruszał z miejsca. Instynktownie czuł, że kasjer nie zdobędzie się na spełnienie groźby. Trwało to dobrą chwilę, aż uznał, że wystarczy.
– Niech ci będzie – rzucił na koniec i ruszył do drzwi.
Słońce stało wysoko, gdy tu przyszedł, teraz zaś schowało się za chmury i miało się ku zachodowi. Eddy poczuł głód i pragnienie. Przeszedł skrótem przez parking do sąsiedniego drugstore'u. W sklepie nie było nikogo poza sprzedawcą – Haitańczykiem, który stał za ladą. Goss wziął z półki parę batonów, rozwinął z papierków i wpakował sobie do ust, idąc dalej, w stronę szaf chłodniczych na zapleczu. Otworzył jedną z nich. Wcisnął papier z batonów głęboko za butelki, biorąc jednocześnie puszkę schłodzonego piwa. Zapłacił przy kasie. Po drodze do wyjścia zerknął, czy sprzedawca nie patrzy. Upewniwszy się, że nie, wziął jeszcze gazetę z półki i dopiero wyszedł. Z czasopismem pod pachą skierował się w zaciszny, mroczny kąt za sklepem. Zaszył się przy śmietniku, za zwałami kartonów pod drewnianym płotem, gdzie nikt mu nie będzie przeszkadzał. Nadszedł już bowiem czas…
Szybko przejrzał magazyn, rzucając na ziemię niepotrzebne stronice z ogłoszeniami i wiadomościami, dopóki nie znalazł tego, na co liczył – wkładkę z reklamą damskiej bielizny. Przejrzał uważnie zdjęcia i wybrał fotografię dziewczyny z naburmuszoną miną. Rozłożył stronicę na ziemi, nerwowo rozpiął spodnie, napluł w dłoń i sięgnął do rozporka. Oczy zwęziły mu się jak szparki, gdy zadziałała wyobraźnia: oto kładzie się na niej… zaczął dyszeć w rytm posuwistych ruchów własnej dłoni.
– Pierdolone kurwy – wyrzęził, gdy jego ciało przeszedł dreszcz. Przymknął oczy, otworzył je po dobrej chwili, pilnie patrząc na efekt rękodzieła.
Wstał wolno, zapiął rozporek. Nie spuszczał wzroku z poplamionego zdjęcia. Sięgnął do kieszeni i rzucił w białawą, wilgotną wydzielinę coś drobnego. Ziarenko. Nasionko chryzantemy.
– Moja wizytówka – szepnął ze złowrogim grymasem na ustach.
We czwartek gubernator wstał o szóstej. Wziął prysznic, ogolił się, gdy Agnes leżała jeszcze w łóżku po bezsennej nocy. Harold Swyteck należał do tych mężczyzn, którzy niczego przed żoną nie ukrywają. Chłopcom z ochrony zamydlił oczy zmyśloną naprędce historią o fatalnym upadku, aby wytłumaczyć siniaki, Agnes natomiast powiedział prawdę, bo zawsze był wobec niej szczery, a poza tym chodziło także o jej bezpieczeństwo.
Agnes w milczeniu przełączała pilotem programy telewizyjne. Wybrała wreszcie „Teleświt" – poranny dziennik regionalny. Pokazywali Harry'ego, tym razem w otoczeniu grupy księży, pastorów i rabinów, którzy popierali jego kandydaturę. Słuchając, jak dziękuje gościom za życzliwość, poczuła się dumna z męża, jednak spoważniała, gdy pamięć podsunęła jej to, co opowiedział poprzedniego wieczora.
Agnes zawsze żywiła obawy, że działalność publiczna naraża Harry'ego na niebezpieczeństwo, że nadejdzie dzień, kiedy któryś z wrogów nie ograniczy się wyłącznie do gróźb, lecz posunie się krok dalej. Wczoraj jednak, gdy Harry mówił, że ów napastnik wie coś szczególnego o sprawie Fernandeza, nie myślała w ten sposób. Doskonale pamiętała, jak ciężko mąż przeżył decyzję o wykonaniu wyroku, do tej pory ciągle jeszcze zastanawiał się, czy uczynił słusznie, ważył racje i argumenty. Rozumiała go i dzieliła jego wątpliwości, bardziej zresztą te związane z Jackiem niż z podpisaniem wyroku śmierci.
Nie była wymarzoną macochą i zdawała sobie z tego sprawę. Wiele razy próbowała zbliżyć się do pasierba, ale bez skutku. Pogodziła się z jego niechęcią, bo nie miała innego wyjścia, choć gdyby nie pewne wydarzenie przed dwudziestu pięciu laty, to kto wie, czy wszystko nie ułożyłoby się inaczej. Stało się to wówczas, kiedy lekarze orzekli, że ona i Harry nie mogą mieć własnych dzieci. Właśnie wtedy Agnes sięgnęła po kieliszek…
Była zbyt pijana, aby odebrać Jacka z przedszkola. Przywiozła go sąsiadka. Mały wszedł jakby ukradkiem, przez drzwi od podwórza. Zawsze zresztą starał się uniknąć nowej „mamusi", bo ciągle jej nie ufał.
– Jack – szepnęła Agnes otwierając oczy. W ustach czuła lepkość, jakby po zmrożonej melasie. – Chodź tu do mnie, kochanie.
Chciał ją wyminąć, ale udało jej się złapać go za portki. Objęła chłopca, przytuliła niezdarnie do piersi i wilgotnymi ustami wycisnęła pocałunek na policzku.
– Pocałuj mamusię – domagała się, rozsiewając wokół woń przetrawionego ginu z martini. Jack wyrywał się z objęć. Agnes tuliła jeszcze mocniej. – Nie pocałujesz swojej mamusi? – pytała natarczywie.
– Nie – skrzywił się – wcale nie jesteś moją mamusią.
I wtedy poczuła narastającą złość. Zrzuciła małego z kolan, ale przytrzymała za rękę, tak że nie mógł uciec.
– Jak śmiesz tak do mnie mówić! – krzyknęła i wymierzyła mu policzek. Chłopiec wybuchnął płaczem i starał się wyzwolić z jej objęć. Agnes nie puszczała.
– Puść mnie, boli.
– Ból, tylko to do ciebie przemawia, młody człowieku. Nic innego. Nie pomyślisz nawet, że to ja zmieniałam ci zafajdane pieluszki, że to… – zabrakło jej słów -… że to ja spędzałam bezsenne noce, gdy ryczałeś całymi godzinami, ja, a nie jakaś tam mamusia. Właśnie ja, i to ja jestem matką, a nie kto inny.
– Wcale nie jesteś moją mamą. Moja mama jest w niebie.
Skąd przyszły jej do głowy podłe słowa, tego Agnes nigdy nie potrafiła sobie wytłumaczyć. Nie potrafiła zapanować nad sobą.
– Twoja matka wcale nie umarła, ty mały draniu. Żyje, tylko cię nie chce.
Jack dygotał patrząc na macochę.
– To kłamstwo! – krzyknął. – Kłamiesz, kłamiesz i tyle.
– Teleświt – głos prezentera wyrwał wreszcie Agnes z myśli o przeszłych wydarzeniach – życzy państwu miłego dnia.
Wyłączyła odbiornik. Gubernator wychodził właśnie z łazienki, ubrany, gotów przyjąć wszystko, co przyniesie dzień – rozmowę z automatu telefonicznego na rogu Dziesiątej i Monroe, prawdę o sprawie Raula Fernandeza. Wczoraj wieczorem obiecał jednak żonie, że nie podejmie żadnej decyzji bez jej zgody. Ona zaś przyrzekła, że wszystko przemyśli. I oto stał teraz przy łóżku, wiązał krawat, czekał, co powie.
– A więc? – ponaglił Agnes. Dotarło do niej, że dłużej nie da się zwlekać. Westchnęła głośno. Decyzja była trudna, bo nawet w ruchliwym punkcie miasta nie można wykluczyć niebezpieczeństwa. Ów człowiek groził przecież nożem. Z drugiej jednak strony, jeśli ostateczne wyjaśnienie mogłoby złagodzić koszmar, jaki przeżywał jej mąż, jeśli wyjawienie tajemnicy Fernandeza przyczyni się do poprawy stosunków między ojcem a synem, to nie wolno jej czynić żadnych przeszkód.
– Ale pamiętaj, bądź ostrożny.
Gubernator uśmiechnął się z wdzięcznością, pochylił się i pocałował Agnes w usta.
– Zadzwonię po wszystkim – obiecał – i nie bój się, nie zrobię żadnego głupstwa, wiesz przecież.
Przytaknęła, choć raczej bez przekonania. Na początku małżeństwa, kiedy Harry służył jeszcze w policji, codziennie składał podobne obietnice, a ona dobrze go znała, był odważny aż do przesady i to ją zawsze martwiło.
Читать дальше