– Powinnam była przygotować coś wcześniej, ale myślałam, że dziś już nikt nie przyjdzie. Bardzo cię przepraszam. Czy jadasz wieczorem rybę? Niektórzy tego unikają. Ja ostatnio sypiam sama, więc nie ma znaczenia, czy pachnie mi z ust starą karmą dla kotów. – Zatrzymała się i wykonała piękny piruet, żeby stanąć twarzą do Erin, która właśnie zdjęła czapkę i przeczesywała palcami delikatne jasne włosy. Lois spojrzała na nią z aprobatą, położyła ręce na biodrach i leciutko przekrzywiła głowę. – Ładna jesteś – stwierdziła. – Założę się, że prawa strona twojego łóżka nigdy nie zostaje zbyt długo zimna. Ja lubię spać po lewej stronie, a ty? Myślę, że kobiety powinny wybierać lewą stronę. Arnold zawsze uważał, że musi spać bliżej okna. To bez sensu, prawda? Lewa strona dla kobiet, prawa dla mężczyzn. – Przerwała na chwilę, by się nad czymś zastanowić. – Chociaż nie wiem, jak sobie z tym radzą lesbijki. Prawdziwy kłopot. Muszę to przemyśleć. No, ale gdy tak na ciebie patrzę, to, chociaż to nie moja sprawa, lepiej zamiast wędzonego pstrąga poczęstuję cię goudą. Do tego korniszony. Wprawdzie mają dość intensywny zapach, ale nie przykry. Mam cały dzbanek śnieżnej kawy. Ale jeżeli wolisz mrożoną herbatę, zaraz ci ją przygotuję.
Erin nie wiedziała, jak grzecznie odpowiedzieć na monolog Lois. W końcu powiedziała:
– Chętnie napiję się kawy. Kim jest Arnold?
– Ze śmietanką?
– Nie, dziękuję.
– I tak nie ma śmietanki – stwierdziła Lois po przeszukaniu lodówki. – Będziesz musiała dolać mleka. – A potem wyszeptała: – Wszyscy znają mojego Arnolda. Wszyscy. – Jej wzrok pomknął wzdłuż korytarza w stronę drzwi.
– Mieszkam w Boulder od niedawna – skłamała Erin. – Dlaczego wszyscy go znają?
– Z powodu zielonego pasa, moja droga. Mój Arnold znany jest jako „twórca zielonego pasa”. – W głosie Lois słychać było prawdziwą dumę. – Popatrz przez okno. To dzięki niemu okolice Boulder wciąż są takie piękne.
Erin posłusznie spojrzała przez okno, ale zobaczyła tylko biel.
– Naprawdę? Zielony pas był jego pomysłem?
– Tak. On to wymyślił, zorganizował, namawiał, naciskał, aż osiągnął swój cel. Urzeczywistnił swoją wizję.
– Nie wiedziałam. Widocznie stało się to, zanim tu przyjechałam, ale jestem mu szalenie wdzięczna.
– Wszyscy jesteśmy mu wdzięczni, moja droga. Lois postawiła tacę z laki przed gościem. Erin wzięła kawałek pstrąga, położyła na krakersie i ugryzła.
Lois uważnie się jej przyglądała.
– Jednak sypiasz sama, prawda? Tak mi przykro. Ale nie martw się, moja droga, na pewno niedługo kogoś sobie znajdziesz.
– Nie musi ci być przykro. Sypiam sama, bo tak chcę. Dostają propozycje, ale większość z nich nie jest warta tego, żeby wyrzec się wędzonej ryby na kolację.
– Rozumiem – powiedziała Lois.
– Mogłybyśmy porozmawiać o tym, co się tu wydarzyło wieczorem? – Erin miłym uśmiechem próbowała wynagrodzić gospodyni nagłą zmianę tematu.
– Tak, oczywiście – zgodziła się Lois, otwierając szeroko oczy. Erin pomyślała, że wyglądają jak brudne światła hamowania. – Ale nie jesteś z policji, prawda?
– Nie. Jestem prywatnym detektywem.
– Pracujesz dla Emmy?
– Przepraszam, ale nie mogą powiedzieć, kim jest mój klient. Znasz Emmę Spire?
– Pewnie. To moja sąsiadka. Mieszka obok. Nie należę do tych, którzy nie troszczą się o sąsiadów, niezależnie od tego, czy są sławni, czy nie.
Erin nie znała swoich sąsiadów. Pozazdrościła Lois jej stosunku do świata.
– Byłaś w domu przez cały wieczór?
– Przecież nie mogłam zostawić Arnolda samego.
– Arnold źle się czuje?
Lois pokiwała głową.
Erin zorientowała się, że za chwilę znów zboczą z tematu, więc szybko zadała pytanie.
– Zatem byłaś w domu przez cały czas. Co widziałaś?
– W sąsiednim domu czy na ulicy?
– I tu, i tu – sprecyzowała ucieszona Erin. Lois wstała i wzięła Erin za rękę.
– Chodź, coś ci pokażę. To będzie zabawne.
Nadzieja Erin znikła. Może będzie zabawne, pomyślała, chociaż pewnie w niczym nie pomoże. Alternatywą jednak było wyjście w burzę śnieżną i pukanie do innych drzwi, które najprawdopodobniej zatrzasną jej przed nosem wystraszeni, niechętni ludzie.
Pokój, do którego Lois wprowadziła Erin – niecałe cztery na trzy metry – kiedyś musiał być małą sypialnią. Pod koniec lat pięćdziesiątych architekci przeznaczali takie dla dzieci. Jednak dzieci Lois i Arnolda dawno już opuściły dom i Lois przeznaczyła ten pokoik na własne potrzeby.
W całym domu unosił się zapach haszyszu, ale tutaj pachniało jak w palarni. Bob Marley, guru Cozy’ego, czułby się tu jak u siebie.
– To moja pustelnia, prywatna pustelnia. Uwielbiam tkaniny – oświadczyła Lois. – Metry, kilometry tkanin. Arnold nienawidziłby tego pokoju.
Pokój był obwieszony materiałami. Płótno, perkal, lekkie wełny, draperie, makatki w kwiaty, kraty, paski – każdy centymetr ściany pokrywały tkaniny.
– Nie widział go?
– Oprócz kłopotów z nerkami ma również jaskrę. – Lois powiedziała to tak, jakby przypominała Erin coś, o czym powinna od dawna wiedzieć i czego nie wolno jej nigdy zapomnieć. – To takie smutne. Ale gdyby raz zobaczył ten pokój, już nigdy by do niego nie wszedł. Uznałby, że jest tu zbyt kwieciście. On woli bawole skóry i jelenie rogi, takie rzeczy. – Lois westchnęła żałośnie. – Chociaż, prawdę mówiąc, teraz nie ma już żadnych upodobań, jeżeli rozumiesz, o czym mówię.
Erin nie rozumiała, ale uprzejmie się uśmiechnęła.
Przy innej pogodzie, gdyby było widać coś więcej niż biel, z tego pokoju rozciągałby się widok na dzieło Arnolda. Na oknie Lois zgromadziła imponującą kolekcję lornetek, aparatów fotograficznych i kamer.
– Moim hobby jest obserwowanie zwierząt i ptaków żyjących w zielonym pasie. Arnold i ja uważamy, że zbliża się następny atak władz Boulder na otwartą przestrzeń, więc musimy mieć jak najwięcej informacji, żeby móc walczyć. Dlatego rejestruję życie przyrody. Ale siadaj, siadaj proszę.
Erin usiadła w wygodnym, choć może zbyt miękkim fotelu obitym tkaniną w kwiaty. Zauważyła, że odkąd weszły do tego sanktuarium, Lois znacznie się uspokoiła.
– Widziałam to.
– Co takiego? – zdziwiła się Erin.
– Dziś wieczorem. To, co się stało. Mężczyznę, strzał, furgonetkę. Staram się mieć oko na sąsiadów, a zwłaszcza na Emmę. Jest za młoda, żeby mieszkać samotnie w takim wielkim domu, nie sądzisz? To smutna osoba. Jest kobietą, która nigdy nie powinna jeść wieczorem wędzonej ryby. Mogłaby się czegoś od ciebie nauczyć. Może… może nawet mogłybyście zamieszkać razem.
Erin wyczuła, że Lois znów zbacza z tematu.
– Słyszałaś strzał? Czy policja o tym wie? – Dzięki, Samie Purdy, wielkie dzięki, dodała w duchu.
– Oczywiście, że nie. Przecież nie mogłam ich zaprosić do siebie. Moja droga, w tym pokoju palę. Chyba czujesz zapach. Jak mogłabym ich tu zaprosić? Według nich jestem kryminalistką, prawda?
Erin nie odpowiedziała, ale doszła do wniosku, że tej przemiłej damie udało się pogodzić ze przestępczym trybem życia.
– Ale z drugiej strony nie mogłam dopuścić do tego, żeby policja w ogóle nie dowiedziała się o tym, co widziałam. Dałam więc im pewne wskazówki. Są całkiem sprytni, szczególnie ten wysoki. Zrozumieją, co chciałam im powiedzieć.
– Dałaś policji wskazówki? – zdziwiła się Erin.
Читать дальше