Eleanor nie odpowiedziała, nie odrywała jednak oczu od Jima i ani razu nie mrugnęła.
– Porusza się furgonetką, reklamującą fotografie w starym stylu. W ten sposób nakłania ludzi, aby mu pozowali. Jeżeli chciałby nam przeszkodzić, musiałby po pierwsze wiedzieć, co planujemy, a po drugie, zorganizować sobie transport…
Eleanor w dalszym ciągu się nie odzywała. Jim wyłączył kawiarkę.
– Kawy? – spytał.
– Nie, dziękuję. I bez kawy nie mogę zasnąć.
Jim nalał kawy do dużego kubka z sepiową podobizną Harry’ego Houdiniego.
– Tę furgonetkę prowadzi kobieta… dziś w nocy była ubrana na czarno. Przypominała mi ciebie, choć mogła być nieco wyższa. Masz jakiś pomysł, kto to mógłby być?
– Obawiam się, że nie.
– Może wiedzą to twoi przyjaciele Benandanti?
– Jeżeli nawet tak, nie zdradzili mi tego.
– Zastanawiam się, w jaki sposób Vane’owi udało się kogoś namówić, aby mu pomagał. Jaka kobieta mogłaby się zgodzić wozić go po mieście? Nawet nie wiemy, czy Vane mówi.
Eleanor wzruszyła ramionami.
– Wystarczy się rozejrzeć, by zauważyć różne dziwne układy między ludźmi. Jeśli się jednak zastanowić nad tym, czego ludzie szukają w związkach… czasami jest to miłość, kiedy indziej wspólny gust muzyczny… przestają dziwić nawet najdziwniejsze relacje.
Kiedy Jim szedł korytarzem do swojej klasy, ujrzał nadchodzącego z przeciwka Vinniego Boschetto. Vinnie miał na sobie czerwono-żółtą koszulą w papugi, trudno więc było go nie zauważyć. Zobaczywszy kolegę, szybko odwrócił się na pięcie i próbował umknąć drzwiami prowadzącymi do basenu, ale Jim dogonił go i złapał z tyłu za pasek.
– Dokąd wiejesz, Boschetto?
Vinnie obronnym ruchem uniósł obie ręce, rozrzucając wokół papiery, które w nich trzymał.
– Jim, uwierz mi… tak mi przykro…
– Przykro ci? Dwoje moich uczniów zginęło na moich oczach w płomieniach!
– Nie sądziłem, że do tego dojdzie. To tragiczne.
– Wiedziałeś przecież, z czym mamy do czynienia! Pozwoliłeś, abym ja też prawie zginął!
– Nie mieliśmy pojęcia, że Vane tak się wścieknie! Sądziliśmy, że znajdziesz jakiś sposób na niego! Daj spokój, Jim… radziłeś już sobie przecież z podobnymi sprawami.
Jim złapał Vinniego za koszulę i tak gwałtownie nim obrócił, że urwał mu dwa górne guziki.
– Ty draniu! Ty i ci twoi przeklęci Benandanti! Specjalnie zaproponowałeś mi mieszkanie po tak niskiej cenie… wiedząc, że stanę tam twarzą w twarz ze stworem, który może mnie skremować? Mógłbym być dziś kupką popiołu, jak Pinky i David!
– Co miałem zrobić? Byliśmy zrozpaczeni. Stryj Giovanni zmarł nagle na zawał, a nie mieliśmy nikogo do pilnowania Vane’a.
– Tak? Dlaczego więc sam się nie zgłosiłeś?
– Nie wiedziałbym, od czego zacząć. Jestem tylko nauczycielem historii. Nie znam się na religijnych rytuałach jak stryj Giovanni i nie mam, jak ty, zdolności parapsychicznych. Jak miałbym walczyć z niewidzialnym tworem, który ukrywa się w obrazie i kradnie ludziom dusze?
– I dlatego wmanipulowałeś mnie w tę sprawę!
– Przepraszam… Kiedy usłyszałem, że wracasz do West Grove, pomyślałem, że spadasz nam z nieba. Przykro mi, że wszystko poszło źle. Żałuję, że nie mogę niczego naprawić.
Choć Jim w dalszym ciągu dygotał ze złości, rozluźnił chwyt na koszuli Vinniego.
– Powinienem zażądać, żebyś zadzwonił do rodziców Pinky i Davida i powiedział im, dlaczego ich dzieci zginęły… ale to by tylko pogorszyło sprawą.
– Stary… zrobię wszystko, co zechcesz. Nie wiedzieliśmy, że Vane zaatakuje ciebie i twoich uczniów. Był uwięziony w obrazie przez ponad trzydzieści lat. Nie chcieliśmy tylko, aby wyszedł i znów zaczął fotografować.
– Chcesz powiedzieć, że chciałeś, abym się nim zajął… i nawet nie zamierzałeś mi wspomnieć o niczym?
– Przepraszam – powtórzył Vinnie. – Sądziliśmy, że kiedy zobaczysz Vane’a, od razu się domyślisz, co planuje, i odkryjesz sposób powstrzymania go. Widziałeś wiadomości? Te cieniste ja wszędzie porobiły pożary. Zanim się spostrzeżemy, zaczną podpalać lasy i puszczą z dymem pół hrabstwa.
Jim z niedowierzaniem pokręcił głową.
– Wiesz, co powinienem teraz zrobić? Odwrócić się na pięcie, odejść i zostawić wszystko na twojej głowie.
– Jim… nie możesz. Stoimy na krawędzi piekła. Nie tylko my, ale także setki, tysiące innych ludzi.
– Wiem. Nie mogę pozwolić, aby okazało się, że Pinky i David zginęli na darmo, i nie pozwolę Vane’owi robić kolejnych zdjęć.
Vinnie przez chwilę w milczeniu obserwował Jima. Wiatr powoli rozwiewał kartki z klasówkami, które powypadały mu z rąk, ale nie zwracał na to uwagi.
– Co zamierzasz? – zapytał w końcu.
– Zeszłej nocy śledziliśmy Vane’a… ja i kilku moich uczniów. Znaleźliśmy magazyn, w którym trzyma dagerotypy. Wybieramy się tam dziś, żeby je zniszczyć, i jeśli chcesz, w ramach pokuty możesz iść z nami.
– Jim, nawet nie wiesz, jak mi jest z tym źle…
– Vinnie, zanim to się zakończy, zrobię wszystko, co w mojej mocy, abyś poczuł się jeszcze gorzej.
Pierwszą lekcję miał o dziesiątej. Kiedy wszedł do klasy, od razu się zorientował, że członkowie Oddziału A opowiedzieli pozostałym, co się działo w nocy, bo wszyscy byli napięci, pełni oczekiwania i zachowywali się bardzo cicho. Raananah Washington, która akurat przechodziła korytarzem, zajrzała do środka przez otwarte drzwi, aby się upewnić, czy na pewno w klasie są uczniowie Drugiej Specjalnej.
– Dzień dobry, Raananah! – zawołał Jim. Kiedy sobie poszła, odwrócił się do klasy.
– Wygląda na to, że już o wszystkim wiecie. Ubiegłej nocy odkryliśmy, gdzie Robert H. Vane trzyma dagerotypy, i dziś je zniszczymy. Nie rozwiąże to jednak ostatecznie problemu, musimy jeszcze znaleźć sposób na unieszkodliwienie samego Vane’a.
Ruby podniosła ręką.
– Panie Rook… rozmawiałam wczoraj z babcią o złych duchach.
– I co?
– Powiedziała mi, że kiedy była dziewczynką… mieszkała wtedy w Dominica w Santo Domingo… w sąsiedztwie krążył duch, który dusił domowe zwierzęta i kradł jedzenie. Czasem nawet porywał dzieci, których kości znajdowano potem w lasach, pogruchotane wielkimi zębami. Prababcia nie pozwalała wychodzić babci po zmroku z domu. Nazywali tego ducha El Espejo, Lustro, ponieważ kiedy przychodził po człowieka i patrzyło się na niego, widziało się własną twarz.
– Udało się go wypędzić?
– Babcia powiedziała, że z Rzymu przyjechało dwóch księży, którzy pomogli miejscowym go złapać. Mieli wielkie lustro i zapędzili El Espejo w ślepą uliczkę, po czym pokazali mu lustro. Babcia ma takie powiedzenie: „Zło nie lubi na siebie patrzeć”. El Espejo padł jak ścięty i księża zakopali go. W jego trumnie też umieścili lustro… w taki sposób, aby po otwarciu oczu widział własną twarz. Może dałoby się coś podobnego zastosować w przypadku Roberta H. Vane’a…
– Może tak, a może i nie – mruknął Cień. – Ten duch, o którym mówiła twoja babcia, nie smażył ludzi żywcem. Robert H. Vane przerobi nas na węgiel, zanim znajdziemy się dwadzieścia metrów od niego. To samo mogą z nami zrobić te wszystkie typki, które spotkaliśmy dziś w nocy.
– Ktoś ma jakiś inny pomysł? – spytał Jim.
– Może zróbmy odwrotny egzorcyzm? – zaproponował George. – Może ojciec Foley mógłby nam w tym pomóc?
Читать дальше