Teraz czuła taki sam przypływ adrenaliny, celując broń we framugę i naciskając trzy razy na spust. Gdy kopnęła obcasem drzwi, posypały się z nich drzazgi. Spróbowała ponownie. Tym razem otworzyły się na oścież. Wbiegła do środka, przypadając do ziemi i czujnie się rozglądając. Była w kuchni. Mimo opuszczonych żaluzji widziała, że nikogo tam nie ma. W zlewie leżały brudne naczynia. Lodówka buczała i rzęziła.
Czy on tu jest? A może czai się w sąsiednim pokoju?
Chryste, powinna mieć kamizelkę kuloodporną. Ale nie spodziewała się takiego obrotu sprawy.
Pot spływał jej po piersiach, wsiąkając w sportowy stanik. Zauważyła na ścianie telefon. Podeszła do niego ostrożnie i podniosła słuchawkę. Nie było sygnału. Nie miała szans na wezwanie posiłków.
Nie zawieszając słuchawki, przesunęła się w kierunku drzwi. Zajrzała do sąsiedniego pokoju i zobaczyła, że jest to salon, w którym znajduje się wytarty tapczan i kilka krzeseł.
Gdzie może być Hoyt? Gdzie?
Weszła do salonu. W pół drogi syknęła z przerażenia, słysząc brzęczyk pagera. Cholera! Wyłączyła go i szła dalej.
Przystanęła w holu.
Frontowe drzwi były szeroko otwarte.
Nie ma go w domu.
Wyszła na ganek. Słysząc nad głową brzęczenie komarów, spojrzała na dziedziniec, na polną drogę, gdzie stał jej samochód, wysoką trawę i pobliski las. Było się tam gdzie ukryć. Gdy waliła jak ogłupiały byk w tylne drzwi, on wymknął się od frontu i uciekł do lasu.
Cordell jest w tym domu. Znajdź ją, nakazała sobie.
Weszła z powrotem do holu i ruszyła schodami na górę. Było tam gorąco i duszno. Spociła się jak mysz, przeszukując pospiesznie trzy sypialnie, łazienkę i szafy. Ani śladu Cordell.
Boże, tu można się udusić.
Zeszła z powrotem na parter. W domu panowała tak grobowa cisza, że przeszły ją ciarki. Nabrała nagle pewności, że Cordell nie żyje, że w stodole słyszała jej przedśmiertny krzyk.
Wróciła do kuchni. Przez okno nad zlewem widać było dobrze stodołę.
On widział, jak tam szłam. Wiedział, że zobaczę mercedesa i że nie ma czasu do stracenia.
Więc ją wykończył. I uciekł.
Lodówka zarzęziła kilka razy i ucichła. Rizzoli słyszała rytmiczne uderzenia swego serca.
Odwróciwszy się, zobaczyła drzwi do piwnicy. Tylko tego miejsca jeszcze nie przeszukała.
Panował tam nieprzenikniony mrok. Myślała z odrazą o schodzeniu do podziemi, gdzie czekały ją z pewnością koszmarne widoki. Nie miała na to ochoty, ale wiedziała, że Cordell musi tam być.
Sięgnęła do kieszeni po miniaturową latarkę. Oświetlając nią sobie drogę, zeszła dwa stopnie w dół. Powietrze było chłodne i wilgotne.
Poczuła zapach krwi.
Coś smagnęło ją po twarzy. Cofnęła się przestraszona. Odetchnęła z ulgą, uświadomiwszy sobie, że to tylko łańcuszek do włączania zawieszonej nad schodami lampy. Pociągnęła go, ale bez skutku.
Musiała jej wystarczyć kieszonkowa latarka.
Ponownie skierowała snop światła na schody, trzymając w ręce broń. Na piętrze było duszno i gorąco, a tu, choć spocona, drżała z zimna.
Dotarła do końca schodów i poczuła pod nogami ubitą ziemię. Było tam jeszcze zimniej, a gęste, wilgotne powietrze przesycał intensywny zapach krwi. Wszędzie panowała grobowa cisza. Słyszała tylko swój przyspieszony oddech.
Zakreśliła snopem światła łuk i omal nie krzyknęła, zobaczywszy nagle własne odbicie. Stała z wycelowaną bronią i serce waliło jej jak młotem na widok tego, co ujrzała.
Na półce stały rzędem duże, aptekarskie słoje. Nie musiała dokładnie im się przyglądać, by pojąć, co zawierają.
Jego trofea.
Słoi było sześć. Na każdym widniała etykieta z nazwiskiem. Było więcej ofiar, niż przypuszczali.
Ostatni słój – pusty, ale już podpisany – czekał na najcenniejszą zdobycz.
Catherine Cordell.
Rizzoli odwróciła się, oświetlając latarką sufit, masywne słupy i kamienne fundamenty. Promień światła zatrzymał się nagle w kącie piwnicy. Na ścianie była jakaś ciemna plama.
Krew.
Przesunęła snop światła i zobaczyła Catherine. Przeguby i kostki miała przywiązane taśmą do łóżka. Jej bok lśnił od świeżej krwi. Na białym udzie widać było szkarłatny odcisk dłoni, jakby Chirurg chciał zostawić na ciele ofiary swój znak. Przy łóżku stała nadal taca z narzędziami, którymi posługiwał się oprawca.
O, Boże. Mogłam cię jeszcze ocalić…
Dysząc z wściekłości, oświetliła latarką zakrwawiony tors Cordell, a potem jej szyję. Nie miała podciętego gardła.
Snop światła nagle zadrżał. Nie, to nie światło! Cordell się poruszyła.
Ona jeszcze oddycha.
Rizzoli zdarła jej z ust taśmę klejącą i poczuła na ręce ciepły oddech. Cordell zamrugała powiekami.
Ha!
Rizzoli triumfowała, ale miała zarazem niepokojące wrażenie, że dzieje się coś bardzo złego. Nie było jednak czasu o tym myśleć. Musiała ratować Cordell.
Trzymając w zębach latarkę, przecięła zręcznie więzy na przegubach Cordell i zbadała jej puls. Był słaby, ale wyczuwalny.
Ciągle nie mogła się pozbyć przeczucia, że coś jej zagraża. Dręczyło ją to, gdy przecinała taśmę, krępującą prawą nogę Cordell i gdy sięgała do jej lewej kostki. I nagle doznała olśnienia.
Ten krzyk. Słyszała krzyk Cordell aż w stodole.
A przecież miała usta zaklejone taśmą.
Specjalnie ją zdjął, pojęła. Chciał, żeby krzyczała. Chciał mnie tu zwabić.
To pułapka.:
Sięgnęła natychmiast po broń, którą położyła na łóżku. Nie zdążyła jej chwycić.
Potężny cios w skroń powalił ją na ziemię. Gdy próbowała się podnieść, została kopnięta w bok. Usłyszała trzask żeber i poczuła, że traci oddech. Przeszył ją tak potworny ból, że nie mogła zaczerpnąć powietrza.
Pod sufitem zapaliła się pojedyncza żarówka.
Chirurg stał nad nią, przyglądając się swej nowej zdobyczy. Widziała tylko owalny kontur jego twarzy.
Odwróciła się na zdrowy bok, próbując podźwignąć się z ziemi.
Kopnął ją w ramię. Upadła znowu na plecy, urażając złamane żebra. Krzyknęła z bólu. Nie mogła się poruszyć. Nawet wtedy, gdy do niej podszedł i zobaczyła nad głową jego but.
Przydepnął jej przegub, wgniatając go w ziemię.
Wrzasnęła jak opętana.
Sięgnąwszy do tacy z narzędziami, wybrał jeden ze skalpeli.
Boże, nie!
Przykucnął obok niej, nadal przyduszając butem zmiażdżony przegub, i uniósłszy skalpel, wbił go bezlitośnie w jej otwartą dłoń.
Pisnęła przeraźliwie, gdy ostrze przeszyło jej ciało i przygwoździło rękę do ubitej ziemi.
Chirurg wziął z tacy kolejny skalpel. Chwycił prawą rękę Rizzoli, rozciągnął ją na ziemi i przydusił butem przegub. Potem znów uniósł skalpel i przebił nim jej dłoń.
Tym razem wydała z ust tylko bezsilny krzyk.
Wstał i przyglądał jej się przez chwilę, jak kolekcjoner, który przyszpilił właśnie w gablotce kolejny okaz motyla.
Podszedł do tacy z narzędziami i wziął trzeci skalpel. Mając obie ręce przygwożdżone do ziemi, Rizzoli mogła jedynie czekać, co się stanie. Chirurg stanął za nią i przykucnął. Chwycił ją za włosy i pociągnął je mocno do tyłu, odsłaniając szyję. Patrzyła mu prosto w twarz, a jednak widziała tylko jej ciemny, owalny kształt. Wyglądała jak czarna dziura, pochłaniająca wszelkie światło. Czuła, jak z każdym uderzeniem serca pulsują jej tętnice na szyi. Krew, płynąca w arteriach i żyłach, była esencją życia. Zastanawiała się, jak długo pozostanie przytomna, gdy ostrze zrobi swoje. Czy śmierć będzie łagodnym przejściem w niebyt. Dostrzegała jej nieuchronność. Przez całe życie walczyła i nigdy się nie poddawała, ale tym razem została pokonana. Leżała z odsłoniętym gardłem i odchyloną do tyłu głową. Zobaczyła lśniące ostrze i zamknęła oczy, gdy dotknęło jej skóry.
Читать дальше