Matka, naturalnie, ma inną argumentację – żal jej córki, a i chciałaby doczekać wnuków. Pieśń ciągnęła się bez końca, ale, o dziwo, publiczność wcale nie była znudzona.
Jewpatjew pochylił się do Erasta Pietrowicza i szepnął:
– To przecież ni mniej, ni więcej, tylko przypowieść o wolności wyboru. Co tam wasz Kant i Schelling! Nasza religia daje najwięcej swobody ze wszystkich, ona nie wychowuje niewolników.
Fandorin sam był ciekaw, za którym gołębiem pójdzie bohaterka, to jednak do końca pozostało tajemnicą. Na słowach: „Oznajmiło dziewczę ojcom swoją wolę, oznajmiło dziewczę słowo swoje twarde”, pieśń nagle się urwała.
Rozległ się przeraźliwy krzyk. Był tak rozdzierający, tak straszny, że nie wiedząc jeszcze nawet, co się stało, kobiety zaczęły piszczeć, dzieci krzyczeć z przerażenia. I wtedy wszyscy zobaczyli – nawiedzony Ławrientij dostał ataku.
– Jestem zgubi-o-o-ny! Bożżże, jestem zgubiony! – wył jurodiwy – A-a-a-a! Nie mogę!
Rzuciło się do niego kilku chłopów, ale epileptyk odepchnął ich, i to tak mocno, że trzej przewrócili się na podłogę, po czym rozpędził się i z całej siły uderzył głową o narożnik pieca.
Upadł, z rozciętego czoła pociekła mu krew, ale nie stracił przytomności.
– Jam słaby! Grzeszny! – zajęczał żałośnie, już bez poprzedniej furii. – Nie mogę ocalić Twego ludu! Naucz mnie, Panie! Pomóżcie, archaniołowie Gabrielu i Michale! Biada mi, bezużytecznemu!
Ludzie obawiali się do niego podejść.
Nieszczęśnik siedział na ziemi, miarowo waląc i tak już okrwawionym czołem o piec, na wszystkie strony leciały czerwone bryzgi.
Stracili głowę wszyscy poza Szeszulinem. Szczerze mówiąc, po wysłuchaniu absurdalnych teorii uczonego Anatolija Iwanowicza o „biologicznej machinie”, Erast Pietrowicz uznał, że psychiatry nie warto traktować serio, teraz jednak zmuszony był zmienić zdanie.
Szeszulin działał szybko i zdecydowanie.
Wysunął się naprzód i krzyknął na baby:
– Cicho, płaczki! On to robi dla was.
Chłopom polecił:
– Wody! Zimnej!
Mocno ujął Ławrientija za ramię, odwrócił i – plask! plask! – wymierzył mu dwa siarczyste policzki.
Przez izbę przetoczyło się westchnienie i zapadła cisza.
Umilkł też nawiedzony i wytrzeszczył oczy na stanowczego pana w okularach.
Przyniesiono żeliwny garnek z wodą i doktor wylał ją świętemu człowiekowi na głowę. Szybko obwiązał przemytą ranę na czole chustką do nosa. Potem ujął jurodiwego rękami za skronie, pochylił się.
– Patrz mi w oczy!
Jurodiwy posłusznie zadarł głowę.
– Spoko-ojnie, spoko-ojnie… O ta-ak, bardzo dobrze… – Głos lekarza stał się kojący, samogłoski ciągnęły się jak kapiący z łyżki miód. – I Gabriel ci pomoże, i Michał… Archanioł Anatolij już tu jest… Wszystkim pomożesz, wszystkich ocalisz… Nie trzeba krzyczeć, nie trzeba bić głową… Trzeba my-yśleć… Najpierw pomyśleć, potem robić. I wszystko będzie dobrze…
Przemawiał w ten sposób do chorego dość długo – chyba z dziesięć minut.
Sugestia zaczęła działać. Ławrientij przestał dygotać, ręce opadły mu bezsilnie, oczy patrzyły przytomnie.
– Puść mnie, panie. Wystarczy – przemówił wreszcie cicho, spokojnie. – Podnieście mnie.
Ostrożnie, podtrzymując z dwóch stron, postawiono go na nogi.
– Dziękuję ci. – Nawiedzony ukłonił się nisko Szeszulinowi i powiedział z wielką powagą: – Pomogłeś mi. Sam nawet nie wiesz, jak bardzo. Teraz już wiem.
– Co takiego? – zdziwił się psychiatra.
Ale jurodiwy nie powiedział więcej ani słowa. Otrząsnął się jak pies, strącił z ramion dłonie podtrzymujących go chłopów i nie patrząc na nikogo, wyszedł z izby. Trzasnęły drzwi.
Wola boska
Z powodu okulałego dyszlowego musieli resztę dnia i noc spędzić w Raju. Mieszkał tu znany w całej okolicy konował, który obiecał na jutro rano postawić konia na nogi, a na razie każdy zajął się swoimi sprawami.
Pop i diakon postanowili odprawić w wiejskim domu modlitwy niedzielne nabożeństwo. Nikt nie stawiał przeszkód, ale spośród owieczek stawił się tylko uriadnik. Odstał całą mszę na baczność, wykonał w lewo zwrot i ruszył od domu do domu, wypytywać, czy nie było we wsi jakiegoś samozwańczego proroka, nawołującego do samozagłady.
Przewodniczący komisji spisowej instruował dwóch rachmistrzów, którym wręczył arkusze spisowe i teczki, przy czym pierwsze wzięto z obawą, ostatnie zaś z zadowoleniem.
Erast Pietrowicz snuł się bez określonego celu, po prostu obserwował i słuchał. Sługę na wszelki wypadek trzymał przy sobie. Wiedział, że tutejsze niewiasty – jedna w drugą rosłe i dorodne – dokładnie odpowiadają wyznawanemu przez Masę ideałowi kobiecej urody, a piekielny Japończyk umiał dobrać kluczyk prawie do każdego kobiecego serca.
Obejście całej wsi nie dało nic ciekawego.
Jewpatjew i Szeszulin siedzieli u starosty i pili herbatę.
Lew Sokratowicz gawędził z chłopami, Fandorinowi nie udało się jednak posłuchać, o czym – gdy tylko się zbliżył, wszyscy jak na komendę umilkli. Dziwne wszelako, że nieufni wobec wszystkich tubylcy rozmawiali z bezbożnikiem Kryżowem z takim szacunkiem – przecież samo jego nazwisko powinno im się wydawać haniebne: raskolnicy mówili „kryż” o krzyżu prawosławnym.
Większość kobiet została w zborze, przy Kirille. Erast Pietrowicz nie próbował tam zaglądać przez delikatność – damy wszak zawsze mają tematy nieprzeznaczone dla męskich uszu.
Dziewczynce przewodniczce zapewne nudziło się z dorosłymi. W każdym razie Połkaszka nie siedziała przy swojej patronce.
Raz Fandorin natknął się na nią w pustej sieni gromadzkiej izby. Obok wieszaków wisiało tam lustro w malowanej drewnianej ramie. Biedna chudzina, myśląc, że nikt jej nie widzi, przeglądała się w nim, to stając bokiem, to zezując. Erastowi Pietrowiczowi zrobiło się jej żal, Masa też westchnął. Wyjął z kieszeni cukierek (zaopatrzył się w nie jeszcze w Wołogdzie) i chciał dać dziewczynce, ale ta rzuciła się do ucieczki jak dzikie zwierzątko.
Potem widzieli ją jeszcze raz – na skraju wsi, z gromadką wiejskich dzieci. Przewodniczka coś im opowiadała, a one słuchały bardzo uważnie, z otwartymi buziami. Jedna z dziewczynek podała Połkaszce piernik – ta przyjęła poczęstunek i włożyła do ust. Zarabia, bierze przykład z Kiriłły, pomyślał z uśmiechem Fandorin.
A nawiedzonego nie spotkał nigdzie.
* * *
Nocowali w zborze, który w razie potrzeby pełnił funkcję domu noclegowego.
Całe jakże zróżnicowane towarzystwo, nie umawiając się, ulokowało się w trzech leżących w amfiladzie izbach w następujący sposób: w pierwszej, najbliżej sieni – stangret Jewpatjewa, Masa i Odincow; w środkowej, z piecem, „panowie”; najlepszą izbę rycersko odstąpili słabej płci – bajarce i Połkaszce, które przysunęły do sofy długi stół, nakryty serwetą, i w ten sposób znalazły się jakby za parawanem. Nie było ich tam widać ani słychać.
Po nocy spędzonej w podróży i mroźnym dniu wszyscy zasnęli dość szybko. Erast Pietrowicz, który z wiekiem zaczął mieć sen coraz lżejszy i bardziej czujny, zasnął ostatni – przeszkadzało mu dobiegające ze wszystkich stron chrapanie.
Za to obudził się pierwszy.
W izbie było ciemno. Zupełnie ciemno, wręcz czarno. Fandorin otworzył oczy i nie uświadamiając sobie jeszcze, co go obudziło, spuścił nogi z ławy. Spalenizna! Pachniało spalenizną!
Читать дальше