- Teraz mi wyjawisz straszną tajemnicę rodzinną - mruknęła Zuzanna.
- Och, nic takiego - zaśmiała się ciotka; nadal jednak nie patrzyła dziewczynie w oczy. - Po prostu... No chyba cię okłamałyśmy. To znaczy - nie świadomie. Rozumiesz, byłaś mała, ile, cztery latka? Daje się wówczas odpowiedzi najprostsze, innych dzieci zwyczajnie nie rozumieją.
- Rozumieją.
- Wiesz, o co mi chodzi! - zirytowała się ciotka i wreszcie spojrzała na Zuzannę. - Normalne dzieci. W każdym razie wtedy nie rozumiały. No więc powiedzieliśmy, że miał wypadek; a potem widać nigdy tego nie odkręciła. A to jest prawda. To znaczy - tak jest w papierach, takie mu świadectwo zgonu wystawili: wypadek.
- A naprawdę?
- Naprawdę - nie wiadomo. Nie znaleziono ciała.
- Co właściwie się stało?
Marianna wzruszyła ramionami. Seledynowe paznokcie powędrowały ku wygiętym grymaśnie wargom, gdy zastanawiała się nad słowami.
- Nie wrócił z badań polowych. Czy jakoś tak. Pewnie wykopaliska. Szukali go. Bez rezultatu.
- Zaginął więc. Gdzie?
Ponowne wzruszenie ramion.
- Nie wiesz? - zdumiała się Zuzanna.
- Twoja matka prowadziła przez lata prawną batalię... Powinnaś znaleźć w jej plikach. Nawet nie wiem, czy uzyskała jakieś konkretne odpowiedzi. On zjeździł pół świata, czasami dzwonił z miejsc, których nazwy nawet wymówić się nie dało, co dopiero zapamiętać i... Hej, gdzie uciekasz...?
Wbiegła do Wodnej Wieży z odchyloną wstecz głową, zaciskając palcami nozdrza. Krwotok poplamił bluzkę. Powinna była być mądrzejsza, nie można lśnić na sucho. Przejście przez wodną kurtynę nieco ją otrzeźwiło (wiał halny i trójkątny spad głównej bramy nie rozdzielał ściany sztucznego deszczu).
Z bliźniaków był w domu tylko Bartek, siedział w salonie nad jakimiś papierami, nawet nie uniósł głowy. Poszła prosto do siebie.
Dwa pokoje: sypialnia i biblioteka, która była biblioteką jedynie z nazwy, w istocie bardziej przypominała magazyn, stały tu kartony z rzeczami ze starego mieszkania, do których rozpakowania nie mogła się Zuzanna zmusić od przeprowadzki po śmierci matki. Żadna trauma, nic podobnego; po prostu odruchowo ustawiła je w stosach pod ścianą, najpierw odkładając sprawę do czasu skończenia studiów, potem - do znalezienia pracy, a teraz mówiła sobie, że przeprowadzi selekcję, gdy będzie się przenosić do swojego mieszkania, już wpłaciła pierwszą ratę. Była leniwa, ot i całe powikłanie psychologiczne. Zmiana zazwyczaj przegrywała u niej ze status quo - i stąd też, przypuszczała, brało się jej zaniepokojenie listem ojca zza grobu. Po co rewidować pamięć już uleżaną, choćby i fałszywą? Teraz i tak nie ma to przecież znaczenia. A swędzi i piecze, i nie pozwala przestać myśleć.
Przysiadłszy na łóżku, wstrzeliła sobie w żyłę nabój wysokotrombocytowego libarytu. Potrwa, zanim odpowiednio rozejdzie się w organizmie. ART do Rotterdamu miała o dwudziestej dwanaście, akurat czas, żeby coś przełknąć i przebrać się stosownie. Może w elfi garnitur...? Kosztował ją całe dwie pierwsze pensje, często go nosiła bez oficjalnej okazji, choćby na spotkania z klientami Licz; zabierała też ze sobą na wszystkie wyjazdy, usprawiedliwiona próżność to nie wada. Bardzo się sobie w nim podobała: wyglądała wówczas prawie jak gwiazda biznesu czy polityki, kroniczny materiał pozostawał zawsze nieskazitelnie biały, zawsze idealnie się dopasowywał do figury, nieomal wyprzedzając życzenia i nastroje. No i ten dotyk, bardziej miękki od jedwabiu - elfie ubrania wdziewa się na gołe ciało. Jak dziewczynka pierwszy raz dostrzegająca w sobie przedmiot pożądania i eksperymentująca z formami kobiecości - przeglądała się teraz w nadrzwiowym lustrze: śnieżna biel marynarki kontrastująca z trwale opaloną skórą, kształt dekoltu zależny od sposobu zapięcia haftek, czarne włosy spuścić na plecy czy upiąć wysoko...? Odwracając się od szafy, zahaczyła wzrokiem o czarną paczkę od Maleny. Bez zastanowienia sięgnęła i szarpnięciem otworzyła pudełko. W środku, oczywiście, nie było niczego. Mamrocząc pod nosem, wyrzuciła je do śmieci.
Podreptała do kuchni nastawić robota. Gdy stała nad ekranem siemensowego all-cooka, niezdecydowana między mięsną pizzą a Bardzo Zdrową Zieleniną - w lekkim mrowieniu podniebienia i opuszków palców opadł ją lsen. Oczekiwała na nią rozmowa z adresu chtonicznego. Odebrała na sztywnej lokacji. Ktoś zapukał w uchylone drzwi kuchni.
- Wejść! - krzyknęła przez ramię, zatwierdzając syntezę pizzy.
Kobieta objęła ją od tyłu, całując w policzek.
- Wszystkiego najlepszego, kochanie.
Wymanicurowane, długie palce spoczęły lekko na obojczyku - poznała ją po pierścieniach. Obrączka, rubin, srebrny węzeł... biżuteria dziewiętnastowieczna. Izabella, babka ojca, przepisała się w Cień w wieku stu trzech lat - odtąd nie opuszczała czterdziestego roku życia.
- Iza! Nie odzywałaś się ostatnio!
Uścisnęły się mocno. Izabella odsunęła prawnuczkę na odległość wyciągniętych ramion.
- Rzeczywiście, zbyt długo chyba - prawie cię nie poznałam.
- Co właściwie zabiera ci tyle czasu? Myślałby kto, że po śmierci człowiek może nareszcie odpocząć.
Izabella zaśmiała się gardłowo.
- Wystarczająco naodpoczywałam się za życia!
Przy kuchennym stole wymieniały ostatnie nowiny. Zuzanna wrzuciła do pralki poplamioną bluzkę. Pizzę jadła za pomocą sztućców, krojąc ciasto na drobniutkie kawałki. Babka opowiadała, gestykulując dłonią z papierosem, pierścienie traciły blask za zasłoną sinego dymu. Gdy usłyszała o testamencie swego wnuka, tylko uniosła brew.
Zuzanna coraz częściej popatrywała na zegarek. W obecności Izabelli zadzwoniła po taksówkę. Gdy podniosła się, by włożyć talerz do zmywarki, prababka wstała również.
- No, bo jeszcze się przeze mnie spóźnisz. Powinnam częściej zaglądać... Niechże cię ucałuję! Ach, zapomniałabym, a potem nie będę mieć czasu - proszę, baw się dobrze.
- Co to jest?
- Ipsar, ipsator. Dostaniesz z jutrzejszą pocztą. No to pa.
Był to, oczywiście, pierścień. Gdy zjeżdżając windą do taksówki wyszła ze lsnu, rozmył się razem z resztą; nie była teraz nastroju do zabawy gadżetami, w jakich lubowała się pośmiertna prababka.
W pustym przedziale poślizgówki wlśniła się ponownie. Chciała się od razu zabrać za pliki archiwalne matki (one też leżały w kącie jej serwera w nie ruszanych od dawna katalogach, nie miała ochoty ich w ogóle otwierać i z początku rozważała nawet wykasowanie en masse), ale rozsunęły się drzwi i na fotel naprzeciw Zuzanny wskoczyła dziesięcioletnia dziewczynka. Zuzanna może i wzięłaby ją za część świata materii, gdyby nie fakt, że dziewczynka, zachowując wszystkie proporcje ciała dziesięciolatki, miała nie więcej niż trzydzieści centymetrów wzrostu.
- Cześć! - pisnęła radośnie, usadowiwszy się na skórzanym siedzeniu. Błękitna sukienka sięgała jej kolan, chuderlawe łydki nosiły ślady zadrapań i strupów po obtłuczeniach. Machała energicznie bosymi stópkami, które oczywiście nie sięgały podłogi.
- Niech zgadnę - westchnęła Zuzanna. - To ty jesteś tą symulką.
Dziewczynka pokiwała główką.
- Ula - przedstawiła się.
- Miło mi - mruknęła Zuzanna, pochylając się, by delikatnie ująć w swoją dłoń rączkę Uli - ale czy mogłabyś na razie dać mi spokój? Wywołam cię, gdy tylko będę miała czas, i wtedy się pobawimy, okay?
- Mam sobie pójść? - nadąsała się mała.
- Prześpij się może, co?
Читать дальше