Nikt z nas nigdy nie słyszał takiej muzyki. Nigdy.
„Hej, babariba, hop, babariba, ouuh, babariba, uuuh, babariba…”
Babariba schwyciła nas w swoje ramiona i mocno trzymała. Zwiedzający przesuwali się powoli wzdłuż przeszklonych szafek z eksponatami, a ich nogi podrygiwały do tego dzikiego, cudownego rytmu. Kolejka powoli zamieniała się w żywego węża, drgającego w jednym takcie.
– Ta muzyka ma swoje korzenie w muzyce amerykańskich niewolników. Biali panowie zabrali im wszystko, nawet ich muzykę – mówiła monotonnie przewodniczka, a jej noga drgała, dłonie rytmicznie zaciskały się i rozwierały, słowa bezwiednie wkraczały w rytm rock and rolla i stawały się jego częścią.
Sznur zwiedzających powoli, niespostrzeżenie, lecz coraz mocniej zarażał się rock and rollem. To była epidemia. Ba, to była pandemia.
– Pistolet – powiedziała przewodniczka.
W pustej przeszklonej witrynce leżał samotny pistolet.
– W Ameryce ludzie codziennie do siebie strzelają i zabijają się bez powodu. Trwają tam uliczne wojny gangów i wciąż nasila się przemoc.
W mocny, gorący rytm rock and rolla płynnie wtargnęły te wyobrażone przez nas pistoletowe strzały.
– Pif-paf! – powiedział ktoś ze zwiedzających z emocją w głosie.
– Pif-paf! Hej, babariba! – odpowiedział ktoś inny.
– Hej, babariba! – wrzasnęli pozostali.
– Krawaty – oznajmiła przewodniczka. – Spójrzcie, jakie krawaty noszą amerykańscy mężczyźni. Ameryka jest pełna świństw, Ameryka jest nieprzyzwoita, nikt nie szanuje tam ludzkiej godności. Dziewczynki, proszę odwrócić głowy…
Witryna z krawatami porażała wzrok jaskrawymi kolorami. Z każdego krawata dumnie prężyła ciało naga kobieta z gigantycznym biustem.
– Hej, babariba! – wrzasnął ktoś dyszkantem i żywy, rozedrgany rock and rollem wąż podchwycił natychmiast:
– Hej, babariba! Ouuuh, babariba!
– Długopis – powiedziała przewodniczka. – Amerykanie są leniwi, nie chce się im pisać, więc wymyślili długopisy i to z nieprzyzwoitymi rysunkami.
Wąż przylgnął do witryny. Na wąskich, niewielkich długopisach znów wyginały się gołe kobiety.
– Uczniowie piszą tym wypracowania – powiedziała ze wstrętem przewodniczka, a jej biust zafalował w rytm rock and rolla.
– Hop, babariba! – odkrzyknęła kolejka z tęsknotą w głosie, zacierając ręce poplamione zwykłym atramentem, czerpanym jeszcze z buteleczki.
Wąż wił się, oglądając teraz zapalniczki zippo i kolorowe jednorazówki („Nie umieją wyprodukować porządnych zapałek”), kajdanki („Policja może tam aresztować kogo chce i kiedy chce”), kolorowe koszule z rozebranymi kobietami, a także koszule w kwiaty, w pawie, w ptaki, rybki lub niepojęte, pseudopicassowskie mieszaniny wzorów („Amerykanie są nieprzyzwoici, nie mają moralności, co widać nawet na ich koszulach”), puszki z zupą pomidorową („Klasa robotnicza, wykorzystywana przez kapitalistów, haruje od świtu do nocy i nie ma czasu gotować”), fraki z cylindrami („Codzienny ubiór kapitalisty”), grube, brązowe cygara („Papierosy są dla ubogich, cygara dla bogaczy”), tablice reklamowe („Reklama chce wam wmówić, żebyście kupili za duże pieniądze to, czego nie potrzebujecie, reklama wyprzedza popyt, kłamie i oszukuje ludzi pracy”).
– Hej, babariba! – wrzasnął ktoś znowu, ale nim inni to podchwycili, przewodniczka powiedziała:
– W następnej witrynie coca-cola.
I wtedy zapadła cisza. Wszyscy wstrzymali oddech, babariba przestała być słyszalna – choć wciąż śpiewała swoje, chrypliwym, czarnym głosem gangstera, który przed chwilą zgwałcił jedną z kobiet na krawacie – nagle poczuli się jak w kościele.
– Coca-cola… – wionął nabożny, przejęty szept.
– Coca-cola…
– Prawdziwa coca-cola…
Szepty mknęły przez salę, a wokół ostatniej witryny zaczął narastać i kłębić się rozpalony tłum.
– Coca-cola… Coca-cola… COCA-COLA!
W dużej przeszklonej witrynie stała jedna, jedyna, malutka, opływowa w kształcie butelka, z brązową cieczą i czerwoną etykietą. Wszystkie spojrzenia zawisły na niej z taką intensywnością, że butelka powinna eksplodować i rozprysnąć się wraz z gablotą. Ale wciąż stała. Nieduża, nieruchoma, nieosiągalna. Nic szczególnego.
– Ulubiony napój kapitalistów, przy jego produkcji od rana do nocy pracują tysiące robotników, a kapitaliści zgarniają nienależne im zyski. Od coca-coli psują się zęby i żołądek. Istnieje hipoteza, że są w niej domieszki narkotyków i trucizny, które powodują postępujące uzależnienie i otępienie umysłu klasy robotniczej – mówiła monotonnie przewodniczka, lecz nikt jej nie słuchał.
– Przetrawialiśmy w milczeniu nasze straszne, dojmujące rozczarowanie – szepnęła babcia Irena. – Coca-cola powinna być wielka i niezwykła. A była mała i niepozorna. Powinna być niesamowita. A była ot, taką sobie butelką, jedynie trochę węższą od tych, które znaliśmy. Napój powinien być tęczowy, nie do zapomnienia, a tymczasem miał znany nam kolor kawy.
– Coca-cola to narzędzie politycznej walki, to kwintesencja amerykańskiego stylu życia – oznajmiła z naciskiem przewodniczka.
Nikt jej nie uwierzył. Coca-cola była nijaka, choć wystawa OTO AMERYKA była fantastyczna.
Wkrótce uczniowie z całej Polski śpiewali piosenkę, którą ułożył nie wiadomo kto:
„To jest Ameryka,
To słynne U-Es-A,
To jest ogromny kraj,
Na ziemi raj!”
I wszyscy opowiadali sobie o babaribie, o pistolecie, kolorowych koszulach, o krawatach z gołymi babami, zapalniczkach zippo i długopisach – ale milczeli o coca-coli. Bo nie było o czym opowiadać.
A jednak przewodniczka w zielonej zetempowskiej koszuli miała rację. Coca-cola była narzędziem politycznej walki – i była stylem życia. I miała w sobie magiczną moc: potrafiła rozpleniać się jak chwast, ogarniając sobą tysiące kilometrów, ba, całą ziemię!
– U nas pojawiła się w latach siedemdziesiątych, za Gierka – kontynuuje babcia – wtedy, gdy jeszcze nie było cię na świecie. Już nie upodlała klasy robotniczej, przeciwnie, miała być dowodem naszego postępu i doganiania reszty świata. I od razu stała się narzędziem walki pomiędzy północą a południem. Na południu Polski była pepsi, coca-cola na północy. Tak nas podzielił Gierek. Czterdzieści dziewięć województw, pepsi-cola, coca-cola i wszystko jasne. No cóż, w socjalizmie człowiek przynajmniej wiedział, gdzie coś się kończy i gdzie zaczyna – uśmiecha się babcia Irena. – My, z południa, udawaliśmy, że pepsi jest lepsza, ale naprawdę czuliśmy się gorsi od północy, od Warszawy, od prawdziwej coca-coli. Wtedy też zrozumiałam powód naszego rozczarowania na wystawie OTO AMERYKA. Tam była tylko ta jedna, jedyna butelka coca-coli, a tymczasem jej siła tkwiła i wciąż tkwi w ilości. Muszą być setki, tysiące, miliony, ba, miliardy butelek! Ich skromny wygląd musi być zamaskowany przepychem reklam: gwiazda sportu wypija ją duszkiem po zdobyciu medalu na olimpiadzie, sławna piosenkarka chłodzi się nią tuż po koncercie, piją ją nawet białe niedźwiedzie na Alasce. Bo coca-cola jest jak narkotyk, a nie zwykły napój – uśmiecha się babcia Irena i popija powoli herbatę z grubego kubka.
– Zawsze coca-cola, babciu – szepcze Ewa, obserwując wszechobecność coca-coli w stolicy.
…jakaś kobieta, gruba, stara, biegnie pospiesznie, potrąca Ewę, z jej rąk wylatuje plastikowa siatka, wysypują się bułki i jabłka. Nikt nie pomaga ich zbierać. Za nią biegną kolejne trzy osoby. Zatłoczony chodnik przed przejściem dla pieszych nagle jakby zawirował i wydaje się, że zawraca przechodniów w przeciwnym kierunku. W jednej chwili wszyscy biegną w jej stronę, niemal wprost na nią. Słychać głośne sapanie, okrzyki, ktoś klnie, ktoś inny wzywa Matkę Boską, ale krzyki już są zagłuszone przez policyjne gwizdki i pisk samochodowych hamulców. Hamuje naraz kilkanaście – nie, nie kilkanaście, już kilkadziesiąt, ba, kilkaset aut!, niektóre nie zdążyły i słychać, jak blacha uderza o blachę. Ewa stoi, ogłupiała w tym hałasie i zamieszaniu, a ktoś popycha ją w głąb chodnika:
Читать дальше