– Na pewno był w zmowie ten tchórz!
– Tak jest! A wiecie z kim? To się nie mieści w głowie! – Z tą, z którą teraz tu stoi! Z piękną panią dyrektor! O, zdrada sięga wysoko!
Świadku Soliter, powiedzcie, czy wasza przełożona była na akademii ku czci Hiszpańskiej Wojny?
– Nie była. Przez cały czas świeciło puste miejsce.
– No właśnie! A dlaczego? Bo ta progenitura pachołka krwawego Franco, która nienawiść do ludu wyssała z mlekiem matki, do tego stopnia nie cierpi pokoju i sił postępu, że na widok i dźwięk samych symboli i haseł walki o wyzwolenie uciemiężonych mas jak wściekła suka się jeży i toczy pianę z pyska. I bała się, że ów odruch, nad którym nie panuje, zdradzi ją, zdemaskuje.
No dobrze, zapytacie, lecz w takim razie dlaczego w ogóle się znalazła na odcinku oświaty, i to aż tak wysoko, na kierowniczej pozycji, jest to kluczowe pytanie!
Zostało to wymuszone przez wrogie nam mocarstwo, burżuazyjną Francję, odstręczającym szantażem. Dano nam, mianowicie, jasno do zrozumienia, że jeśli nam zależy na docencie Dołowym i jego wszechstronnym rozwoju, to musimy się zgodzić na jej kandydaturę.
Świadek Gromek! Czy tak? Czy potwierdzacie to?
– Tak, w całej rozciągłości – odzywa się głos magistra.
– Świadek Dołowy! A wy?
– Nie mogę temu zaprzeczyć, choć nie byłbym tak surowy. Ze względu na interes… handlu zagranicznego i przemysłu lekkiego (końcówki do długopisów!).
– Macie szlachetne serce! Lecz nie czas żałować róż, gdy płoną lasy.
Pozostaje ostatnia fundamentalna kwestia. Czemuż to „słodkiej” Francji tak bardzo na tym zależy? Jaki ma w tym interes?… Choć należałoby chyba inaczej postawić pytanie: czymże pani dyrektor tak się jej zasłużyła, że pozyskała dla siebie tak niebywałe poparcie?
Przemilczmy tę ohydę. Niechaj nazwa tej zbrodni nie kala naszych ust! To najstraszliwsza ze zdrad!
Czy jednak nasz „wirtuoz” przejmuje się tym? Gorszy? Czy budzi w nim odrazę akt sprzedajnej miłości? Gdzieżby tam! Wręcz przeciwnie! To go elektryzuje! Zaciera po cichu ręce. Jak stręczyciel, jak człowiek o moralności alfonsa węszy w tym zysk dla siebie! Może przyda się na coś i dostanie coś w zamian? A jeśli nie dostanie, szantażem wymusi haracz. Przecież wie doskonale, że cały ów „eksperyment. z wykładowym francuskim to jedna wielka lipa. Że chodzi wyłącznie o to, aby piąta kolumna wyjeżdżała na Zachód na wywrotowe szkolenie.
Naprzód więc daje jej znaki, iż godny jest zaufania (w demonstracyjny sposób okazuje swą wrogość do demokracji ludowej), a potem, jak pies łańcuchowy, wysługuje się jej. Smaży kunsztowne prace, by mogła się wykazać przed swymi mocodawcami; trenuje elokwencję na popis przed wizytacją; wkuwa na pamięć wiersze, by błyszczeć „erudycją”…
Nie czeka długo na odzew i judaszowe srebrniki.
Naprzód, w dowód ufności, dostaje od niej klucz… do drzwi jej gabinetu! Następnie – kartę wstępu na snobistyczne imprezy, na których się celebruje burżuazyjną sztukę. Wreszcie wybija godzina! Za jej rekomendacją zostaje zaproszony na kurs szpiegowski w Tours. Dokąd udają się razem przez zieloną granicę.
To tyle, towarzysze. Teraz wszystko już wiecie. Kim jest w rzeczywistości ta romantyczna parka, te farbowane lisy, ziejące nienawiścią i sadystycznym jadem na naszą partię i rząd…
Na czoło grupy zbójników wychodzi Karol Broda i niczym przewodnik chóru zaczyna mówić wierszem:
Co z nimi zrobić? Puścić ich wolno?
Czy zastosować ucisk i gwałt?
I niczym Władysław Broniewski na wiecu w Zagłębiu Dąbrowskim zwraca się do zebranych:
Wy, co wdrażacie reformę rolną,
Zadecydujcie!
– UCISK I GWAŁT!
– odpowiadają unisono „czerwono-czarni”, unosząc wysoko pięści. I Karol Broda wydaje na mnie wyrok:
Za wielkopaństwo, za kumoterstwo,
za rozjątrzanie ludowych ran –
niech zginie marnie i poprzez śmierćstwo
spełni wytyczną: „No pasaran!”
– A co z nią? – pyta Kugler wskazując na Madame, jakby się zastanawiał nad rozwiązaniem sceny.
I ledwo wymawia te słowa, z jasnego, czystego nieba zlatuje wolno „Lucy” – Lucylla Różogrodek w kostiumie i makijażu Dolores Ibarruri, i swoim zmysłowym głosem wygłasza sentencję wyroku, wskazując na bandę zbójców:
Niechaj te dzielne mlodzieńce
Pochwycą ją zaraz pod ręce.
Niech popatrzą na nią wilkiem.
Niech z nią poigrają chwilkę.
Niech rozciągną ją na ziemi.
Niech i c h darzy wdzięki swemi.
A na to Kugler powoli unosi młot do góry i krzyżuje go z hakiem, i mówi, zawłaszczając i profanując tekst narodowej świętości:
Bo słuchajcie i zważcie, rebiata,
Że z mocy naszego rozkazu,
Kto cnoty nie odda ni razu,
Nie będzie na Zachód nam latał!
Czuję, że to koniec. Jeszcze chwila i ujrzę „to najstraszniejsze, co można zobaczyć na ziemi”. I postanawiam działać.
– Możesz mnie zlikwidować – mówię wyzywająco – lecz nigdy nie zwyciężysz. Jestem od ciebie lepszy. – I widzę, że ta potwarz odnosi pewien skutek, bo Kugler sinieje z wściekłości.
– Zaraz się przekonamy! – krzyczy łyknąwszy haczyk. – Mefisto, szachownica!
I już usłużny Mefisto ustawia figury i pionki.
– Chwileczkę! – wstrzymuję go. – Ustalmy naprzód warunki. Rewanż za piękne oczy? Wybijcie to sobie z głowy!
– O co chcesz grać? – pyta Kugler.
– O Victoire – odpowiadam.
– O co?! – wykrzywia twarz w grymasie niezrozumienia.
– O nią – mówię spokojnie, wskazując głową Madame. – Jeżeli wygram, jest moja.
– Niech ci będzie, pajacu – wybucha szyderczym śmiechem. – O: t a k ci się to uda! – i zgina rękę z hakiem w geście „takiego wała”.
Gramy. Zdobywam przewagę i robię z niej użytek. Wkrótce na szachownicy zostają same króle i moje dwa białe piony. Oddycham z ulgą.
Zwycięstwo! To tylko kwestia czasu. Dosłownie kilku ruchów. Przesuwam spokojnie piona z linii siódmej na ósmą i zmieniam go na hetmana.
– Szach – rozpoczynam atak.
– I mat! – wykrzykuje Kugler zbijając mi króla królem.
– To nielegalny ruch – stwierdzam tonem wyższości. – To nie jest gra błyskawiczna.
– Trzeba to było powiedzieć, gdy zaczynaliśmy grać – Kugler z obłudną grzecznością rozkłada szeroko ręce (to znaczy, sierp i młot).
Rzucam się z krzykiem na niego:
– Ty kanalio! Ty draniu! -Ale mój głos zagłusza jakiś straszliwy dźwięk wdzierający się w uszy.
Gwizd „czerni” w czerwonych koszulach? Telefon do Kuglera? Nie, to budzik Pobieda nastawiony na siódmą. Zbudziłem się zlany potem.
Przytomność, do której wróciłem, nie była bezwzględnie lepsza od sennego koszmaru. Zresztą, w pierwszym momencie nie miałem zupełnej pewności, czy aby nie śnię dalej. Wypadki ubiegłej nocy, które się rozegrały między projekcją filmu a senną fantasmagorią, wydawały się również jakby nie z tego świata. Gdy jednak, doszedłszy do siebie, nie mogłem już powątpiewać, iż zaszły w rzeczywistości, poczułem się nieszczególnie, o ile nie fatalnie.
Jeśli moje poznanie, do którego doszedłem za sprawą Konstantego, porównywałem do wrażeń, jakie się uzyskuje w wyniku lądowania na powierzchni planety, to świadomość obecną mogłem sobie przedstawić na podobieństwo wiedzy, jaką posiada geolog i górnik w jednej osobie. Zszedłem w głąb, do podziemi. Jakby przez krater wulkanu.
Читать дальше