Ależ tak, oczywiście, i dziękuję za wszystko. Naprawdę, to z jej strony nadzwyczajna uprzejmość, że tyle dla mnie zrobiła i tak wyczerpująco przedstawiła mi sprawę. – Włożyłem kartę wstępu pod skrzydełko okładki mego kalendarzyka i podniosłem się z miejsca.
Ach, nie ma o czym mówić! – Zielonooka też wstała i wyszła zza swej fortecy. Było jej bardzo miło. A teraz mnie odprowadzi.
Przez chwilę się biłem z myślami, czy podejmować ten temat; kiedy jednak w milczeniu zaczęliśmy schodzić na dół (ona pół kroku przede mną), machnąłem w duchu ręką i zaryzykowałem. Tonem właściwym rozmowie pozaprotokolarnej zapytałem z uśmiechem, co sądzi o tych pracach pisanych przez adeptów języka francuskiego poddanych nauczaniu „metodą intensywną” – jeśli je, oczywiście, czytała… przynajmniej jedną z nich.
Odparła, że en principe to do niej nie należy, a zatem oficjalnie nie ma żadnej opinii. Nieoficjalnie natomiast może powiedzieć tyle, że zdarzają się prace, doprawdy, zdumiewające – pomysłowością, stylem i bogactwem języka. Taki, na przykład, essai wokół idei i dzieła Michela de Nostre-Dame to istny majstersztyk. Jej szef, dyrektor „Service”, kiedy się z tym zapoznawał, był pod takim wrażeniem, że nie mógł się powstrzymać od żywiołowych reakcji. Wydawał okrzyki zdumienia, to znowu parskał śmiechem, i coraz to ją odrywał od urzędowej pracy, aby jej odczytywać taki czy inny passus. Istotnie, jak to pamięta, było to très amusant et parfaitement bien écrit [120] . Szczególnie zapadła jej w pamięć niezwykle pomysłowa, przewrotna i komiczna, interpretacja postaci zodiakalnego Verseau [121] . Ale to nic dziwnego – jest to bowiem jej znak…
„Choć ma postać mężczyzny. – moja pamięć natychmiast przywołała ten ustęp z mojego composition - „reprezentuje w istocie to, co w naturze kobiece. Poi, aby ożywić. A przy tym – pluskiem wody – przyzywa, wabi i kusi…
– I co, zgadzało się? – zapytałem z uśmiechem.
– Peut-être… - odrzekła figlarnie.
– Mogłyby też być Ryby – mruknąłem rozbawiony, ni to do siebie, ni do niej.
– Poissons? Pourquoi? [122] – podchwyciła, przystając nieopodal recepcji. Spojrzałem w zielone oczy.
„Czyż nie jesteś syreną?” spytałem telepatycznie, a głosem odpowiedziałem: – Sąsiadują z Wodnikiem.
Roześmiała się ładnie i podała mi rękę („bywaj, uroczy chłopcze, a nie zapomnij o mnie!”).
Kłaniając się spostrzegłem, że urzędniczka z recepcji z uśmiechem, lecz i z uwagą, przygląda się tej scenie.
Skinąłem uprzejmie głową i ruszyłem ku wyjściu.
„Spokojnie, tylko spokojnie”, mówiłem do siebie w myślach, próbując zapanować nad rozognionym umysłem, gdy szedłem alejką dziedzińca prowadzącą do bramy. „Wyjść stąd, wrócić do domu, zasunąć story w oknach, położyć się na łóżku, przykryć wełnianym kocem i wtedy dopiero zacząć trawienie tych wszystkich wrażeń i zasadniczych zdobyczy. Nie wcześniej. Teraz odetchnąć…
Zamknąłem za sobą furtkę, wciągnąłem głęboko powietrze i ruszyłem z powrotem w kierunku Placu Przymierza.
– Halo, obywatelu! – zza pleców dobiegł mnie naraz tubalny męski głos.
Zwróciłem się w tamtą stronę.
Z oszklonej budki MO wychodził wąsaty czytelnik «Przeglądu Sportowego». Po chwili był już przy mnie. Przystanął, zasalutował i rzekł:
– Dokumenty poproszę.
Zgłupiałem, i to kompletnie. Wszystkiego bym się spodziewał, tylko nie czegoś takiego.
– Przepraszam, lecz o co chodzi? – zapytałem stropiony.
– Dokumenty poproszę – powtórzył, jakby wyjaśniał.
– Przepraszam, ale dlaczego? Z jakiego właściwie powodu?
– Nie muszę się tłumaczyć. Widocznie są powody.
– Chciałbym jednak je znać.
– Poznacie. W stosownej chwili. Na razie, Dowód proszę.
Nie miałem jeszcze Dowodu, choć miałem już doń prawo. Nie wyrobiłem go sobie, bo szkoda mi było czasu na liczne formalności (liczne i uciążliwe), jakich Komenda Milicji – organ w strukturze państwa wydający dokument – wymagała w tym względzie. Dlatego też moim „papierem” o zasadniczym znaczeniu ciągle pozostawała legitymacja szkolna – i tę przy sobie miałem. Okazanie jej jednak w danych okolicznościach uznałem za niewskazane. Zdradzałoby to bowiem mój urzędowy adres i otwierało drogę do interwencji w szkole, to zaś by było fatalne. Zwłaszcza że do rękawa nie miałem przyszytej tarczy (filcowej, czerwonej oznaki z rzymskim numerem liceum), co kodeks ucznia uznawał za ciężkie uchybienie, dając tym samym do ręki broń nieżyczliwym i wrogom.
Chcąc zyskać nieco na czasie i wyczuć intencje sierżanta, zacząłem udawać szukanie – zrazu zwykłe, spokojne (wewnętrzne kieszenie, zewnętrzne), z czasem bardziej nerwowe (tylne kieszenie spodni) i w końcu – bezskuteczne.
– Niestety, nie wziąłem z domu – stwierdziłem z ubolewaniem, a widząc, że ten argument nie poprawia mych akcji, dodałem wyjaśniająco: – włożyłem dziś inne ubranie i zapomniałem przełożyć.
– To nie jest wytłumaczenie – rzekł flegmatycznie sierżant. – Obowiązkiem każdego, każdego obywatela jest mieć dokumenty przy sobie.
– Całkowicie się zgadzam – na podnoszące się fale zacząłem lać oliwę. – Cóż jednak na to poradzę, że akurat zapomniałem? Człowiek, istota omylna.
– Nie mając dokumentów lub nie chcąc ich okazać, możecie być zatrzymani.
– Za co?!
– Do wyjaśnienia.
– Przecież nic nie zrobiłem!
– A skąd ja mam to wiedzieć?
– Dowód panu powie…
– Słuchajcie-no, nie mędrkujcie! Okazujecie, czy nie?
– Kiedy mówię, że nie mam.
– Mam dzwonić po radiowóz?
– O rany, czego pan chce?! Jak się nazywam? Gdzie mieszkam? – Sięgnąłem do kieszeni i wydobyłem stamtąd zbawienny bilet miesięczny. – Proszę: nazwisko, adres i moja podobizna z pieczątką MZK, aby nie było najmniejszych, najmniejszych wątpliwości, że chodzi na pewno o mnie.
Odebrał od mnie bilet i zatopił w nim wzrok, po czym jął nim obracać to w jedną stronę, to w drugą, jakby się w nim dopatrzył czegoś podejrzanego.
– Ważny, zapewniam pana – nie wytrzymałem napięcia. – Znaczek jest przyklejony i ma wpisany numer. Można zajrzeć i sprawdzić.
– Nie jestem kontrolerem – rzekł upominająco – Dla mnie to nie jest dokument. – I zmienił nagle ton na urzędowo-rzeczowy: – W jakim celu byliście na terenie placówki?
„Ach, a więc o to mu chodzi!” Poczułem zdenerwowanie. Bo jak to wytłumaczyć?
– Czyżby wstęp był wzbroniony? – udałem naiwnego.
– Czy mówię, że jest wzbroniony? Pytam o cel wizyty” Tu nie ma konsulatu.
– No to co z tego, że nie ma?
– To że nie chodzi wam raczej o uzyskanie wizy. A w takim razie o co?
– Czy trzeba się z tego tłumaczyć?
– Skoro was o to pytam…
Pojąłem, że dalsza dyskusja nie wróży niczego dobrego. By wyjść z tej opresji cało, trzeba było coś dać lub choćby „pójść na wymianę”.
– Chodzi o mecz szachowy między Polską a Francją – rzekłem z kamienną twarzą. – Dopinamy terminy. Ostatnie ustalenia. I żeby pan przypadkiem nie pomyślał, że bujam – sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni marynarki i wydobyłem stamtąd moją kartę klubową – oto legitymacja. Proszę, niech pan obejrzy.
Wziął ją i zaczął oglądać, a ja ciągnąłem jak w transie:
– O ile się nie mylę, czytuje pan «Przegląd Sportowy». Mógł pan tam o mnie przeczytać. Wicemistrzostwo juniorów. Klub Robotniczy Marymont.
Читать дальше