Antoni Libera - Madame

Здесь есть возможность читать онлайн «Antoni Libera - Madame» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Жанр: Современная проза, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.

Madame: краткое содержание, описание и аннотация

Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Madame»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.

Powieść jest ironicznym portretem artysty z czasów młodości, dojrzewającego w peerelowskiej rzeczywistości schyłku lat sześćdziesiątych. Narrator opowiada o swoich latach nauki i o fascynacji starszą od niego, piękną, tajemniczą kobietą, która uczyła go francuskiego i dała mu lekcję wolności. Jest to zarazem opowieść o potrzebie marzenia, a także rozrachunek z epoką peerelu. Tradycyjna narracja, nie pozbawiona wątku sensacyjnego, skrzy się humorem, oczarowuje i wzrusza.

Madame — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком

Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Madame», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.

Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

– W trzydziestym czwartym roku tylko raz byłem w Alpach – wyjaśnił dla porządku.

– No i co?… Proszę mówić. To niezwykle ciekawe – wróciłem do konwencji salonowej rozmowy (jakby mi raczej chodziło o alpejskie przygody, niż o ojca Madame).

– To był przedziwny człowiek. Dwa charaktery w jednym. Skrupulant i fantasta. Racjonalista-romantyk. Z jednej strony, solidny… coś więcej: niezawodny! Mogłeś na nim polegać jak na zegarku szwajcarskim. Jeśli się z kimś umówił, zawsze dotrzymał słowa, choćby walił się świat: Z drugiej, idealista, o najdziwniejszych pomysłach, zaskakujący człowieka wręcz szalonymi planami. Te dwa temperamenty splatały się niekiedy. Nie znając dokładnie przyszłości, przeciwnie, wiedząc o niej, jak bardzo może być zmienna, umawiał się precyzyjnie na bardzo odległe terminy, czasem w nieznanych mu miejscach, i, niczym Fileas Fogg, bez żadnych potwierdzeń, uściśleń, stawiał się tam dokładnie o określonej porze.

Raz było tak, na przykład:

Spotkaliśmy się przypadkiem, tu, na ulicy w Warszawie, pod koniec listopada, i zaczęliśmy gadać. Powiedział, że właśnie wyjeżdża, naprzód w góry Schwarzwaldu, a potem do Chamonix, robić tam jakieś wejścia w długim sezonie zimowym. Odpowiedziałem w rewanżu, że również wybieram się w Alpy, tyle że do Szwajcarii, no i dopiero w lecie. Zaczął mnie wypytywać o szczegóły wyprawy: nie był dotychczas w tym kraju i bardzo chciał tam pojechać. Powiedziałem mu wszystko, co w tamtej chwili wiedziałem. Plan był w miarę konkretny, lecz bez detali, rzecz jasna.

„To kiedy i w jakim miejscu możemy się tam spotkać?”, zapytał ni stąd, ni zowąd.

Zdębiałem. W tamtej chwili nie miałem jeszcze pojęcia ani gdzie będę mieszkał, ani kiedy tam dotrę. Jedyne, co wiedziałem, to nazwa miejscowości,.w której mam się zatrzymać, i że muszę tam przybyć najpóźniej piątego sierpnia.

„A zatem szóstego, w południe, przed dworcem kolejowym. Odpowiada ci to?”, zapytał zerknąwszy w kalendarz.

Myślałem, że żartuje. Ale on mówił poważnie. Nie muszę chyba dodawać, że był tam co do minuty.

– Fascynujące, istotnie! – kiwałem z uznaniem głową. – Lecz, proszę, niech pan coś powie o tym wspólnym Mont Blanc.

– No właśnie – pan Konstanty całkiem już zrezygnował z szukania rękawiczek. – To jest z kolei historia, dobrze obrazująca jego drugą naturę. Zacząć trzeba od tego, o czym marzył i śnił pewien fanatyk gór, jego starszy przyjaciel, i co próbował spełnić zimą w dwudziestym szóstym. Otóż ów słynny taternik pragnął, by jego dziecko, które się miało narodzić, przyszło na świat… na Mont Blanc. No, nie na samym szczycie, to byłaby już przesada, lecz gdzieś możliwie najbliżej, w słynnym schronisku Vallota, tuż pod samym wierzchołkiem. I zawlókł tam swoją żonę w siódmym miesiącu ciąży. Nic jednak z tego nie wyszło. Po tygodniowej wichurze, która o mało nie zmiotła schroniska z powierzchni ziemi, postanowili zejść i rodzić w normalnych warunkach. W drodze powrotnej, w zadymce, zarwał się śnieżny most. To cud, że uszli z życiem, i że nie poroniła.

Otóż mój dziwny kolega, mimo owego fiaska, a może właśnie przez nie, przejął po swym przyjacielu to osobliwe marzenie o narodzinach potomka w pobliżu szczytu Mont Blanc. I gdy się okazało, że sam ma zostać ojcem, pojechał zaraz w Alpy, by w ślad za swym poprzednikiem sprawdzić różne warunki i przygotować grunt. To właśnie wtedy razem poszliśmy na Mont Blanc.

– W trzydziestym czwartym – wtrąciłem, by jeszcze raz się upewnić.

– Tak-tak, w trzydziestym czwartym… Kiedyśmy wyruszali, nie wspomniał ani słowem, jaki przyświeca mu cel. Dopiero gdzieś u szczytu wyjawił mi swoje plany. Uznałem to za szaleństwo, zwłaszcza że jego żona, w odróżnieniu od tamtej (która była przynajmniej wytrawną taterniczką), nie miała kwalifikacji do tego rodzaju przygody, nawet nie będąc w ciąży…

– A kim była… ta żona? – spytałem konwencjonalnie, niby na marginesie.

– O, bardzo ciekawą osobą – ożywił się pan Konstanty. – Nieprzeciętną. I silną. Tyle że nie fizycznie. Fizycznie była krucha. Silny miała charakter.

– Nie-nie, ale co robiła? – udałem, że jej portret niewiele mnie obchodzi (licząc że prędzej czy później i tak się do tego wróci).

– Pracowała dla Centre de Civilisation Française. Wiesz, co to było?… I jest – zaśmiał się ironicznie i dorzucił z przekąsem: – no, jest tylko w pewnym sensie.

Owszem, słyszałem o tym, ale dokładnie nie wiem.

– To taki instytut francuski propagujący na świecie romańską kulturę i sztukę. Przed wojną miał uprawnienia placówki akademickiej; można w nim było zrobić dyplom uczelni francuskiej. Elitarny ośrodek o wysokim prestiżu. W Polsce zaczął działalność bodaj w dwudziestym czwartym… Mieli wtedy siedzibę, pamiętam, w Pałacu Staszica, wiesz, tam, za Kopernikiem…

– Koniec Nowego Światu, początek Krakowskiego… – Dokładnie! W Złotej Sali, na pierwszym piętrze, z prawej… – uśmiechnął się nostalgicznie i pogrążył w zadumie.

Odczekałem uprzejmie, aż się nasyci wspomnieniem, po czym znów, delikatnie, musnąłem go pytaniem:

– No i co? Pojechali?

– Pojechali?… – powtórzył, wyrwany z zamyślenia. – Ach, mój romantyk z Claire!

– Z Claire? – podchwyciłem natychmiast.

– W ten sposób ją nazywał. Miała na imię Klara.

– Była Francuzką, nie Polką? – cały czas udawałem, że pytam od niechcenia.

– Jaka Francuzka by poszła na tego rodzaju przygodę! – A zatem pojechali, o ile dobrze rozumiem.

– A jakże. Już we wrześniu. Dla aklimatyzacji.

– No, i udało się? – spytałem z kpiącym uśmiechem.

– Może nie w pełni, jak chciał… niemniej pani, co dzisiaj uczy cię francuskiego, urodziła się w Alpach.

– Tak na świeżym powietrzu, w drugiej połowie stycznia? – zdradziłem się niechcący, ale nie spostrzegł tego, przynajmniej nie dał nic poznać.

– No właśnie, pora roku nie była zbyt sprzyjająca. Szczerze mówiąc, na szczęście. Wolę raczej nie myśleć, jak by się to skończyło, gdyby to było w lecie. A tak rzecz się odbyła w granicach zdrowego rozsądku.

– To znaczy?

– No, nie na szczycie, w chmurach, przy minus dwudziestu stopniach, lecz w jakiejś wiosce w dolinie, w normalnym domu, z lekarzem.

„Szkoda”, przemknęła mi myśl, „to świetnie by pasowało do chłodu, jaki z niej bije; do piękna Królowej Śniegu”.

– Pana dziwny przyjaciel był pewnie niepocieszony… – zastawiłem tymczasem wnyki na imię ojca – à propos, jak się nazywał?

– Maks. Maksymilian – powiedział. – Jak brat Franciszka Józefa… no i jak Robespierre. To imię idealnie do niego pasowało.

– Że niby taki radykalny, czy nawet fanatyczny?

– Niezupełnie – zaprzeczył. – To był ma-ksy-ma-lista. Pod różnymi względami. Pragnął ostateczności. To mogło fascynować. Pewnie właśnie dlatego tak była w niego wpatrzona.

– Ma pan na myśli żonę…

– Mhm – posmutniał dziwnie. – Chodź, pokażę ci coś – odwrócił się i ruszył w kierunku gabinetu.

Podążyłem w ślad za nim, dyskretnie rozpinając suwak jesiennej kurtki, którą miałem na sobie.

Gabinet, ciasna klitka (na oko: trzy metry na cztery), wypchany był po brzegi książkami i papierami, wśród których tu i ówdzie wyrastały znienacka przedmioty z innego świata: srebrzysty czekan, haki, niby górnicza latarnia, liny w niebieskie cętki i zielonkawy hełm. Pod oknem, na podłodze, stało ogromne radio z „magicznym” okiem po środku, jakby szczerząc w uśmiechu białe klawisze-zęby; na półkach zaś, przed grzbietami piętrzących się tam książek, leżały dziesiątki kamieni albo odłamków skalnych. Jedynym meblem z prawdziwego zdarzenia była tu sekretera z opuszczanym blatem, ozdobną galeryjką (na której stał telefon) i rzędami szufladek, małych wnęk i przegródek. Blat od wewnętrznej strony wyłożony był skórą, a w prawym górnym rogu, tuż obok listwy z zawiasem, miał okrągłe wgłębienie, zapewne na kałamarz.

Читать дальше
Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

Похожие книги на «Madame»

Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Madame» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.


Отзывы о книге «Madame»

Обсуждение, отзывы о книге «Madame» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.