Obawy Jerzyka, niestety, sprawdziły się tym razem. Chociaż popis docenta okazał się całkiem inny niż spodziewane koszmary. Zaczął on, mianowicie, niczym dobry protektor, oddany imprésario… wychwalać natrętnie Jerzyka przed profesorem Billot.
„To nasz najlepszy pracownik!” perorował z zapałem, jakby Jerzyk był rzeczą lub zawodnikiem na sprzedaż. „Nasza chluba i duma. Ceniony przez specjalistów, wielbiony przez studentów. Dzięki niemu nasz wydział stał się w ostatnim czasie głośny i popularny. Młodzież różnych dyscyplin ściąga do nas masowo. I tak kultura francuska, a zwłaszcza literatura XVII wieku, tak bliska nam tu wszystkim, zyskuje w naszym kraju tysiące wielbicieli. Rola mego kolegi w tym dziele upowszechnienia jest wprost nieoceniona. Ja, który się zajmuję Louisem Aragonem, nie mogę się z nim równać. Nikt u nas dla dobra Francji nie zrobił tyle co on. To nie tylko jej rzecznik, to istny ambasador. Dlatego też, zgodnie z tą funkcją, winien on pozostawać w nieustannym kontakcie ze swoją duchową ojczyzną. Jego wizyty we Francji to bezcenny kapitał nie tylko dla niego samego, lecz i dla wielu innych, którzy czerpią garściami – i dalej pragną czerpać – z tej nieprzebranej skarbnicy…
„Błagam, niech pan przestanie”, jęknął po polsku Jerzyk.
„Quoi? Qu’est-ce qu’il a dit?” [76] , zapytał profesor Billot.
„Il est très très modeste”, wyjaśnił docent Dołowy z protekcjonalnym uśmiechem. „Prosi, by go nie chwalić… Niech pan jednak mnie słucha, monsieur le professeur: jego wizyty we Francji to korzyść dla nas wszystkich. Kładę to panu na sercu…”
Od dalszej tortury słuchania tej bezwstydnej reklamy wybawił Jerzyka kelner, przynosząc pierwszą przystawkę – bliny z czarnym kawiorem. Docent urwał w pół słowa.
„O là là! Quelles délices!”, wykrzyknął rozpromieniony. „C’est un festin royal!” [77] I zapytał kelnera o gatunek kawioru.
„Najlepszy. Astrachański”, wyjaśnił kelner z dumą. „Świeżutki. Prosto z Rosji. Mamy własną dostawę.”
Na grubych wargach docenta, chłonącego z zapałem kopiaste porcje kawioru, igrał figlarny uśmieszek.
Jerzyk wracał do kraju rozstrojony nerwowo. Choć wszystko się niby udało, i to lepiej niż myślał, nie odczuwał radości, przeciwnie, czuł się podle. Stłamszony. Poniżony. Najwyższe wzloty ducha, najczystszy kryształ poezji ubóstwianego Racine’a – ów świat subtelnych idei i doskonałych form został swoiście zbrukany. Tu – piękno i harmonia antycznych archetypów, i francuska clarté w najwykwintniejszym stylu, a tu – kawior sowiecki pod brudnymi majtkami, sprzedawany pokątnie w podejrzanych lokalach, i jeszcze jakaś drobnica – „końcówki. do długopisów! – na nielegalny handel z „prywatną inicjatywą”.
Ale to jeszcze nic! Wyjeżdżał z dumnym poczuciem arystokraty ducha, którego jakiś nędznik ma śledzić i pilnować, a po powrocie do kraju złożyć na niego raport. A tymczasem kto komu zaglądał do bagażu? I kto na kogo ma teraz obciążający materiał? A zatem – choć niechcący – sam wraca jako szpicel i potencjalny kapuś! Wiedząc to wszystko, co wie, mógłby wykończyć docenta lub choćby zaszantażować. „No, jak tam, panie kolego, poszło tym razem z kawiorem? Gładko? Ile dawali? Przyzwoite przebicie? A z tymi końcówkami to, rzeczywiście, interes?” I dalej go tak nękać, aby mu uzmysłowić, że musi się liczyć z odwetem, jeśli przypuści atak. Obrzydliwe, nieprawdaż? Zwłaszcza, że docent wyraźnie nie żywił złych zamiarów. Raczej gotów był sprzyjać (choć dla własnej korzyści). Jerzyk, rzecz oczywista, nie zrobiłby nic takiego. Nawet we własnej obronie nie doniósłby na docenta, a co dopiero mówić o prewencyjnym szantażu. Jednakże już samo to, że podobne pomysły zalęgły mu się w głowie, wywoływało w nim złość i obrzydzenie do siebie.
Ale najgorsze z wszystkiego było upokorzenie. Dojmująca świadomość, że oto nim kupczono. Nim, jego osobą, talentem… rozumieniem Racine’a! „Wymiana naukowa.”! To handel żywym towarem! Był przedmiotem transakcji. Wy-naj-mo-wa-no go! Jak rzecz. Jak niewolnika. By docent mógł „dorobić” półlegalnym sposobem parę setek dolarów – na „wózek” lub „większą chatę”. Tak, to było nieznośne!
Dlatego też po powrocie Jerzyk podjął decyzję, że więcej nie wyjedzie na podobnych warunkach. Odrzuca to wilcze prawo Znajdzie inną metodę wydostawania się z kraju. Jeszcze im zagra na nosie.
Niestety, nie było to łatwe. Profesor M. miał rację, w żelaznej kurtynie, dzielącej nas od Zachodu, niewiele istnieje szpar, przez które można się przemknąć. I Jerzyk, w żmudnym trudzie forsowania tych przejść, uwikłał się fatalnie w chroniczne zabieganie o jakieś zgody, podpisy, poparcia, przyrzeczenia, bez których nie było mowy o dostaniu paszportu.
Machina, z którą się zmagał, była, doprawdy, piekielna. Przypominała tor przeszkód lub wielkie pole minowe. Śmiałek idący na bój liczył się z losem Syzyfa.
Zmagania Jerzyka jednak nie były całkiem daremne. Mniej więcej raz na rok wieńczyło je powodzenie. Dostawał paszport (nie mylić z „popieranym”, a zwłaszcza ze „służbowym”, był jeszcze „konsularny” oraz „dyplomatyczny”). I wyjeżdżał do Francji, latem, w okresie urlopowym, gdy życie akademickie tam zamierało. Pod względem zawodowym nie miał więc z owych wizyt pożytku, tyle że mógł posiedzieć w archiwach i bibliotekach. Pod względem zaś krajoznawczym, a zwłaszcza smakowania takich czy innych dóbr kultury materialnej – o tym lepiej nie mówić. Klepał straszliwą biedę. Z kraju mógł wywieźć legalnie nie więcej niż pięć dolarów. Pozostałe fundusze – honorarium za esej, jednorazowe zasiłki od jakichś instytucji, na które mieli wpływ życzliwi mu Francuzi) z największym trudem starczały na koszty utrzymania. Jeśli więc chciał wykorzystać w pełni dany mu czas, musiał sobie odmawiać w gruncie rzeczy wszystkiego. Restauracje, kawiarnie, najskromniejsze zakupy – to nie wchodziło w grę. Muzea odwiedzał w dni, kiedy wstęp był bezpłatny, a do teatru i kina chodził jedynie wówczas, kiedy ktoś go zaprosił.
A jednak, mimo tej biedy, czuł się innym człowiekiem. Wolnym, nie osaczonym. Wyzwolonym z napięcia, podminowania, lęku, że wszelki kontakt ze światem grozi konfliktem i walką; że wyjdzie z nich przegrany, upokorzony, opluty. Tam nie odczuwał tego. Tam, mimo że był nikim – cudzoziemcem, ze Wschodu, niemal bez grosza przy duszy – nie bał się. Był spokojny. Był sobą. Był normalny.
Ta pogoda wewnętrzna zaczynała się psuć, gdy zbliżał się czas powrotu.
– To jest jak nawrrót chorroby! – grzmiał Jerzyk zbolałym głosem. – Z dnia na dzień czujesz się gorzej, opadasz z sil, trracisz humorr. Ogarrnia cię beznadzieja, pogrrążasz się w apatii… Poczekaj, przeczytam ci coś – podszedł nagle do półki i wyjął z rzędu książek jakiś francuski tom. – Posłuchaj – i zaczął czytać (podaję w tłumaczeniu):
Kiedy udają się do Europy, są weseli, swobodni, zadowoleni, niczym rozbiegane konie albo ptaki wypuszczone z klatki; mężczyźni i kobiety, młodzi i starzy, wszyscy są szczęśliwi jak uczniacy na wakacjach; ci sami ludzie, wracając, mają miny kwaśne, są ponurzy i niespokojni, mówią mało, urywanymi zdaniami, a na ich czołach widać strapienie. Z różnicy tej wnoszę, że kraj, skąd wyjeżdża się z taką radością, a wraca z takim żalem, musi być okropny.
Zrrozumiałeś, czy przetłumaczyć?
– Zrozumiałem, to proste – odrzekłem cichym głosem, oszołomiony tym wszystkim, czegom był właśnie wysłuchał.
Читать дальше