„No, i co na to powiesz?”, zatarłem w myślach ręce, spoglądając Madame prosto w jej ciemne oczy. „Już teraz się pani nie wymknie… A jednak zrobiła to – chociaż nie najfortunniej.
– D’accord - powiedziała do mnie, nadając tonowi odcień trybu warunkowego – powiedzmy, że masz rację. „Aspera” znaczy „ciernie”, a nie „aspiracje”. Jakie to ma znaczenie dla tego wypracowania?
Co tu wiele mówić, wystawiała się tym na bicie. Ruszyłem do ataku.
– Oh, tout à fait essentielle! [58] - żachnąłem się wzburzony. – Jeśli „aspera” znaczy „ciernie”, to znaczy, że chodzi o trudy, o przeszkody, porażki. A jest coś o tym w tej pracy? – spytałem dramatycznie, starając się nie użyć imienia szpetnej prymuski. – Nic! Ani słowa! Przeciwnie! Wymienione przykłady to jedno pasmo sukcesów.
Spostrzegłem kątem oka, że Rożek Goltz, pod ławką, bezgłośnie bije mi brawo. Nie patrząc w jego stronę, skinąłem dyskretnie głową, dając mu znak w ten sposób, że widzę to i doceniam, i – pobudzony dopingiem – tak jeszcze pociągnąłem:
– Quand j’ai entendu cette phrase dans le titre [59] , spodziewałem się przynajmniej jakiejś wzmianki o sprawie Kopernika, gdy zwalczany był jego system; spodziewałem się usłyszeć o jakiejś katastrofie lotniczej lub choćby o Ikarze, tym symbolu niebezpieczeństwa, które czyha na człowieka podbijającego niebo. Ale o czym ja mówię! Jeśli ona nie wie, co znaczy „aspera”, to co ona może wiedzieć o Ikarze!
Tak, to było za ostre. Zanadto mnie poniosło w retorycznym ferworze. Ale skutek był niezły. Wściekła Agnieszka Wąsik, niemal sina ze złości, wrzasnęła piskliwym głosem:
– Wyobraź sobie, że wiem, kto to był Ikar! I to lepiej od ciebie! W konkursie z mitologii dostałam pierwszą nagrodę.
Zrobiłem zgorszoną minę i z błazeńską emfazą zwróciłem się do Madame:
– Mais elle parle polonais! C’est inadmissible! [60]
Tego było za wiele. Agnieszka buchnęła płaczem, a Madame rzekła ostro:
- C’est moi qui décide de ce qui est admissible ou non! [61] Więc nie pouczaj mnie, proszę.
– Nie miałem takiego zamiaru – zacząłem się wycofywać, widząc że przeholowałem. Było już jednak za późno.
– Assez! – przerwała mi. – Mam powyżej uszu tego mądrzenia się! I bardzo jestem ciekawa, co sam napisałeś, skoroś taki mądry. Przekonajmy się wreszcie, co kryje się za tą twoją elokwencją. Czy aby nie wielkie nic?
„Merde!”, zakląłem w myśli z rozpędu po francusku. „No, i się doigrałem. Jak teraz z tego wybrnąć?”
Zerknąłem na zegar ścienny. Do dzwonka zostało nie więcej niż dziesięć minut. W porządku, dobra nasza! W tym czasie, wolno czytając, zdążę dojechać najwyżej do czwartej, piątej strony, czyli akurat dotąd, dokąd nic jeszcze nie ma.
– Jak pani sobie życzy – powiedziałem uprzejmie i rozpocząłem lekturę.
– Le titre! - przerwała od razu. – Jaki jest tytuł „dzieła”? Jak każde dziecko wie – podjęła z ironią me słowa – zaczyna się od tytułu.
Zgłupiałem. Nie miałem tytułu. Nie pomyślałem o tym. Teraz lepiej było się z tym nie ujawnić. Sytuacja nie dawała mi wiele czasu do namysłu. Wróciwszy wzrokiem do tekstu, rzekłem niby czytając:
– „L’astrologie: magie ou science?” [62] - I tu mnie coś podkusiło. Pewny, że nie doczytam wypracowania do końca, ba! nawet do połowy albo i jeszcze mniej, dodałem po krótkiej pauzie niby intrygujący podtytuł: – „Le mystère du 27 janvier ” [63]
Podniosłem wzrok na Madame. Jej twarz była nieprzenikniona.
– Lis, vas-y, on t’écoute [64] – usiadła bokiem przy biurku i wsparła głowę na ręce.
Zacząłem jeszcze raz.
Czytałem wyraźnie i głośno, dbając o dobry akcent i neutralny ton chłodnego referenta. Nie podnosiłem oczu znad tekstu, by przelotnym spojrzeniem ogarniać audytorium i sprawdzać reakcję słuchaczy. Byłem rzeczowy i skromny; skupiony; oddany lekturze. Jedyne, co nie służyło tworzeniu tej kreacji, to było ukradkowe zerkanie na zegarek, który w ostatniej chwili przed rozpoczęciem czytania przesunąłem dyskretnie na spodnią część przegubu. Lecz to sprawdzanie czasu nie mogło być widziane. Trzymając zeszyt w rękach, miałem tarczę zegarka nieomal przed oczami.
Gdy dojechałem z lekturą do pierwszych cytatów z Fausta, do końca lekcji wciąż jeszcze było ponad pięć minut. Niedobrze. Wciąż za dużo. Zrobiłem krótką pauzę, po czym, począwszy od słów „Co do mnie, przez długi czas…”, zwolniłem tempo czytania.
Po zdaniu „Urodzony we wrześniu, dokładnie: dziesiątego, jestem spod znaku Panny” Madame nie wytrzymała i zwróciła się do mnie zniecierpliwionym tonem:
– Ne pourrais-tu pas faire un peu plus vite?! [65]
No no, tak smacznych kąsków nie brałem był pod uwagę nawet w najśmielszych marzeniach, gdy się zastanawiałem, jakby tu z niej wydobyć coś brzmiącego dwuznacznie. Teraz, na dźwięk tych słów, aż mnie zamurowało.
– Plus vite? - spytałem cicho, jak gdyby w roztargnieniu, by jeszcze raz to usłyszeć.
– Oui, plus vite, bien plus vite! – powtórzyła z naciskiem – jeżeli nie chcesz, żebym zasnęła za chwilę.
„A gdybym powiedział, że chcę?”, przemknęła mi przez głowę prowokacyjna odpowiedź. Odrzuciłem ją jednak i zagrałem rozważniej:
– Bon, j’essaierai [66] – powiedziałem uprzejmie i dorzuciłem dla hecy: – chociaż to ryzykowne…
– Och, przestań się wreszcie zgrywać i czytaj dalej, proszę – zabębniła palcami w blat biurka i podniosła się z miejsca.
Do końca lekcji zostało dwie, może trzy minuty. Zgodnie z życzeniem Madame, zacząłem czytać szybciej. W ten sposób przejechałem kolejnych sześć akapitów. Dzwonek zabrzmiał na zdaniu: „Zacząć trzeba od mitu o Wodniku i Pannie…”
Uniosłem wzrok znad zeszytu i opuściłem ręce, po czym miną i gestem wyraziłem bezradność: „Cóż zrobić! Siła wyższa! Ja chciałem jak najlepiej!”
– Combien il y en a encore? [67] – zapytała Madame, jakby chciała oznajmić, że dzwonek jej nie obchodzi i że jeżeli zechce, to zajmie i całą pauzę.
Odegrałem pobieżne liczenie reszty stron.
– O, niemało, niemało… – stwierdziłem niby z troską. – Nawet całej pauzy nie starczyłoby, żebym skończył.
I wtedy znów się stało coś zaskakującego. Madame podeszła do mnie, obróciła na ławce mój zeszyt w swoją stronę i zaczęła w milczeniu przekładać kartkę po kartce do końca wypracowania. Na ostatniej stronicy, na której widniały strofy z monologu Małgorzaty oraz finalne zdanie („Marzę o tej wiktorii, która mnie czeka z Wodnikiem”), zatrzymała się dłużej.
– Bon – odezwała się wreszcie – on verra ce que tu as écri. [68] - i zabierając zeszyt, opuściła klasę.
12. Co wtedy… co wtedy, mój chłopcze?
Byłem wycieńczony. Oszołomiony i roztrzęsiony wewnętrznie. Jak po jakimś ważnym, trudnym i wyczerpującym egzaminie. Tyle rzeczy się wydarzyło! Niezwykły incydent z Rożkiem. Potyczka z Agnieszką Wąsik. No, ale przede wszystkim pojedynek z Madame i puenta tego wszystkiego: wyrwanie do odpowiedzi, a na dobitek jeszcze – rekwizycja zeszytu! Wypadek bez precedensu. Nie brała nigdy zeszytów nawet do rutynowych przeglądów, a co dopiero mówić o inspekcji specjalnej, w dodatku tak selektywnej. Na pewno coś ją tknęło i obudziło jej czujność, choć nie umiałbym wskazać, kiedy to nastąpiło. Na zagadkowy podtytuł z datą jej urodzenia nie drgnęła jej nawet powieka. Potem była znudzona, przynajmniej taką grała. A gdy stała już przy mnie i kartkowała zeszyt, jej twarz nie wyrażała nic poza kpiącym zdziwieniem, że napisałem aż tyle. Może jedynie ten moment, gdy zatrzymała wzrok na ostatniej stronicy – tam gdzie znajdował się klucz: jej imię jako słowo wplecione w końcowe zdania – ale nawet i wtedy było to tylko spojrzenie, a nie wyraźna reakcja.
Читать дальше