– Nie mam siły nawet splunąć. Chyba pójdę spać…
– To ja już pójdę do domu – mówię.
– Yhm – mruczy Kasia sennie.
– Ale nie skończyłam jeszcze odrabiać twoich lekcji. To nic, wezmę i przyniosę ci jutro do szkoły.
– Yhm… – Kasia zamyka oczy i przytula twarz do wałka kanapy.
Pakuję jej zeszyty do mojej teczki.
– Rozbierz się – mówię – nie śpij w ubraniu.
– Dobrze.
– To pa.
– A buzi? – mówi Kasia. Podchodzę, całuję ją na dobranoc. Przebieram się w swoje rzeczy, gaszę światło w przedpokoju i wychodzę, zatrzaskując drzwi na dolny zamek.
W tym momencie słyszę dzwonek telefonu. Gdybym się nie pospieszyła z wyjściem, to bym poleciała i odebrała, a tak Kasi na pewno nie zechce się wstać i będzie dzwonił, aż nie przestanie.
Idę pustymi ulicami. Jak tylko zamkną sklepy, to ludzie zaraz się gdzieś chowają. Do swoich domów, do swoich norek. W górze ani kawalątka niebieskiego nieba. Wisi tam wielki kamień, cały ciemnoszary. Słońce skrobie z tamtej strony, ale nie może się przedostać, bo wszystkie chmury zmówiły się i połączyły się w jedną wielką, kamienną.
Jak który ptaszek zaleciał za wysoko, to będzie musiał nocować po tamtej stronie. Jego mamusia będzie się martwić przez całą noc.
Ale przecież tam, po tamtej stronie, dużo przyjemniej, bo słoneczko tam jest.
Tak tu wszędzie pusto, ani jednego człowieka. Idę i co trzeci krok podskakuję. Domy nade mną takie duże. Ulica taka szeroka i taka płaska.
Idę i podskakuję, chociaż nie mam żadnego powodu do podskakiwania.
Jestem głupia, nic nie wiem, i już dużo więcej się nie dowiem. Za to Kasia jest mądra za nas dwie. Chciałabym wiedzieć tyle, co ona.
I zobaczyć to Piękno, które ona widziała. Jak ono może wyglądać?
Żeby chociaż przed wyjazdem mi powiedziała, jak tam trafić… Ale na pewno wyjedzie i nic mi nie powie. Trudno. Jak tak chce, to niech sobie jedzie do tej Afryki. Będzie mi jej bardzo brak, ale może za to będę spokojniejsza. Kiedyś nie byłam taka. nerwowa, jak teraz. Mam to w środku. Coś się we mnie bez przerwy trzęsie.
Moja mamusia też mówi, że ją ciągle telepie. Mówi, że to przez ten Wałbrzych. Ciągle ją teraz boli serce. Powinnam jej więcej pomagać. Jak tylko Kasia wyjedzie do Afryki, to przez całe wakacje będę mamusi pomagać we wszystkim, żeby sobie tylko siedziała i mną dyrygowała. Ale, jak ją znam, to nie wytrzyma tak tylko siedzieć i dyrygować.
Nagle… ktoś mnie woła.
Rozglądam się, nikogo nie ma. Ach, to z góry woła. Patrzę, stoi ktoś wysoko, na dachu kamienicy. Prawie go nie widzę, bo ciemno.
Macha do mnie ręką. Czy to może kominiarz? Ale wcale nie czarny, tylko jakiś szary. Patrzę, przechyla się powoli do przodu. Rany Boskie, leci w dół.
Leci cicho w ciszy. To jakiś worek leci…?
Chlap!
Upadł tak blisko. Czemu tu tak mokro? Po czym ja stąpam? Ręce widzę i głowę, z której cieknie coś szarego. Nawet ta krew jest szara. To nieżywy tu leży. Rozglądam się, czy nikt nie widział.
Nikogo nie ma.
Odchodzę cicho, na palcach.
Już po dzwonku na pierwszą lekcję, a Kasi nie ma. Pani sprawdza obecność. Jak zawsze zaczyna od Bogdaj.
– Jestem – mówi Ewa.
– Bogdańska.
– Jestem – mówię.
– Daszkiewicz.
– Jestem!
I już Zucharska. Po Zucharskiej zawsze wyczytują Kawczak Marię.
– Kawczak.
– Nieobecna – mówię. Pani robi znaczek i zamyka dziennik. Niektórzy w klasie patrzą na mnie i robią dziwne miny. A ja. nic. Coś mi się pomyliło.
To chyba dlatego, że nie mogłam w nocy zasnąć. Czegoś się bałam, ale nie wiadomo czego. A jak już zasnęłam, to zaraz zadzwonił budzik i trzeba było wstawać. Stoję przy windzie, nadjeżdża, ja wchodzę, jadę, jadę, naraz patrzę: na nogach mam kapcie. Zjechałam na sam dół, a potem wróciłam na górę, po buciki. Tak to jest. Jak się nie śpi w nocy, to śpi się w dzień. Ale jakoś nie chce mi się teraz spać…
Po lekcjach idę do Kasi. Dzwonię do drzwi. Otwiera mi panna Zenobia.
– Wejdź, złotko – mówi. – A Kasia gdzie?
– Nie ma Kasi? – pytam zaskoczona.
– Jak przyszłam, to jej nie było. Wejdź, na pewno zaraz przyjdzie. To wchodzę.
– Obiad będzie za pół godziny – mówi panna Zenobia i idzie do kuchni.
W pokoju Kasi okropny bałagan.
Wczoraj zostawiłam porządek.
Ścielę szybko łóżko, wygładzam na kapie wszystkie zmarszczki no i biorę się za biurko, które wygląda jak kubeł stojący wśród śmieci.
Wszędzie porozrzucane kartki i jakieś zdjęcia, i koperty z listami. Szuflady powyciągane z szafeczek biurka, a jedna to nawet przewrócona dnem do góry. Boże, co tu się stało? Jakby złodziej tu grasował.
Szybciuteńko kartki do kartek składam, listy do listów, a ze zdjęć robię osobną paczuszkę. Wkładam je do szuflad. W szufladach wszystko pomieszane… Jakieś kabelki i druciki, jakieś kolorowe kalki i głowa lalki. Bym to uporządkowała, ale jak Kasi nie ma, to mi jakoś nie wypada grzebać w jej rzeczach. Więc tak tylko z grubsza upycham, żeby można było przynajmniej szuflady wsunąć i szafeczki pozamykać.
Oj, a co to tam wystaje? Jakiś czarny… Co to jest? Ogon długi, czarny, z dolnej szuflady lewej szafeczki wystaje. Jaki długi, ma ponad pół metra.
Ale jestem głupia. Tak się przestraszyłam, a to tylko warkocz z czarnych, lśniących włosów. Po co Kasi czarny warkocz? A może to Kasi włosy, może je ścięła, w warkocz zaplotła i na czarno ufarbowała, tak, jak ja swoje rajstopy. Warkocz niebieską wstążeczką przewiązany na końcu.
Coś w nim jest strasznego, jakby diabła ogon. Wrzucam go do szuflady, szufladę zamykam, drzwiczkami biurka przytrzaskuję. Co z oczu, to z serca.
Biorę się teraz za bałagan na blacie biurka. Znów książki polskie z francuskimi pomieszane. Co tu tak mokro? Patrzę, dłoń mam całą czarną, to tusz się rozlał, albo atrament. Rękę chusteczką od nosa wycieram. Co ja zrobiłam? Moja najładniejsza chusteczka czarna, już się chyba nie odpierze. To z rozpędu tusz z blatu nią ścieram.
I lecę do łazienki. Myję ręce i płuczę chusteczkę. Nic z niej już nie będzie. Co najwyżej ściereczka. Wracam do pokoju i na mokro blat biurka pucuję. O jej, jedna z książek się pobrudziła. Mordkę do mnie mała, czarna figurka wykrzywia. To ten wstrętny diabełek, fuj, za co on się ręką trzyma. Za swojego ptaszka, fuj!
Posprzątałam, co się dało. Chusteczkę wyrzuciłam, ręce wyszorowałam. Panny Zenobii już dawno nie ma, a ja stoję przy oknie i patrzę, czy Kasia nie idzie. Czemu na pannę Zenobię Kasia mówi „panna”, jak ona mężatka i męża ma na emeryturze, i syna w RFN i wnuczkę?
Cała godzina minęła, a mojej Kasiulki nie ma. Tak tu pusto bez niej i zimno. Na dworze na deszcz się zbiera, coraz w pokoju ciemniej. Obiad już na pewno wystygł. Nie zjadłam, jakoś nic nie mogłam przełknąć. Gdzie może być Kasia? Syntezatory stoją smutne, ciche jak nigdy. Wkładam do kontaktu wtyczkę. Zapalają się wesołe światełka.
Klawisz naciskam.
Jak nie zabrzęczy w głośnikach! Cofam szybko palec. Cisza. Inny klawisz wciskam. Coś zadzwoniło. Nie, nie tu, to ktoś do drzwi dzwoni. Biegnę do przedpokoju, drzwi otwieram. Nikogo nie ma. Zamykam drzwi, znów słychać dzwonek. To telefon w pokoju pani Karoliny. Na pewno Kasia dzwoni. Wpadam tam, łapię za słuchawkę.
– Halo! – wołam.
W telefonie ktoś szwargocze nie po polsku, słabo słychać… Chyba jakaś pomyłka. Odkładam słuchawkę. Coraz ciemniej. Wychodzę na balkon. Rozglądam się na wszystkie strony, Kasi nigdzie nie widać, a przecież zaraz będzie padało. Muszę jej poszukać.
Читать дальше