Za to teraz ja, gdy odrabiam swoje lekcje, to ciągle się zapominam i nieraz zdarzy mi się, że postawię na kartce takiego kulfona, że aż wstyd.
Do końca roku szkolnego już niewiele dni. Niektórzy nauczyciele już machnęli ręką i wystawili nam stopnie, ale inni cisną do końca, jak na przykład pani od fizyki i pan od matematyki. O niektórych rzeczach człowiek już zapomniał, a tu trzeba się ich uczyć na nowo.
Mamusia już kilka razy pytała mnie o te próby do akademii, ale zawsze coś tam wymyśliłam i opowiadałam różne głupoty. Raz chciała, żebym powiedziała ten wiersz, co mam mówić na akademii. Na szczęście przypomniałam sobie ten o tym, że, już płuca wyplute nie bolą”., i głośno go zarecytowałam. Mamusi bardzo się spodobało i powiedziała, że nawet nie przypuszczała, że ma taką zdolną córkę. Dziewczynkom i Tadziowi też się podobało, tylko że potem Zosia przez pół dnia pluła i pluła, a jak się jej spytałam, czemu tak pluje, to powiedziała, że płuca wypluwa. A ja już zapomniałam o tym wierszu i przestraszyłam się, że może jest chora, ale ona powiedziała, że wcale nie, że pluje tak na wszelki wypadek, bo jak je wypluje, to już nigdy jej nie zabolą. Strasznie się śmiałam i powtórzyłam jej słowa mamusi, a mamusia na to: – Patrzcie, jaka spryciula. Tadziu powiedział, że tata to całe płuca ma chyba czarne, bo jak pluje, to czarną śliną. Wtedy Zosia sobie przypomniała, jak kiedyś gotowałam zupę raj stopową, która była czarna, i powiedziała, że może tata się pomylił, najadł się jej i do teraz nią pluje. Ale mamusia powiedziała, że to przez kopalnię, że to węglem tata pluje. To Tadziu powiedział, że jak dorośnie, to też będzie pracował w kopalni i zapluje na czarno cały balkon sąsiadki z dołu, która ciągle nas się czepia, że stukamy i przez to dziewczynki boją się biegać po mieszkaniu.
Mamusia nie wypuszcza ich na dwór, bo niedawno jedną dziewczynkę z naszego osiedla przejechał samochód i umarła. To dziewczynki przysięgają, że będą się bawiły tylko koło trzepaka, ale mamusia boi się, no bo teraz tak jeżdżą tymi samochodami, że co to dla nich na trzepak najechać. Jest bardzo niezadowolona, że tu mieszkamy. Mówi, że gdyby pani Marysia z panem Krzyśkiem nie przebili już drzwi od swojego mieszkania do naszego, to najchętniej spakowałaby manatki i wróciła do Jawiszowa, bo choć tam było ciasno i niewygodnie, to jakoś inaczej. Już się cieszy na wrzesień, gdy pojedziemy całą rodziną wykopywać z naszego pola ziemniaki. Tata był tam raz rowerem i mówił, że w porządku, że rosną.
O, jaka cisza się zrobiła. Kasia na taką ciszę mówi zawsze: „ta słynna, brzęcząca cisza”.
Kasia cofa taśmę w magnetofonie, puszcza ją od początku i klap, siada obok mnie, na kanapie.
– Uwaga – mówi. To odkładam długopis, który i tak tylko gryzłam przez ten czas, i siadam wygodnie. Z głośników wylatuje muzyka, a my siedzimy i słuchamy.
– I jak? – pyta Kasia.
– Bardzo ładnie – mówię.
– To słuchaj, zaraz zepsuję – mówi i krzywi się. Nagle się uśmiecha. – Nie, bardzo dobrze. Nawet fajnie wyszło to zafalowanie. Słyszałaś?
– Yhm.
Muzyka się kończy, Kasia leci zastopować taśmę.
– To może obiad teraz odgrzeję? – mówię.
– Nie, nie, nie chce mi się jeść – odpowiada Kasia. – Odgrzej tylko sobie.
Włącza magnetofon na nagrywanie i siada za syntezatorem. Znowu muzyka.
Jestem głodna, ale nie będę odgrzewała tylko dla siebie. Najwyżej zjem coś, jak przyjdę do domu. Trochę mi szkoda, bo dzisiaj panna Zenobia miała dobry humor, a jak ma dobry humor, to obiad jest fantastyczny. Dostała list od syna z RFN – u. Pisał, że już dostał kartę pracy i że wnuczka panny Zenobii już siada. Wnuczka ma na imię Greta. Panna Zenobia trochę się martwi, że od maleńkiego będzie szwargotać po niemiecku.
O, herbata wystygła.
Pójdę, zrobię nowej. Wstaję i wychodzę. Kiedyś to bałam się ruszyć, gdy Kasia nagrywała, ale teraz wiem, że magnetofon nagrywa bezpośrednio z syntezatora i można wrzeszczeć i skakać, a nagra się tylko muzyka.
Robię w łazience siku, myję ręce pachnącym mydełkiem. Idę do kuchni. Nastawiam wodę na herbatę. Zaglądam do garnków. Podkradam jednego zimnego kartofelka z koperkiem. Potem drugiego. I jeszcze jednego. A na patelni są kotlety. Jakie mięciutkie. Bardzo smaczny, zjadłam już całego. Biorę chochlę, zanurzam w zupie. A to chłodnik. Pyszny. Zjadam dwie wielkie chochle. W ten sposób jestem już po obiedzie. A tu już się woda gotuje. Robię dwie szklanki herbaty, stawiam je na tacy. Miały być desery… Zaglądam do lodówki. Są. Galaretki z wiśniami i bitą śmietaną. Stawiam je na tacy i idę ostrożnie do pokoju.
Wchodzę. Cisza. Kasia leży na kanapie i patrzy w sufit. Stawiam tacę na stoliku obok niej.
– Może chociaż galaretkę zjesz? – pytam.
– Dawaj.
Podaję jej salaterkę i łyżeczkę. Nie wstaje, je na leżąco.
– Dobra?
– Może być.
To ja też zaczynam jeść. Bardzo dobra. Kasia odstawia na stolik pustą salaterkę i mówi:
– Doszłam do potwornego wniosku. Jestem zbyt inteligentna na to, żeby zostać wielkim kompozytorem.
– Dlaczego?
– Bo dlatego. Za dużo myślę, a za mało czuję. I nawet nie mam o tym z kim pogadać. Szkoda, że Mateusz nie żyje. Albo żebyś ty się choć trochę znała, ale ty ciągle sobie coś wyobrażasz. Łąki, kwiatki, aniołki i ptaszki…
– A ty sobie niczego nie wyobrażasz, jak grasz? – pytam.
– Jeszcze by tego brakowało! – oburza się Kasia. Bierze łyżeczkę, uderza nią w salaterkę. – Dźwięk to dźwięk. Mało ci?
Rzuca łyżeczką w kąt i zaczyna jęczeć. Często tak kaprysi. Leży, patrzy w sufit i jęczy. I tak dobrze, że dzisiaj nie rzuca się po tapczanie, ani nie tarza się po dywanie.
Nie odzywam się, siedzę cichutko. Najczęściej to jej kapryszenie kończy się tak, że przychodzi do mnie, przytula się i muszę ją głaskać.
– Nie mogę, nie mogę – mówi. – Nie mogę!… Minka, co ja mam zrobić, no powiedz, co ja mam zrobić?!
– Nie wiem.
– To pokrzycz trochę, co?
– Dobrze – mówię i zaczynam krzyczeć.
Krzyczę głośno, coraz głośniej. Mój krzyk też jej czasem pomaga.
Krzyczę, a ona patrzy na mnie. Już nie mam siły.
O, jaka miła cisza.
Kasia siada, podwijając nogi pod siebie. Chyba jej przeszło.
– Bo widzisz – mówi – treścią muzyki jest jej forma. Forma opowiada formę. I cześć, to wszystko. Kryształowa próżnia. Rozumiesz?
– To dlaczego – pytam – jak grasz, to niekiedy mi smutno, a innym razem wesoło?
– To sprawa percepcji. Impulsy dźwiękowe wpadają przez ucho do mózgu i zależnie od swoich właściwości pobudzają tam różne ośrodki. Proste?
Wzruszam ramionami.
– Jejku, jak ty dzisiaj ślicznie wyglądasz – mówi nagle Kasia.
– Naprawdę? – mówię i uśmiecham się.
– Naprawdę, to jak zezowata ropucha w sosie z rozgniecionych karaluchów.
– Wcale nie jestem zezowata. Kasia śmieje się.
– Pokazałam ci tylko działanie impulsów na korę mózgową – mówi. – Mówienie to takie naciskanie klawiszy, jak w muzyce. Co zdanie, to inny klawisz. Z tym, że droga impulsów słownych jest pośrednia, a więc trochę dłuższa. Słowo musi najpierw trafić do intelektu, a dopiero intelekt porusza tony uczuciowe. A muzyka obywa się bez pośredników.
Kasia ziewa.
– Czemu ja się nie urodziłam głucha – mówi żałośnie. Kładzie się na kanapie. – Chciałabym być głucha, ślepa, niema i sparaliżowana.
– Wypluj te słowa.
Читать дальше