I Kasia dostaje ataku śmiechu. Trzymając się za brzuch, skręca się na leżaku i śmieje się, i śmieje się, i nie może przestać.
A wentylatorek między nami kręci głową przecząco, jakby mówił do mnie: „Nie, nie, nawet kłamać nie umiesz. Nie, nie, nigdy ci Kasia o tym Pięknie nie powie. Nie, nie, nigdy tego Piękna nie zobaczysz”.
Jestem w kościele i klęczę, ale nie w ławkach, tylko obok, na kamiennej posadzce. Jakiś okruch uwiera mnie w prawe kolano, ale niech uwiera, niech się męczę.
Spowiadałam się księdzu i już miałam powiedzieć o tej staruszce, ale się zlękłam i nie powiedziałam. Zamiast tego powiedziałam, że nie byłam na dwóch niedzielnych mszach. A to przecież nieprawda.
To ksiądz zadał mi lekką pokutę, bo skąd miał wiedzieć, jakim to gagatkiem jestem naprawdę. To postanowiłam sobie, że będę klęczeć przez dwie godziny i ani minuty krócej. I nie poruszę się i nie wstanę, choćby nie wiem co.
A tu dopiero dwadzieścia minut minęło i już nie mogę z tym okruchem pod kolanem. W kościele jest ciemno, tylko przy ołtarzu pali się trochę światełek. Czasem przyjdzie jakaś babcia, posiedzi, pomodli się i pójdzie.
Ja klęczę za filarem, nikt mnie nie widzi.
Przebacz mi Panie Boże. Używałam wulgarnych słów w stosunku do starszej osoby i jestem kłamczucha. Okłamałam Kasię i choć zaraz się przyznałam, to jednak okłamałam. A już mamusię to ciągle okłamuję. Ona sama się męczy z zakupami, z dziećmi, z całym domem, a ja nic nie robię, tylko ciągle przesiaduję u Kasi.
Chciałabym z nią być przez całe dni i noce, i nigdy się z nią nie rozstawać. Dlaczego nie urodziłam się jej prawdziwą siostrą? Wtedy byśmy zawsze były razem. Na przykład Zosia i Krysia. Urodziły się bliźniaczkami i ciągle są razem i wszędzie chodzą razem. To czemu my z Kasią tak nie możemy?
Dlaczego mamusia Kasi nie urodziła mnie razem z nią? Albo czemu moja mamusia nie urodziła jej ze mną? Z tym, że byłoby lepiej, gdyby to mamusia Kasi nas urodziła, bo gdyby nas urodziła moja mamusia, to skąd by Kasia wzięła pieniądze na te wszystkie swoje syntezatory i komputery? No i może nie byłaby taka zdolna.
Bo ja to nie jestem zdolna. A może jestem, tylko że jeszcze nie wiem, do czego. Lubię szyć, ale szyłam tylko w ręku, to nawet jeszcze nie wiadomo, czy będę umiała szyć na maszynie. To się dopiero okaże w szkole odzieżowej, jeśli oczywiście zdam egzaminy.
Nie wiem, co ze mną będzie, gdy Kasia pojedzie do tej Afryki.
Chyba będę płakać po całych dniach. Kocham bardzo moją mamusię i Zenusia, dziewczynki, Tadzia i tatę, ale najbardziej kocham moją Kasię. Czemu tak jest, nie wiem. Nawet jeśli ona przestanie mnie kochać, to ja nigdy o niej nie zapomnę i będę ją kochać do końca moich dni. Panie Boże, co mam zrobić, żeby ona nie pojechała.
Bo Kasia znów zaczęła komponować i mówi, że jak zdąży, to najwyżej zrezygnuje z płyty i zawiezie swojemu tatusiowi kasetę magnetofonową. A przecież miałyśmy całe dwa miesiące wakacji spędzić w domu jej babci i już nawet moja mamusia się na to zgodziła.
Panie Boże, już nie mogę, ten okruch całkiem mi się wcisnął w kolano, a jeszcze tyle czasu muszę klęczeć. Skończy się ta godzina i czeka mnie jeszcze cała następna. Boże, dopomóż mi, żebym wytrwała w swoim postanowieniu. Tak mnie boli, jak jeszcze nic nigdy nie bolało.
I Panie Boże, zrób coś, żeby Kasia nie pojechała w tym roku do tej Afryki, niech pojedzie dopiero za rok. Daj mi jeszcze ten rok z Kasią, a potem będę już posłuszna i dobra, i już nigdy więcej nie skłamię, ani nic. Jeśli nie wyjedzie, to przyrzekam, będę tak klęczeć codziennie przez godzinę. Żeby tylko nie wyjechała.
Będę klęczeć tak jak teraz, wyprostowana, a nie siedząc na piętach, bo tak jest sto razy gorzej i już cała się trzęsę i nie mogę wytrzymać, choć dopiero pół godziny minęło mojego klęczenia.
Ale doklęczę do końca tej godziny i będę klęczała przez następną, tylko spraw, Boże, żeby Kasia nie wyjechała i żebyśmy spędziły wakacje u jej babci, w Sobótce.
Będę jej pomagać, na pewno stworzy wielką kompozycję, najpiękniejszą na świecie. Po co jej się tak spieszyć, jest jeszcze młoda, ma dopiero piętnaście lat i jeszcze przez tyle lat będzie sobie komponować i grać.
I daj mi, Panie Boże, wytrzymać to klęczenie, bo chyba zaraz zwariuję z tego bólu. Już cała jestem mokra. Już całe pół godziny klęczę. To bardzo dużo pół godziny, a czeka mnie jeszcze półtora.
Pomóż mi Boże wytrzymać.
Już naprawdę nie mogę. Żebym chociaż mogła przysiąść na piętach…
ale przecież nie wolno. Zabierz mi chociaż ten okruch spod kolana.
To na pewno jakiś mały kamyczek. Kto przynosi do kościoła kamyczki? A chciałam klęknąć trochę dalej… Już nie mogę!
Co to znaczy „nie mogę”? Muszę, i już. Wytrzymam. Jak mi dasz Boże ten rok z Kasią, to zabiorę ten kamyczek, co jest pod moim kolanem i codziennie będę na nim klęczała. Jakoś się przyzwyczaję. Do wszystkiego można się przyzwyczaić. Ludzie tak ciężko chorują, nieraz coś ich boli przez całe lata, a wytrzymują. To ja też wytrzymam.
Z tyłu słychać kroki, jakaś pani, bo obcasy stukają.
Przestaję się trząść, składam ręce i pochylam głowę. Pani przechodzi obok i siada w ławce niedaleko, tyłem do mnie. Znów się trzęsę. Jestem tak spocona, jakbym przebiegła sto kilometrów. Już nie mogę, ale muszę. Anieli, ratujcie! Ten czas tak powoli się wlecze. Pani się ogląda. Uspokajam się na chwilę. Nie wolno mi tak głośno oddychać, bo słychać w całym kościele. Och Kasiu, ratuj mnie. Daj mi jeszcze tylko ten rok. Potem będę się starała zapomnieć o tobie, przecież będę musiała jakoś żyć i uczyć się w odzieżowej szkole: Nie mogę!.
Przebacz mi Boże, nie mogłam dłużej.
Najpierw siadłam na piętach, a zaraz potem na bok się przewróciłam. Teraz siedzę na posadzce i chcę kolana rozprostować, a nie mogę.
Powolutku trzeba. Ten kamyczek taki malutki jak u zapałki główka, a może nawet trochę mniejszy. Wydłubuję go z kolana, w chusteczkę od nosa zawijam, za pasek spódniczki chowam.
Wszystko przepadło, teraz Pan Bóg już mnie nie wysłucha. Obiecałam i nie dotrzymałam.
Ała…
Jak mi się dziwnie idzie. Jakbym patyki miała, a nie nogi.
Siadam z trudem w ławce. Nogi mam wielkie, nadmuchane jak balony i pełno w nich mrówek, choć wyglądają normalnie. Na drugi raz na pewno mi się uda.
Na tym samym kamyczku uklęknę i zobaczysz Boże, że wytrzymam dwie godziny. W moim pokoiku uklęknę dziś w nocy, jak już Tadziu zaśnie. Bądź cierpliwy, Panie Boże. Przysięgam, teraz już wytrzymam. Dziś w nocy. Tylko trochę odpocznę, a w nocy…
Kasia urywa grę w pół taktu i mówi ze złością:
– Co się tak na mnie bez przerwy gapisz!
– Dopiero co spojrzałam – mówię. – Bo nie wiedziałam, jak to rozwiązać, więc się zamyśliłam i podniosłam oczy…
– Już dobrze, cicho!
Znów zaczyna grać. Aż huczy w pokoju od muzyki, aż czuję ją na swoim ciele, jakby wichrem wiało z głośników. Pochylam się nad zeszytem Kasi. Swoje lekcje odrobię później, w domu. Od początku tygodnia Kasia zupełnie nie ma głowy do nauki. W poniedziałek dostała dwóję z matematyki. Chyba znów by przestała przychodzić do szkoły, gdybym nie odrabiała za nią lekcji i gdybym jej ciągle nie prosiła, żeby przychodziła. Obiecałam jej mamie, że ją przypilnuję. To robię, co mogę. W szkole muszę na nią bez przerwy uważać, żeby się nie pokłóciła z nauczycielami, bo ciągle jest rozdrażniona i o byle co robi mi awantury. Wczoraj pani od fizyki wywołała ją do tablicy, a ja dobrze wiedziałam, że akurat nic nie umie, i strasznie się bałam, że się zaraz z panią pokłóci, bo i pani Zelenow jest okropnie nerwowa. Więc nagle zaczęłam jęczeć, złapałam się za brzuch i upadłam na podłogę. Tak strasznie jęczałam i zwijałam się z bólu, że pani chciała lecieć dzwonić po pogotowie, ale na szczęście zadzwonił dzwonek i zaraz mi przeszło, i Kasia na ten raz była uratowana. Nauczyłam się podrabiać charakter jej pisma. To było bardzo trudne, bo ja, jako ja, to stawiam równiutkie literki, a Kasi każda literka inna, raz pochylona w lewo, raz w prawo, raz duża, a raz taka malutka, że nie wiadomo, czy to literka, czy może kropka. Ale w końcu się nauczyłam i to tak, że nawet Kasia nie wie, co ona pisała, a co ja.
Читать дальше