Więc pozostała nam tylko jedna możliwość. Kasia mówi, że on często jej się śni. To pomyślałam sobie, że gdyby i mnie się przyśnił, to napadłabym go w tym śnie i musiałby mi oddać ten klucz. Już ja bym go zmusiła. Kasia opowiedziała mi, jak dokładnie Dżigi wygląda, żebym go mogła poznać, kiedy mi się przyśni. Codziennie przed zaśnięciem myślałam: „Dżigi, masz mi się przyśnić, masz mi się przyśnić, masz mi się przyśnić… „
Ale jakoś jeszcze mi się nie przyśnił.
Choć raz to już myślałam, że mi się przyśnił, a może rzeczywiście się przyśnił, tylko że przegapiłam.
Było to tak:
Śpię, śpię, nagle budzę się i nie mogę otworzyć oczu. Chcę je otworzyć, ale powieki mam takie ciężkie, że co je podniosę do góry, to mi zaraz opadają. I cały świat tak mi mruga bez przerwy.
Wreszcie jakoś te oczy otwieram, a wszystko w pokoju stoi krzywo.
Patrzę, patrzę… i co widzę? A to, że nie wszystko jest krzywe, że to tylko ja wiszę w powietrzu ukośnie przechylona.
Słyszę, że ktoś stuka do okna. Próbuję się odwrócić, robię ruch, i nagle ulatuję do sufitu, jak kosmonauta w rakiecie. I nie mogę zapanować nad swoimi ruchami. Co ruszę lekko ręką albo nogą, to mnie zaraz obraca w jakąś niespodziewaną stronę.
Wreszcie udaje mi się spojrzeć w okno.
Tam ciemno, tylko jakąś rękę widać, co stuka w szybę.
Pomyślałam, że to pojawił się Dżigi i wzywa mnie na pojedynek. Aż mi się włosy zjeżyły ze strachu. Ale przełamałam się, odepchnęłam od żyrandola… I poleciałam w stronę okna, za którym czaił się Dżigi. Ale gdy już dolatywałam, to przestraszyłam się, że zaraz wybiję szybę i mamusia będzie na mnie krzyczeć. Szarpnęłam się do tyłu i obudziłam się jeszcze raz, tym razem już naprawdę.
Potem bardzo żałowałam i byłam na siebie wściekła, bo gdybym nie bała się o szybę, to bym spotkała Dżigiego, rozprawiła się z nim i zabrała mu klucz od muzyki. Kasia też bardzo żałowała, gdy jej opowiedziałam, co się zdarzyło.
No nic, pomyślałam sobie, może zastuka do mnie następnej nocy.
Niestety, następnej nocy śniły mi się słoneczniki. Niby normalne, ale wyższe od wieżowca, w którym mieszkamy. Wychyliłam się przez okno, zadarłam głowę do góry, a to nie słoneczniki, tylko słońca.
Pełno słońc. Tak się w nie zapatrzyłam, że zapomniałam o Dżigim.
Teraz zawsze, jak zasypiam, to mam nadzieję, że wreszcie przyśni mi się ten chłopak o stu dwudziestu ośmiu zębach i siedmiu palcach na każdej ręce. Jest chudy i ma wielką głowę, a uszy jeszcze większe. Kasia mówi, że samą twarz ma maleńką jak dziecko, tylko czaszkę ma ogromną i prawie łysą, choć ma dopiero piętnaście lat.
Łatwo mi go będzie rozpoznać.
Strasznie jestem ciekawa, jak w takiej małej buźce mieści się tyle zębów. Muszą być chyba bardzo malutkie i cienkie jak igiełki. Bo jego rękę to już widziałam, jak stukała w szybę, ale zapomniałam policzyć palców.
Ale na pewno było siedem.
Dzisiaj byłam z Katarzyną i jej mamusią na wycieczce w Sobótce. To takie małe, śliczne miasteczko u podnóża góry Ślęży. Jechałyśmy samochodem, mamusia Kasi prowadziła. Odwiedziłyśmy babcię Kasi. Ma dopiero sześćdziesiąt lat, jest bardzo wesoła i mieszka sama w pięknym, wielkim domu z ogrodem. Właśnie w tym domu urodziła się Kasia, a potem długo mieszkała tu z babcią. Mamusia zabrała ją do Wałbrzycha, jak miała dziesięć lat, ale w każdą niedzielę, lub co drugą, przyjeżdżają do babci w odwiedziny. I był tam też taki starszy pan, o którym z początku myślałam, że to dziadziuś Kasi, ale okazało się, że dziadek Kasi nie żyje od dawna, a ten pan to kolega babci. Był bardzo fajny. Miał białą koszulę z krótkimi rękawami, a pod szyją muszkę w grochy. Jedliśmy wszyscy obiad w ogródku pod drzewkiem i było dużo śmiechu i radości, bo wiał wiatr, a myśmy z Kasią nakrywały do stołu i ciągle uciekał nam obrus.
Jeżeli Kasia nie wyjedzie do tatusia w tym roku, a wszystko wskazuje na to, że wyjedzie dopiero za rok, to całe wakacje spędzi u babci i poprosiła mnie, żebym spędziła je razem z nią. Jej babcia i jej mama też mnie o to prosiły. Och, żeby się tylko moja mamusia zgodziła. Pani Karolina obiecała, że jakby co, to się za mną wstawi. Kasia przywiezie tu z Wałbrzycha bagażówką cały swój sprzęt i może jej się uda przez te dwa miesiące stworzyć swoją wielką kompozycję. Oczywiście pod warunkiem, że jej pomogę. A w czym ja mogę jej pomóc? Mogę tylko popilnować, żeby Dżigi za bardzo nie rozrabiał. No i będziemy chodziły na wycieczki, jeździły kąpać się nad zalew, będziemy się opalały w ogrodzie…
Będzie nam cudownie.
Po obiedzie poszłyśmy we dwie z Kasią na spacer. Miałyśmy zaraz wrócić, ale wróciłyśmy dopiero po czterech godzinach, bo Kasia chciała mi coś pokazać na zboczu Ślęży i trzeba było długo iść pod górę szlakiem turystycznym.
Najpierw była dosyć szeroka i całkiem wygodna ścieżka, ale potem zaczęły się kamienie i skałki. Kasia pięła się pod górę jak sarenka, ja nie byłam gorsza i wkrótce dotarłyśmy do takiego dziwnego miejsca, gdzie stały dwie wielkie, kamienne rzeźby sprzed ponad tysiąca lat. Było tu ciemno i chłodno, a rzeźby stały pod daszkiem i były otoczone siatką z drutu, ale z jednej strony drutu nie było i mogłyśmy usiąść i odpocząć na rzeźbie niedźwiedzia, który mi przypominał raczej wielką świnię.
Obok, na wyciągnięcie ręki, stał posąg bez głowy. Kasia powiedziała, że ten posąg nazywa się „panna z rybą”. Ta panna, chociaż bez głowy, była dwa razy większa od nas. Kasia czytała w książce, że podobno jej głowa znajduje się w muzeum we Wrocławiu, ale czy to na pewno ta głowa, to nie wiadomo, bo jest to głowa mężczyzny.
Kasia bardzo lubi tutaj przychodzić, bo w tym półmroku i chłodzie przychodzą jej najlepsze pomysły na muzykę. Dawniej nie było tej siatki i daszka, to było jeszcze przyjemniej i jeszcze dziwniej. Któregoś dnia to nawet tu zasnęła i przyśnił się jej najstraszniejszy sen w jej życiu. Śniło jej się to samo miejsce, tylko jakieś inne… Nie było tu rzeźby niedźwiedzia, stał sam posąg panny z rybą, ale jakby większy i bardziej kanciasty, nie taki wyślizgany i niewyraźny jak teraz. Nagle usłyszała przeraźliwy krzyk. Zlękła się, schowała się w krzakach. Już po chwili wokół posągu zaroiło się od strasznych, brodatych ludzi w skórzanych ubraniach nabijanych błyszczącymi ćwiekami, uzbrojonych w topory i łuki. Przyprowadzili ze sobą piękną, młodą dziewczynę. Była naga i związana sznurami. Dziewczyna krzyczała w niezrozumiałym języku, błagała o litość. Stanął nad nią wysoki starzec o rozwianych, siwych włosach. Uderzył ją maczugą w głowę. Dziewczyna upadła. Wtedy brodacze poćwiartowali toporami jej ciało, pozatykali krwawe szczątki na ostrza dzid i wznieśli je ku głowie posągu, krzycząc chórem: „Omni moa aaa! Omni moa aaa! Ooo aaa.” Osłupiała ze zgrozy Kasia zobaczyła twarz panny z rybą. Tę potworną twarz z wybałuszonymi, mieniącymi się blaskiem ślepiami, ze straszliwą paszczą pełną ostrych zębów. Schodzę z niedźwiedzia i odsuwam się od posągu panny z rybą.
– A ile w tej paszczy było zębów? – pytam. – Może sto dwadzieścia osiem?
– Przecież nie liczyłam – odpowiada Kasia. Spogląda na mnie ze zdziwieniem. – Myślisz, że to mógł być on?
– To na pewno jest on – mówię. Stoimy i patrzymy do góry, w miejsce, gdzie kiedyś była głowa posągu. Kasia bierze mnie za rękę.
– A pamiętasz, kiedy miałaś ten sen? – pytam.
Читать дальше