– Kaśka, Kaśka!
Budzi się, cała mokra od potu i łez. Puszcza mnie, zaczyna szlochać.
– Kochanie, co ci jest? – pytam. Ona przytula się do mnie i prosi błagalnie:
– Ratuj mnie, ratuj mnie.
– Co mam zrobić?
– Ratuj mnie, ratuj mnie – powtarza bez przerwy i zaczyna się miotać w drgawkach po całym łóżku. Łapię ją za ręce i przyciskam. Choć strasznie mi się wyrywa, to ja jestem silniejsza. Nie wiem, skąd we mnie tyle siły.
– Kasiu! Kasiu, uspokój się! – krzyczę. Słabnie. Siedzę na niej okrakiem i trzymam jej ręce.
– Przeszło ci? – pytam. Ona leży pode mną, ma wybałuszone oczy i wpatruje się we mnie. Narasta w niej jakiś ohydny, zduszony pisk, jakby szczurzy. Czuję, jak w głowę wbijają mi się szpileczki strachu. Na jej twarzy pojawia się obrzydliwy grymas.
– Kaśka! – krzyczę w rozpaczy. Pode mną leży jakiś straszny, żywy trup. Staje się coraz silniejszy, już nie mogę jego rąk utrzymać.
To nie Kasia, to ktoś inny, ktoś z innego świata. To coś charcze i ślini się. Wpatrując się we mnie potwornym wzrokiem, piszczy cienko, przeraźliwie:
– Kurrrwo puszczaj!
Pomóż mi Boże. Dziadku, pomóż mi. Dziadku! Nagle wchodzi we mnie jakaś wielka siła.
– Nie puszczę – mówię i ściskam potworowi ręce w przegubach. Bo to nie moją Kasię trzymam, to na pewno ktoś inny, i choć nie wiem, skąd to wiem, ale wiem, że to Dżigi leży pode mną i wiem jeszcze to, że jak go puszczę, stanie się coś strasznego.
– Barbarzyńco jebana, święta suko, puszczaj!
On wyje, wijąc się pode mną jak wąż uchwycony w widły. Trzymam go i nie puszczę, bo jestem od niego silniejsza. Jestem silniejsza nawet od mojego dziadka, jest we mnie sto moich dziadków. Jestem tak silna, że mogłabym giąć nawet żelazne sztaby.
Dżigi pluje na mnie. Zbieram ślinę w ustach i częstuję go tym samym.
– Zabiję cię! – piszczy. Śmieję się mu w nos.
– Ha ha ha, zabij, proszę bardzo!
Wierzga nogami jak dziki koń, ale co to dla mnie dzikie konie, ujeżdżę ich cały tabun naraz. Zaczyna wyć, coraz głośniej coraz straszniej. Nie przejmuję się tym, bo wiem, że pokój jest wyciszony dźwiękoszczelnymi płytkami i nikt tego wycia, oprócz mnie nie usłyszy.
Już cisza, już nie ma potwora. Pode mną leży Kasia. Słabiutka i taka bladziutka. Puszczam jej ręce, kładę się obok niej. Przytulam ją do siebie i mówię pieszczotliwie:
– Już dobrze, kochanie moje, już wszystko dobrze.
Łka cichutko w moich ramionach, a ja czuję się tak, jakbym była mamusią i trzymała w objęciach swoją maleńką córeczkę, którą przebudził jakiś straszny sen.
Całuję sine obrączki, ślady moich palców na jej przegubach.
– Nie bój się moje maleństwo – szepczę do jej uszka. – Dżigi już poszedł, już go nie ma.
– Skąd wiesz, jak się nazywał?
– Bo wiem – mówię – bo kiedyś się z nim kłóciłaś. Kasia przytula się do mnie jeszcze mocniej.
Gdy się już wreszcie uspokoiła, poszłam do kuchni, zrobiłam dwie herbaty. Przyniosłam je, siedziałyśmy w łóżku i Kasia opowiadała mi o Dżigi. Zaczęło się to bardzo dawno temu, gdy Kasia była malutka. Jej mama jeździła po całym świecie, bo pracowała w Unesco, a Kasię wychowywała babcia, która prowadziła Izbę Adwokacką we Wrocławiu i była ciągle zajęta. Kasia była w domu całymi dniami sama, tylko ze starą służącą babci. Wtedy wymyśliła sobie takiego małego chłopczyka. Nazwała go Dżigi i bawiła się z nim, a jak coś spsociła, to zawsze zwalała na niego. Później poszła do szkoły i zapomniała o nim. Zaczęła też grać na fortepianie w szkole muzycznej i okazało się, że jest cudownym dzieckiem. Gdy miała dziewięć lat, skomponowała swój pierwszy utwór, wszyscy się nim zachwycali. Mijały lata. Kasia coraz lepiej grała, komponowała coraz to lepsze utwory. Aż postanowiła, że zostanie największym kompozytorem w całej historii muzyki. I właśnie wtedy zaczęły się kłopoty. Siadała do fortepianu i czuła się pusta, nic jej nie przychodziło do głowy. Trwało to tygodniami i miesiącami. Zbrzydziła się fortepianem i muzyką, rzuciła szkołę muzyczną, była strasznie załamana. Któregoś dnia, to było gdzieś tak dwa lata temu, miała sen. Przyśnił się jej śmieszny, bardzo brzydki chłopak o wielkich uszach. Powiedział, że ma na imię Dżigi i że to on był autorem wszystkich jej kompozycji i, jeśli ona chce, by komponował dla niej dalej, to musi wystarać się dla niego o sprzęt elektroniczny, bo fortepian to mu się dawno znudził. Kasia wyśmiała go w tym śnie i wygoniła za drzwi, ale, gdy obudziła się rano, napisała do tatusia długi list i już wkrótce dostała nowiutki syntezator i pieniądze na resztę potrzebnego sprzętu.
I znów zaczęła komponować, i wychodziło jej to coraz lepiej. Ale też coraz częściej miała wrażenie, że nie jest sama w swoim ciele, że ktoś w niej siedzi i pomaga jej grać. Wtedy zrozumiała, że to Dżigi daje znać o sobie. Na początku był miły i bardzo go lubiła. Toczyła z nim w wyobraźni długie dyskusje o muzyce i o życiu, a także, dzięki niemu, potrafiła nawet przenikać cudze myśli. Nagle zaczął żądać od niej różnych dziwnych rzeczy. Pewnego razu rozkazał jej, że musi od tej chwili ubierać się jak Cyganka. A ona zawsze chodziła ubrana sportowo, w bawełnianych koszulkach i w dżinsach, i najbardziej ze wszystkiego brzydziła się Cygankami i ich kolorowymi szmatami. Więc nie posłuchała tego rozkazu, ale też natychmiast, od tego dnia, przestała mieć pomysły muzyczne. Siadała do syntezatora i grała jakieś swoje stare kawałki. No to poszła w końcu do krawcowej, zamówiła w miarę gustowny strój w stylu cygańskim, ubrała się tak, siadła do syntezatora… i nic. Usłyszała tylko chichot Dżigiego i jego słowa: „nie ma Cyganki, nie ma muzyki, jest Cyganka, jest muzyka”. Wtedy zrozumiała, że nie można go oszukać. Pojechała ze znajomym mamusi do taboru cygańskiego i kupiła od Cyganek całą kupę szmat z jedwabiu i kretonu w najohydniejsze wzorki na świecie. W domu je wyprała, obwiesiła się nimi jak choinka i w ciągu godziny skomponowała swoją najpiękniejszą suitę, którą Dżigi nazwał „Cygańską księżniczką”. Oznajmił jej także, że musi chodzić tak ubrana do końca życia. Miała z tym okropne kłopoty w szkole i w domu z mamą, ale zagroziła, że w ogóle przestanie chodzić do szkoły, i odczepili się, a nawet przyzwyczaili się. Szafa aż pęka od różnych fantastycznych rzeczy do ubrania, tatuś ciągle przysyła nowe, a Kasia musi chodzić w tych plączących się między nogami udrapowanych firankach i nic nie może na to poradzić, bo jeśli choć raz ubierze się w coś innego, to Dżigi schowa na zawsze klucz od Krainy Muzyki.
Na tej historii ze strojem oczywiście się nie skończyło. Później Dżigi przyczepił się do włosów Kasi. Do tamtej pory nosiła je dosyć krótkie, ale Dżigi rozkazał jej, żeby ich już nigdy, też do końca życia nie ścinała. A te włosy tak szybko jej rosną i są tak poskręcane, że coraz trudniej je czesać.
Co jakiś czas Dżigi ma nowe, idiotyczne zachcianki. Kasia musi je wykonywać. A już szczególnie teraz, gdy ona chce stworzyć tę wielką kompozycję dla tatusia, Dżigi wysuwa żądania wprost nie do spełnienia i ciągle się ze sobą kłócą…
– A powiedziałaś mi, że nosisz taką długą spódnicę dlatego, bo masz poparzone nogi – mówię. – To ty nie masz poparzonych nóg?
– Pewno, że nie! – oburza się Kasia. Podwija nogawki piżamy i pokazuje mi łydki. Są tak samo gładkie, jak moje.
– To czemu na mnie krzyknęłaś? – pytam.
– To przez niego – mówi Kasia. – Bo on mi kazał pójść do łazienki, do ciebie. I…
Читать дальше