– Już dawno. Dwa lata temu, a może trzy…
– Wszystko się zgadza – mówię. – Już wkrótce potem pojawił ci się w kolejnym śnie i kazał napisać do tatusia, żeby ci przysłał ten elektroniczny sprzęt.
– Ale to jest posąg panny z rybą – mówi Kasia.
– Taka z niej panna, jak ze mnie chłop – mówię. – Jestem pewna na sto procent, to Dżigi. Sama mi mówiłaś, że tu przychodzą ci najlepsze pomysły na muzykę. Pamiętasz, co pani na biologii mówiła o soliterze? Że wystarczy, jak mu głowa u kogoś pozostanie. To już reszta ciała odrasta mu raz dwa.
– I co z tego?
– A to – mówię, czując na plecach ciarki – że ta jego głowa wlazła wtedy w ciebie. To ciebie tamci brodacze złożyli mu w ofierze. Teraz jesteś jego żywicielem.
Kasia puszcza moją rękę i ucieka. Biegnę za nią. Ona przystaje pod drzewem i zaczyna wymiotować. Później odwraca się do mnie cała blada. Mówi z grymasem obrzydzenia:
– Jesteś świnia. Przez ciebie wyobraziłam sobie, że mam solitera i poczułam, jakby mi się ruszał w ustach.
– Przepraszam cię.
– Nic nie szkodzi, tylko obiadu żal. Ty naprawdę myślisz, że to jest Dżigi, czy tak się tylko wygłupiasz?
– Uwierz mi – mówię – to na pewno on. Teraz już wiemy, gdzie szukać klucza od Krainy Muzyki. Pójdę, poszukam, a ty tu czekaj i nie ruszaj się.
Zawracam w stronę posągu. Kasia biegnie za mną.
– Minka, nie szalej! Przecież ten klucz nie istnieje realnie. To coś jakby symbol.
– Niech ci będzie, że symbol, a ja i tak poszukam – mówię. – Ty lepiej tam nie podchodź, ja się go nie boję.
– A co, myślisz, że ja się boję? Jak już, to poszukajmy razem. Włazimy pod daszek i szukamy. Ja grzebię patykiem z jednej strony tej niby panny z rybą, Kasia z drugiej. Nagle, patrzę, coś tu się błyszczy.
– Jest! – wołam. Kasia jest już przy mnie. Wygrzebuję kapsel z napisem Coca – cola. Kasia wybucha śmiechem, ja zaraz po niej. Kasia podnosi kapsel i chowa go do kieszeni. Ja badam posąg kawałek po kawałku. Na kamiennej rybie dwie przecinające się ukośnie bruzdy.
– Tu coś wyryte – mówię – co to może znaczyć?
– To znak kultowy – mówi Kasia. – Oznacza słońce. Dla pogan słońce było największym bóstwem.
Dotykam końcami palców ukośnego krzyża. Zamykam oczy. Coś z niego wnika we mnie. Ciepło, światło… Słońce, widzę słońce. Omni moa aaa. Omni moa aaa. Ooo aaa.
– Co się stało? – pyta Kasia.
– Nic – mówię i otwieram oczy. Odsuwam się od posągu, wskakuję na grzbiet kamiennego niedźwiedzia. Wyciągam do góry ręce. Nie dosięgnę. Odbijam się nogami z całej siły, łapię się rękoma krawędzi kadłuba. Podciągam się do góry, opierając stopę na wypukłości ryby.
– Po co tam włazisz? – pyta Kasia.
Pnę się brodą ku uciętej szyi. Coś tu czerwonego na wierzchu… Obsuwa mi się stopa, puszczają palce. Lecę w tył i łup! Pęka granat złotych gwiazdek. Coś strasznie huknęło, jakby w głębi ziemi. Ach, to tylko moja głowa rąbnęła o kamień. Spomiędzy gwiazdek wyłania się twarz Kasi.
– Minka!
– Cicho, nic mi nie jest – mówię, trzymając się za głowę. Kasia pochyla się nade mną, odsuwa moją rękę, odgarnia mi włosy.
– Krwi nie widać – mówi. – Mogłaś się zabić. I po co tam właziłaś?
– Bo myślałam, że tam leży ten klucz – mówię i uśmiecham się. Wstaję, potrząsam głową. Jakoś mnie nie boli. Tylko szum okropny. Tak czuje się mrówka, gdy zabłądzi w pustej muszli. Wychodzimy wreszcie z lasu na szosę. Za szosą jest łąka opadająca w dół i widać domy miasteczka. Kasia idzie kilka kroków przede mną. Jest obrażona na mnie. Wszystko przez moją głupotę.
Gdy schodziłyśmy z góry, Kasia opowiadała mi o tajemnicach ludzkiego umysłu. Mówiła, że świadomość człowieka to jakby kierowca ciężarówki z ogromną przyczepą, który nie wie, co znajduje się w tej przyczepie, ale nie może się zatrzymać i zajrzeć pod plandekę, więc musi jeździć po różnych okropnych wertepach i odgadywać po zachowaniach ciężarówki rodzaj ładunku, jego ciężar, i tak dalej. Więc trzeba ryzykować, a jednocześnie być bardzo ostrożnym, bo przecież w każdej chwili grozi nam katastrofa. I mówiła, że to porównanie do kierowcy ciężarówki jest dlatego dobre, bo oddaje trud i niebezpieczeństwo poznawania siebie.
Wtedy ja powiedziałam, że po co tak się męczyć. Czy nie można po prostu sobie jechać i nie myśleć, co się wiezie? A Kasia na to, że proszę bardzo, że mogę sobie jechać drogą ubitą kołami innych ciężarówek, najlepiej autostradą, razem z milionami takich samych jak ja, ale że na tej drodze nigdy nie dowiem się, kim naprawdę jestem i zdechnę tak samo głupia, jak się urodziłam. Nakrzyczała na mnie i nie odzywa się od ponad pół godziny. Cóż ja na to poradzę, że jestem taka głupia, że jej nie rozumiem. Kasia przeczytała tyle mądrych książek i mamusię ma lekarkę i tatusia Francuza w Afryce. A ja co?… W lekturach nic o takich rzeczach nie pisało. Co prawda była w szkole w Krzeszowie biblioteka, ale skąd miałam wiedzieć, które książki czytać, a które nie. A wszystkich nie da rady przeczytać. Zresztą tej pani, co się opiekowała biblioteką, to prawie nigdy nie było. Raz pożyczyłam książkę, to mamusia na mnie nakrzyczała, że czytam bajki, zamiast się uczyć…
– Kasiu! – wołam. – Ja bym bardzo chciała wiedzieć, co wiozę, po co i dokąd!
Kasia przystaje, czeka na mnie. I uśmiecha się słodko.
– Przecież wiem Minko, że chcesz – mówi. – Uniosłam się, bo tak bardzo chciałam, żebyś wiedziała to wszystko, co ja. To i tak niewiele, ale zawsze coś więcej, niż nic. Tylko, że musisz zrozumieć, że jeśli chcesz poznać siebie i świat, to nie możesz mieć tylu klapek na oczach.
– Nie mam żadnych klapek.
– Masz ich pełno, jesteś przez nie ślepa jak kret. Wiem, że to nie twoja wina, że dałaś je sobie nałożyć, ale w końcu musisz je zerwać. Nikt tego za ciebie nie zrobi.
– To zerwę – mówię. – Ale jak mam to zrobić? Nigdzie ich nie widzę!
– Chociażby ta twoja wiara w Boga…
– Och, Kasiu, nie mów nic o Bogu. Błagam cię.
– Przecież to twoja najgłupsza z klapek.
– Nie, nie, nie mów nic!
– Dlaczego?
– Bo nie, bo nie wolno. Może cię za to spotkać straszna kara, błagam cię, nic nie mów!
– Powiem ci tylko jedno – mówi Kasia. – Jeśli rzeczywiście Bóg jest taki, jakim ty go sobie wyobrażasz, to jak możesz go kochać, jak możesz w niego wierzyć, on zasługuje tylko na wzgardę i nienawiść. To jakiś tyran, mściwy idiota, krwawy psychopata.
– Przestań! – krzyczę, żeby ją zagłuszyć, żeby jej Pan Bóg nie usłyszał. Zatykam uszy. Kasia mówi coś jeszcze. Uciekam z szosy na łąkę, biegnę w dół, po zboczu. Potykam się i przewracam. Kasia jest już przy mnie, znów coś mówi. Krzycząc, zatykam uszy.
Kasia siada na mnie okrakiem, na siłę odrywa mi ręce od uszu. Krzyczę i krzyczę. Kasia przyciska mi ręce do trawy, patrzy na mnie z góry. Leżę, nie mogę się jej wyrwać i krzyczę. Już nie mam siły krzyczeć. Cisza, ćwierkają ptaszki. A Kasia mówi z uśmiechem:
– Wyobraź sobie, że dostałaś od kogoś w prezencie ogromny i piękny pałac. Jasny, przestronny i ślicznie umeblowany. Pomyśl, czy nie obraziłabyś ofiarodawcy, gdybyś wlazła do zakurzonej komórki pod pałacowymi schodami i gnieździła się tam do końca życia?
– No – mówię – obraziłabym.
– Takim właśnie pałacem otrzymanym w darze od Boga jest ludzki umysł. Wspaniały, skomplikowany, niepojęty. A tobie się wydaje, że to zardzewiała puszka po śledziach. Więc to nie ja bluźnię, to ty bluźnisz bez przerwy!
Читать дальше