Czuję, jak Kasia głaska mnie po ręce.
Unoszę powieki.
Uśmiecham się do niej. Jestem jakaś lekka i wesoła.
– Już mi dobrze – mówię, a ona: – To cudownie. – A ja: – Która to godzina?
– Za pięć czwarta – odpowiada Kasia. Po co ja pytałam? Przecież mam zegarek. Patrzę, na moim po czwartej piętnaście. Spieszy się? Muszę go przestawić. Trzeba iść do domu, nie chce mi się.
– Zrobię coś gorącego do picia – mówi Kasia.
– Nie chcę pić – mówię siadając na łóżku. – Wiesz, co bym chciała? Co?
– Pobębnić. – Pokazuję na bębny w kącie.
– To zasuwaj – mówi Kasia. – Nie żałuj sobie.
Zasiadam na stołeczku za bębnami. Biorę pałeczki. – Tu masz pedał na nogę – mówi Kasia. Naciskam nogą, a tu pałka z wielką głową łup w bęben.
Znów cicho jest. Uderzam delikatnie pałeczkami, same odskakują, jakbym trzymała za ogony dwie chude jaszczurki. Słyszę deszcz za oknem, ale nie taki normalny, to suchy deszcz, leciutki i suchy, każda kropelka to rodzynka. Tak mi słodko w buzi.
Kap kap kap, złote guziczki.
Trzeba ziemię poczęstować trochę gradem. Coraz szybciej uderzam, coraz mocniej. Walę z całej siły. Kasia biegnie do pianina.
Klawiszy dotyka… Z głośników wylatuje cienki dźwięk i zaczyna gonić za moim bum bum bum. Jeszcze szybciej uderzam, uciekam, a za mną, za moim bębnem w dwie jaszczurki zaprzężonym, lecą dźwięki Katarzyny. Doganiają nas, kręcą się w kółko i się chichrają.
Poganiam moje dwa skrzydlate smoki. W górę lecimy, wysoko, coraz wyżej i jeszcze wyżej. Oglądam się… dźwięki Kasi to kolorowe banieczki, ścigają mnie.
Już nie mam siły, na chmurce siadam.
A tam, na drugiej, siedzi Kasia. Rzuca we mnie banieczkami, a ja je odbijam moimi czarodziejskimi pałeczkami. Każda banieczka wydaje inny dźwięk, rozpryskuje się na błyszczące okruszki i na ziemię spada. Już cała ziemia kolorowa i błyszcząca.
– Chodź do mnie! – wola Kasia z tamtej chmurki. Odkładam pałeczki, biegnę do niej. – Bierz Yamahę – mówi – ja dosiądę Korga! Naciskam klawisz… a tu fiuuuu!!!
TRYSKA fontanna ze srebra i złota. Naciskam drugi, druga fontanna tryska. Już pełno ich wszędzie, brzęczących i lśniących, już wszystkie moje palce w robocie, a każdy palec na własną pracuje rękę.
Fontanny, wszędzie fontanny, wszystkie moje. Pomiędzy nimi latają serpentyny wesolutkie. To Kasi muzyka z moją się bawi. Złota i srebrna piana, pełno jej wszędzie. Kasia ją ubija i rośnie wielka beza, rośnie aż do nieba, słodka, chrupiąca, przejrzysta.
Boże, jak cudownie jest grać.
Przychodzę do domu. Mamusia wściekła, bo już po siódmej.
– Gdzie byłaś?
– U koleżanki.
– Dam ja ci koleżanki! Już dawno nie byłaś bita. W kuchni siedzi tata, pije kompot.
– Dzień dobry, tatusiu – mówię i idę do swojego pokoiku, rozpakować książki. Mamusia wchodzi za mną, a za nią w drzwiach, stoją dwie moje siostrzyczki, Zosia i Krysia.
– Masz być moją wy ręką, a nie wyrodną córką – mówi mamusia. – Ja obiadu nie mogłam przez ciebie ugotować, bo zabrakło mi jarzyn.
– Nie mogłam wcześniej, naprawdę nie mogłam.
– Bo co? Co robiłaś takiego, że nie mogłaś?
– Myśmy… grały i słuchały muzyki – mówię i robi mi się bardzo głupio.
– Usłyszysz ty muzykę, jak cię zaraz palnę w ucho! – I mamusia pac mnie w ucho. Trzymam się za nie, bo boli, a mamusia: – Ty co, sweter ojcu ukradłaś?
– Bo nie miałam w czym iść do szkoły.
– To w ojca swetrze musiałaś iść? Słyszałeś ociec?!
– A co?! – woła z kuchni tata.
– Ty zdejmuj spodnie, bo twoja córka nie ma w czym chodzić do szkoły!
Zosia i Krysia chichoczą. Mama też się śmieje i pyta:
– Co ty za rajtki masz na sobie? – Patrzy na moje nogi. – A ściągaj mi je zaraz, i to już!
Siadam na tapczanie i ściągam rajstopy.
– Nie kupiłam ci ich do latania – mówi mamusia – tylko po to, żebyś miała w czym iść na koniec roku szkolnego i na egzamin do zawodówki.
– To będzie w czerwcu – mówię – na pewno będzie ciepło.
– W tamtym roku było zimno, w tym też może być tak samo. – Mamusia zabiera mi rajstopy i, już wychodząc z pokoju, mówi: – Przebierz się, zasłony trzeba wieszać. Człowiek miota się po domu jak po akwarium.
Wieszam zasłony w dużym pokoju. Zosia i Krysia pomagają, trzymając w górze dół, żeby się o podłogę nie pobrudził. Mamusia siedzi przy stole i trochę patrzy na telewizor, a trochę na to, jak wieszam.
A tata chrapie w ubraniu na wersalce.
W łóżeczku Zenuś bawi się grzechotką.
Już wszystkie firanki i wszystkie zasłony powieszone. Zeskakuję z parapetu na podłogę.
A tu po chwili coś w nią łup spod spodu. Patrzymy na podłogę. Coś tu wali:
– Co tak wali? – pyta mamusia.
– Na pewno sąsiad z dołu wali w sufit – mówię. – Bo jak zeskoczyłam, to mu huknęło nad głową.
– O, jeszcze wali – mówi mamusia. – Ile jeszcze będzie tak walił. – I sama łup, nogą w podłogę. I jeszcze raz.
Spod spodu buch buch! Mamusia wstaje.
– Co to – mówi – co to? To już człowiek nie ma prawa pochodzić po własnym mieszkaniu?
Wychodzi na balkon, przechyla się przez poręcz i woła:
– Sąsiedzie! Sąsiedzie!…
– Co się tam dzieje? – woła cienki głos z dołu. Cienki, bo to nie sąsiad był, tylko sąsiadka.
– Co sąsiadka tak wali? – pyta mamusia. – Pali się u pani, czy co?
– To pani mi tu bez przerwy w sufit stuka!
– Co? Ja? Bez przerwy? – dziwi się mamusia. – A kto mi pierwszy zastukał w podłogę?
– Ja stukałam w sufit mówi sąsiadka. – Bo u pani stukało.
– Chyba w uchu sąsiadce stukało! – mówi mamusia głośno. – I niech mi więcej tu sąsiadka nie stuka, bo my też umiemy stukać.
– Chamka! – mówi sąsiadka i słychać jak zamyka drzwi na balkon. Mamusia wraca do pokoju.
– A to dziadówa! – mówi i łup, kapciem o podłogę. Słuchamy, czy ta sąsiadka z dołu odstuknie, ale jakoś nie stuka, cisza, tylko pan w telewizorze gada. – No – mówi mamusia z triumfem i siada na krześle. – Niech mi tu spróbuje stuknąć.
– Niech stuka – mówi Zosia. – Cały sufit sobie obdrapie. Śmiejemy się we trzy. Zenuś słyszy nasz śmiech i też zaczyna gulgotać wesoło.
– Dosyć tych śmichów chichów na dzisiaj mówi mamusia. – Dziewczynki do łazienki, a ty do lekcji.
Przeciąga się, ziewa, szturcha tatę.
– Budź się, ociec, wersalkę trzeba rozkładać.
Trochę odrabiam lekcje, a trochę jestem zamyślona. Mam na uszach słuchawki, bo Kasia pożyczyła mi taki malutki magnetofonik na baterie. Słucham Kasi muzyki. To o mnie, ten utwór nazywa się „Minki mojej Minki”. Kasia mi to nagrała, żebym sobie słuchała.
Muzyka raz jest wesoła, raz jest smutna. I jeszcze jakaś, ale nie wiem jaka. Ciągle się zmienia. Kasia mówi, że jak moje minki. Ja to nawet nie wiem, że je robię.
Pójdę, zobaczę je w lusterku, które wisi w ubikacji, nad umywalką.
Jest malutkie, ale jak tacie wystarcza do golenia, to i mnie wystarczy do robienia min.
Idę do ubikacji, a mamusia z kuchni woła:
– Co ty masz na głowie?
Wchodzę do niej. Tadziu je kolację, a mamusia pali papierosa.
– To słuchawki – mówię. – A z tego leci muzyka. – Wyciągam z kieszeni magnetofonik Kasi.
– Skąd to masz? – pyta mamusia.
– Kasia mi pożyczyła. To właśnie ta koleżanka, co sama komponuje. Tadziu wyciąga rękę i zabiera mi słuchawki. Wkłada je sobie na głowę.
Читать дальше