Milczę.
– Pokażę ci świadectwo, to się przekonasz – mówi Kasia. Patrzy na mnie tak, jakby chciała, żebym coś odpowiedziała. Co mam odpowiedzieć? Spuszczam oczy. Nagle Kasia odsuwa się z krzesłem od stołu. Wstaje. Wyrzuca kanapkę do zlewu i podchodzi do okna. Stoi tam, odwrócona do mnie plecami.
– Kasiu – mówię cicho. Ona potrząsa głową.
Gówno – mówi. – Jedno wielkie, ohydne gówno. W dodatku sama się nim pomazałam, bo chciałam wierzyć, że tak nie jest, że może być inaczej. Więc to jest świat? Ta śmierdząca sadzawka? Pluje na szybę, odwraca się, patrzy na mnie.
– Myślałam, że chociaż ty jesteś inna – mówi głośno – a ty jesteś taka sama, jak oni! Nie podobam ci się, to idź sobie stąd! Wynoś się, nikogo nie potrzebuję. Odkładam kanapkę na talerz.
– Nie musisz tak od razu – mówi ona – skończ jeść najpierw. Siedzę przy stole z pochyloną głową, a łzy mi kap, kap, na talerz. Przecież nie powiedziałam nic złego. Czuję, że Kasia mnie obejmuje.
– Moja malutka, przebacz mi. Jestem podła. Naprawdę, nie chciałam… Proszę, przebacz mi.
Chcę jej powiedzieć, że to nic, że się nie gniewam, że jest kochana, ale nie mogę, bo płaczę.
– Minko, nie płacz, mam tylko ciebie na świecie – prosi Kasia i całuje mnie po mokrej buzi. Z nosa mi leci, a ona się nie brzydzi i mnie całuje. – Przebaczysz mi? – szepcze.
– Tak – mówię. Patrzę, ona też ma w oczach łzy.
– Moja najdroższa, moja słodziutka siostrzyczka – szepcze Kasia. Jak pięknie pachną jej włosy. Jeszcze ładniej niż łąka, gdy leży na niej skoszone siano i świeci słoneczko. I tak mi słodko. Och, jak słodko jest płakać w objęciach ukochanej osoby.
– Nie płacz, błagam.
Odchodzi ode mnie, bierze nóż ze stołu.
– Jak nie przestaniesz – mówi – to sobie zaraz tym nożem język obetnę. – Palcami lewej ręki łapie się za język, przystawia nóż. Ocieram szybko łzy.
– Już nie płaczę – mówię. Kasia puszcza swój język i mówi:
– Masz szczęście. Musiałabyś jeść kanapkę z moim językiem. A może ty lubisz kanapki z ludzkim mięsem?
Śmieję się.
– To się nazywa szantaż uczuciowy – mówię.
Kasia też się śmieje. Odkłada nóż, siada naprzeciwko.
– Ale z nas beksy – mówi. – Wczoraj płakałyśmy, dzisiaj też płaczemy. Jak tak dalej będzie, to najdalej za tydzień… Najnowsze wiadomości! – woła, przykładając do ust zwinięte w trąbkę dłonie. – Dwie beksy utopione w morzu łez!
– Ale śmiałyśmy się jeszcze więcej – mówię. – I wczoraj i dzisiaj. – I jutro, i pojutrze – mówi Kasia. – Rzeczywiście. Albo się śmiejemy, albo płaczemy. Wiesz, to fantastyczne, że tak z nami jest. Bo w ogóle to ja mam taką filozofię, według której gdy człowiek płacze, albo się śmieje, to wtedy łączy się z czymś… Z czymś, co… Ach, nie będę ci zawracać głowy moją filozofią.
– Powiedz.
– Może innym razem – mówi Kasia. – Minka… Co?
– Mam do ciebie wielką prośbę.
– Jaką?
– Przysięgnij, że nigdy mnie nie znienawidzisz.
– Przysięgam – mówię. Kasia robi się poważna.
– Przysięgasz na wszystko? – pyta.
– Na wszystko.
– A wiesz, co mieści się w słowie „wszystko”?
– Pewno, że wiem – mówię. – Mieści się w nim wszystko.
– Ale to bardzo abstrakcyjne słowo – mówi Kasia. – Lepiej przysięgnij się na czyjeś życie, na życie kogoś, kogo najbardziej ze wszystkich na świecie kochasz.
Wiem, że nigdy jej nie znienawidzę. Podnoszę rękę i czując, jak wali mi serce, mówię:
– Przysięgam na życie Zenusia.
– To ten twój braciszek, co jeszcze jest malutki i leży w wózeczku? – pyta Kasia.
– Tak, to on.
– Dziękuję – mówi Kasia cicho – nigdy ci tego nie zapomnę. Podnosi dłonie do twarzy, zasłania oczy, siedzi w milczeniu długą, długą chwilę. Nieruchoma. W całym domu cisza. Tylko coś gdzieś daleko cichutko tyka. Kasia odsuwa ręce od twarzy, patrzy na mnie. Jej oczy błyszczą tak cudnie, jak gwiazdki.
– Nie mam prawa przyjąć tej przysięgi za darmo – mówi. Jest bardzo, bardzo poważna. – Więc w zamian siostrzyczko, uratuję cię.
– Od czego? – pytam.
– Od królestwa ubogich, od nieba dla niewinnych – mówi uroczyście.
– Obiecuję ci, pójdziesz prosto do piekła.
Budzę się, patrzę… Nade mną baldachim. Leżę na łóżku w pokoju Kasi… Przy mnie siedzi Kasia. Przykłada mi do głowy mokry ręcznik.
– Co się stało? – pytam.
– Och, Minko, tak się martwiłam.
– Co się stało?
– Nie wiem – mówi. – Siedziałyśmy w kuchni, jadłyśmy. Nagle upadłaś na podłogę, zemdlałaś. Wzięłam cię na ręce i przyniosłam tutaj. Właśnie miałam dzwonić do mamy, żeby przyjechała karetką pogotowia.
Chcę usiąść, Kasia przytrzymuje mnie za ramiona.
– Nie, nie – mówi – poleż sobie jeszcze. Jesteś bardzo blada. Często ci się to zdarza? Takie omdlenia?
– Nigdy nie zemdlałam – mówię.
– Musisz koniecznie poleżeć. Posiedzę przy tobie.
To leżę, a Kasia siedzi na brzegu łóżka, patrzy na mnie i jest smutna. Przymykam oczy. Tyle kłopotu jej narobiłam. Dobrze chociaż, że nie zdążyła zadzwonić do swojej mamy. Leżę sobie i nagle, ni stąd ni zowąd, przypomina mi się, jak kiedyś uratowałam od śmierci całą moją rodzinę. Było to tak:
Miałam sen. Śniło mi się, że jestem w poczekalni, w kinie. Wszyscy czekają, aż zaczną wpuszczać do sali, ale jeszcze nie wpuszczają. Pełno ludzi, stoimy… nagle otwierają się drzwi i z dworu wlatuje straszny potwór. Wszyscy w krzyk, a potwór kłap zębami, łapie za głowę jakiegoś pana, chrup go, chrup, i wypada z poczekalni. I znów stoimy i czekamy. Otwierają się inne drzwi. Znów wpada potwór, a ślepia ma wbite prosto we mnie. Cofam się, on cap jakąś panią, głowa chrup mu w paszczy i potwór znika. I znów nic, znów stoimy i czekamy, aż nas wpuszczą do sali. Wszyscy się śmieją, gadają i jedzą cukierki, bo już zapomnieli, tylko ja pamiętam, bo już wiem, że On po mnie tu ciągle wpada, że to mnie chce zeżreć i jeśli jeszcze nie zeżarł, to przez pomyłkę.
I znowu wpada, znowu innymi drzwiami. Do mnie się rzuca. Kucam, chowam się za ludzi. On łapie kogoś innego, wypada. Przeciskam się wśród ludzi, staję plecami przy ścianie, gdzie nie ma drzwi. Tu mnie nie zaskoczy. Nagle trzask, huk, łomot i wstrząs. Odskakuję od ściany. W niej wielka dziura. Wpada potwór, paszczę otwiera, na mnie się rzuca. Odskakuję do tyłu… i budzę się. Strasznie mnie głowa boli, wszędzie dym, aż czarno.
Bo to czad ulatniał się z pieca. Cudem wstałam z łóżka, kręciło mi się wszystko dookoła, upadłam. Doczołgałam się do okna, wybiłam szybę, trochę powietrza złapałam i zaczęłam budzić tatusia i mamusię. Ale nie mogłam ich dobudzić. Tadzia i dziewczynek też nie mogłam. Obudzili się dopiero wtedy, jak otworzyłam drzwi i zrobił się przeciąg i zimno. Strasznie wszystkich głowy bolały. Opowiedziałam im mój sen i mamusia powiedziała, że zawdzięczamy temu potworowi życie, bo jakby mnie tak w tym kinie nie prześladował, tobym się nie obudziła i byśmy wszyscy zaczadzieli na śmierć.
Pomyślałam sobie wtedy, że ja tak się go bałam i uciekałam przed nim, a On był przecież moim wielkim przyjacielem i tylko dlatego mnie straszył, żebym się obudziła. To dzięki niemu wszystko się dobrze skończyło. Tyle tylko, że mamusia była wtedy w ciąży i jak potem urodził się Zenuś, to się okazało, że jest całkiem ślepy i będzie taki przez całe życie, bo ma uszkodzony jakiś nerw wzrokowy, i bardzo możliwe, że to przez ten czad, co się wtedy ulatniał…
Читать дальше