– Jest tam – pogrzebowym tonem oświadczył Aarfy wskazując dramatycznym gestem furę siana i dwa konie przed zagrodą z szarego kamienia. – Rozwalony w drobny mak. Widocznie było im to pisane.
Yossarian posiał Aarfy'ego do diabła i nadal wytężał wzrok, zmrożony lękiem teraz już nie o siebie, ale o małego, zębatego, pełnego życia, niesamowitego sąsiada z namiotu, który rozciął Appleby'emu czoło rakietką pingpongową i który teraz znowu napędzał Yossarianowi potwornego stracha. Wreszcie wypatrzył dwusilnikowy samolot o podwójnym usterzeniu, który wypłynął z zielonego tła lasu nad żółte pole. Jedno ze śmigieł, rozszczepione na końcu, było nieruchome, ale maszyna utrzymywała wysokość i właściwy kurs. Yossarian podświadomie wymamrotał modlitwę dziękczynną, a potem posiał pod adresem Orra dziką i skomplikowaną wiązankę, w której była wściekłość i ulga.
– A to drań! – zaczął. – Cholerny, skarłowaciały, czerwony na pysku, pucołowaty, kędzierzawy świński skurwysyn z wystającymi zębami!
– Co? – spytał Aarfy.
– Ten cholerny, świński, pokraczny, pucołowaty, wyszczerzony, zębaty, zwariowany, skurwysyński kurdupel! – pienił się Yossarian.
– Co mówisz? – spytał Aarfy.
– Nieważne!
– Wciąż cię nie słyszę – odpowiedział Aarfy.
Yossarian odwrócił się powoli i znalazł się twarzą w twarz z Aarfym.
– Ty kutasie – zaczął.
– Ja?
– Ty pompatyczny, pękaty, poczciwy, tępy, zadowolony z siebie…
Aarfy był niewzruszony. Spokojnie potarł zapałkę i głośno przyssał się do swojej fajki, dając w ten sposób do zrozumienia, że łaskawie i wielkodusznie przebacza. Uśmiechnął się grzecznie i otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale Yossarian położył mu dłoń na twarzy i odepchnął go z wyrazem znużenia. Zamknął oczy i aż do lotniska udawał, że śpi, żeby nie słuchać Aarfy'ego ani na niego nie patrzeć.
W namiocie odpraw Yossarian złoży! raport wywiadowczy kapitanowi Blackowi i czekał wraz ze wszystkimi w pełnym szeptów oczekiwaniu, dopóki nie ukazała się kaszląca maszyna Orra, ciągnąca dzielnie na jednym silniku. Wszyscy wstrzymali oddech. Podwozie nie dawało się wypuścić. Yossarian odczekał, dopóki Orr nie wylądował bezpiecznie na brzuchu, a potem ukradł pierwszego z brzegu jeepa, z kluczykiem w stacyjce, pognał do swojego namiotu i zaczął gorączkowo pakować się na urlop, który postanowił spędzić w Rzymie, gdzie jeszcze tego wieczoru znalazł Lucjanę z jej niewidzialną szramą.
Znalazł Lucjanę w nocnym klubie dla oficerów wojsk alianckich, gdzie siedziała sama przy stoliku, gdyż podpity major z Korpusu Australijskiego, który ją tu przyprowadził, by tak głupi, że zdradził ją dla jurnej kompanii śpiewającej przy barze.
– Dobrze, zatańczę z tobą – powiedziała, zanim Yossarian zdążył otworzyć usta. – Ale do łóżka z tobą nie pójdę.
– A kto cię prosi? – spyta! Yossarian.
– Nie chcesz, żebym poszła z tobą do łóżka? – zawołała zdziwiona.
– Nie, nie chcę z tobą tańczyć.
Chwyciła Yossariana za rękę i wciągnęła go na parkiet. Tańczyła jeszcze gorzej od niego, ale podskakiwała w rytmie syntetycznej muzyki jazzowej z taką niepodrabianą radością, jakiej nigdy dotąd nie widział, aż wreszcie poczuł, że nogi drętwieją mu ze zmęczenia, i ściągnął ją z parkietu w stronę stolika, gdzie dziewczyna, którą powinien był teraz rżnąć, siedziała zalana, otaczając ramieniem szyję Aarfy'ego, i ostentacyjnie świńtuszyła z Huplem, Orrem, Kidem Sampsonem i Joe Głodomorem, a jej rozchełstana bluzka z pomarańczowego atłasu odsłaniała dobrze wypełniony biały koronkowy biustonosz. W momencie gdy zbliżył się do ich stolika, Lucjana niespodziewanie pchnęła go z całej siły, tak że przeleciał dalej i znowu zostali tylko we dwoje. Była wysoką, zdrową, tryskającą życiem dziewczyną o długich włosach i ładnej buzi, dorodną, uroczą, kokieteryjną dziewczyną.
– Dobrze, możesz mi postawić kolację – powiedziała. – Ale do łóżka z tobą nie pójdę.
– A kto cię prosi? – spytał zdziwiony Yossarian.
– Nie chcesz, żebym poszła z tobą do łóżka?
– Nie, nie chcę ci postawić kolacji.
Wyciągnęła go z klubu na ulicę i po schodkach w dół zeszli do czarnorynkowej restauracji pełnej ożywionych, rozświergotanych, ładnych dziewczyn, które wszystkie się znały, oraz przyprowadzonych przez nie onieśmielonych oficerów różnych armii. Jedzenie było wytworne i drogie, a w przejściach między stolikami przelewały się potoki rumianych i wesołych businessmanów, jednakowo tęgich i łysawych. Huczące życiem wnętrze promieniowało potężnym, wszechogarniającym nastrojem ciepła i dobrej zabawy.
Yossariana radował niezmiernie widok Lucjany, która ignorując go całkowicie, z prostackim apetytem obiema rękami wrzucała w siebie jedzenie. Jadła jak smok, dopóki nie opróżniła wszystkich talerzy; wówczas finalnym gestem odłożyła sztućce i leniwie odchyliła się na oparcie krzesła jak rozmarzone i ociężałe uosobienie zaspokojonego obżarstwa. Z uśmiechem zadowolenia wciągnęła głęboko powietrze i spojrzała na niego tkliwie rozkochanym wzrokiem.
– Okay, Joe – zagruchała, a jej płonące ciemne oczy były senne i pełne wdzięczności. – Teraz mogę pójść z tobą do łóżka.
– Nazywam się Yossarian.
– Okay, Yossarian – odpowiedziała z cichym, przepraszającym śmieszkiem. – Teraz mogę pójść z tobą do łóżka.
– Kto cię prosił? – spytał Yossarian. Lucjana była zaskoczona.
– Nie chcesz pójść ze mną do łóżka?
Yossarian śmiejąc się kiwnął głową i wsunął jej rękę pod spódnicę. Dziewczyna podskoczyła przerażona i natychmiast zabrała nogi, zarzucając siedzeniem. Zaczerwieniwszy się wstydliwie obciągała spódniczkę i rzucała na boki spłoszone, skromne spojrzenia.
– Teraz mogę pójść z tobą do łóżka – powtórzyła swoje lękliwe przyzwolenie. – Ale nie teraz.
– Wiem. Kiedy pójdziemy do mojego pokoju. Dziewczyna potrząsnęła głową, mierząc go nieufnym spojrzeniem i ściskając kolana.
– Nie, teraz muszę iść do domu, bo mamma nie lubi, kiedy tańczę z żołnierzami albo pozwalam się zapraszać na kolację, i będzie na mnie bardzo zła, jeśli nie wrócę do domu. Ale napisz mi na kartce, gdzie mieszkasz. Jutro rano przyjdę do twojego pokoju i będziemy robić fiki-fik, zanim pójdę do mojego francuskiego biura. Capisci?
– Gówno prawda! – zawołał Yossarian wściekły i zawiedziony.
– Casa vuol dire gówno? – spytała Lucjana z niewinną miną.
Yossarian wybuchnął głośnym śmiechem, po czym wyjaśnił jej rozbawiony:
– To znaczy, że chcę cię teraz odprowadzić tam, gdzie muszę cię, do diabła, odprowadzić, tak żebym zdążył wrócić do nocnego klubu, zanim Aarfy wyjdzie z tym wspaniałym kociakiem, nie dając mi szansy zapytania o jakąś jej ciotkę czy przyjaciółkę, Jttśra byłaby do niej podobna.
– Cotne?
– Subito, subito – poganiał ją czule. – Mamma czeka. Pamiętasz?
– Si, si. Mamma.
Yossarian dał się ciągnąć dziewczynie przez cudowną rzymską wiosenną noc chyba z milę, aż wreszcie dotarli do chaosu zajezdni autobusowej ryczącej klaksonami, pałającej czerwonymi i żółtymi światłami i rozbrzmiewającej warkliwymi wymyślaniami nie ogolonych kierowców, obrzucających plugawymi, jeżącymi włosy przekleństwami siebie nawzajem, pasażerów i grupki niespiesznych, obojętnych przechodniów, którzy blokowali im drogę i nie reagowali, dopóki nie potrącił ich autobus, a wtedy odpowiadali przekleństwami na przekleństwa. Lucjana znikła we wnętrzu jednego z niewielkich zielonych pojazdów i Yossarian pośpieszył co tchu z powrotem do kabaretu i do mętnookiej tlenionej blondynki w rozchełstanej pomarańczowej bluzce. Wyglądała na oczarowaną Aarfym, ale Yossarian biegnąc modlił się żarliwie o jej rozkoszną ciotkę albo o jej rozkoszną przyjaciółkę, siostrę, kuzynkę czy matkę, która byłaby równie lubieżna i zdeprawowana. Odpowiadała mu idealnie; była rozpustną, rubaszną, wulgarną, amoralną, podniecającą flądrą, o jakiej śnił i marzył od miesięcy. Była prawdziwym skarbem. Płaciła sama za siebie, miała samochód, mieszkanie i pierścień z łososiową kameą, która doprowadzała Joego Głodomora do szału wspaniale wyrzeźbionymi postaciami nagiego chłopca i dziewczyny na skale. Joe Głodomór skamlał, służył i dawał łapę, śliniąc się i drąc pazurami podłogę z pożądania, ale dziewczyna nie chciała sprzedać pierścienia, mimo że ofiarowywał jej wszystkie pieniądze, jakie mieli przy sobie, oraz swój superaparat fotograficzny na dodatek. Nie interesowały jej pieniądze ani aparaty fotograficzne. Interesowało ją wyłącznie łajdaczenie się.
Читать дальше