Izzy staje obok i zaczyna majstrować przy urządzeniu.
– Jest na gwarancji?
– Mam to w nosie. Wiem jedno: jak się zapłaciło za sprzęt, który robi kawę, to znaczy, że ma się dostać tę zasraną kawę! – Wrzucam pustą karafkę do zlewu z takim rozmachem, że szkło pęka na kawałki. Osuwam się na podłogę, wybuchając płaczem.
Izzy przyklęka obok.
– Co on ci zrobił?
– Dokładnie to samo co wtedy – szlocham. – Ależ ze mnie cholerna idiotka.
Izzy obejmuje mnie ramionami.
– Ugotujemy go w oleju? – proponuje. – A może otrujemy jadem kiełbasianym albo wykastrujemy? Wybierz, co ci bardziej odpowiada.
Ta lista tortur sprawia, że zdobywam się na lekki uśmiech.
– Ty zrobiłabyś to samo.
– Tylko dlatego, że mogę liczyć na ciebie.
– Myślałam – mówię, opierając czoło na ramieniu siostry – że piorun nie uderza dwa razy w to samo miejsce.
– Uderza, uderza – zapewnia mnie Izzy. – Ale tylko wtedy, kiedy człowiek popisze się głupotą i stoi dalej w tym samym miejscu.
Pierwszą osobą, którą spotykam po wejściu do sądu, nie jest właściwie osoba, ale Sędzia. Pies Campbella wybiega truchcikiem zza rogu, kładąc uszy po sobie, spłoszony podniesionym głosem swojego pana.
– Hej. – Wyciągam rękę, żeby go uspokoić, ale Sędzia widocznie nie tego ode mnie oczekuje. Uczepiwszy się zębami skraju mojej marynarki – Campbell zapłaci za pranie, przysięgam – zaczyna ciągnąć mnie tam, skąd przyszedł, prosto w wir słownej walki.
Głos Campbella słychać już zza rogu.
– Straciłem przez ciebie czas. Ale wiesz, co jest najgorsze? Straciłem też wiarę we własną umiejętność oceny klienta.
– Co ty powiesz? – odgryza się Anna. – Wychodzi więc na to, że nie tylko ty pomyliłeś się w ocenie. Bo ja, wynajmując cię, też sądziłam, że masz charakter. – Kiedy mnie mija, słyszę, jak mamrocze pod nosem: – Dupek.
W tym momencie przypomina mi się uczucie, którego doznałam, obudziwszy się na łodzi, sama jak palec – uczucie zawodu, zagubienia, złości. Byłam zła na siebie, że dałam się w to wciągnąć.
Ale dlaczego, do diabła, nie byłam zła na niego?
Sędzia skacze swojemu panu przednimi łapami prosto na pierś.
– Siad! – pada komenda. Campbell odwraca się i wtedy dopiero mnie zauważa. – Nie chciałem, żebyś to usłyszała.
– No jasne – odpowiadam z przekąsem.
Campbell wchodzi do otwartej sali konferencyjnej i siada ciężko na krześle.
– Anna nie zgadza się składać zeznań.
– Co w tym dziwnego? Nie potrafi stanąć z matką twarzą w twarz nawet we własnym domu, a ty chciałbyś, żeby poradziła sobie z nią na przesłuchaniu w sądzie? Czego się spodziewałeś?
Campbell spogląda na mnie przeszywającym wzrokiem.
– Co powiesz DeSalvo?
– Pytasz ze względu na Annę czy dlatego, że boisz się przegrać proces?
– Daruj sobie, sumienie oddałem na tacę podczas wielkiego postu.
– To może zadaj sobie proste pytanie: dlaczego trzynastoletnia dziewczynka tak zalazła ci za skórę?
Campbell się krzywi.
– W takim razie spadaj. Idź i popsuj mi cały proces. Od początku planowałaś to zrobić.
– To nie jest twój proces, tylko Anny. Ale dobrze rozumiem, dlaczego wydaje ci się, że jest inaczej.
– Co ty wygadujesz?
– Oboje jesteście tchórzami. Chcecie odmienić swoje życie, uciec przed tym, jacy jesteście i kim jesteście. Czego boi się Anna, wiem. Wiem, czego chce uniknąć. A ty?
– Za cholerę cię nie rozumiem.
– Spodziewałam się, że poczęstujesz mnie jednym ze swoich zgrabnych powiedzonek. Czy może trudno ci się śmiać, kiedy ktoś tak trafnie cię rozszyfrował? Uciekasz od wszystkich ludzi, którzy stają ci się bliscy. Anna odpowiadała ci jako klientka, ale nagle zaczęło cię obchodzić, co się z nią stanie, i już jest niedobrze, już czujesz się zagrożony. Mnie mogłeś szybko przelecieć, ale przywiązać się – nie, wykluczone. Ty nie budujesz związków, masz tylko psa, ale nawet to jest jakaś wielka tajemnica państwowa.
– Za wiele sobie pozwalasz…
– Mylisz się. Wszystko wskazuje na to, że jestem jedyną osobą, która może ci uświadomić, że jesteś żałosnym cymbałem. Widzę jednak, że tobie to wcale nie przeszkadza. Niech sobie wszyscy tak myślą, w porządku, przynajmniej nikomu nie będzie się chciało przebijać przez ten mur, którym się odgrodziłeś od świata. – Znów spoglądam na niego, tym razem trochę dłużej. – Wiem, jak to jest, kiedy ktoś potrafi przejrzeć cię na wylot. Kiepskie uczucie, prawda?
Campbell wstaje. Twarz ma jak z kamienia.
– Spieszę się. Prowadzę dziś sprawę.
– Idź, koniecznie. – Kiwam głową. – Tylko nie mieszaj sprawiedliwości z klientem, który jej oczekuje. Bo jeśli tak się stanie, to może się okazać, Boże uchowaj, że masz normalne serce, tak jak wszyscy.
Wychodzę, bo czuję, że płonę już ze wstydu. Zatrzymuje mnie głos Campbella:
– Julio, zaczekaj. To nie jest tak, jak myślisz.
Zamykam oczy i odwracam się, zupełnie wbrew zdrowemu rozsądkowi. Widzę, że Campbell się waha.
– Chodzi o psa. Ja…
Niespodziewany napad szczerości przerywa Vern Stackhouse, który staje w drzwiach.
– Sędzia DeSalvo wstąpił na ścieżkę wojenną – mówi. – Opóźniacie rozpoczęcie przesłuchania, a w bufecie skończyła się śmietanka do kawy.
Spoglądam Campbellowi prosto w oczy, oczekując, że dokończy to, co chciał powiedzieć.
– Jesteś dziś moim świadkiem – mówi. Głos ma zupełnie spokojny. Dobra chwila skończyła się, nie pozostawiwszy po sobie nawet wspomnienia.
CAMPBELL
Coraz gorzej to znoszę. Bycie sukinsynem wcale nie jest takie łatwe.
Dopiero na sali sądowej zauważam, że trzęsą mi się ręce. Z jednej strony wiadomo, co za tym stoi. Z drugiej jednak za ten stan odpowiedzialna jest moja klientka, która siedzi za mną zimna i cicha jak głaz, oraz to, że kobieta, za którą szaleję, za chwilę na moje własne życzenie stanie przed sądem jako świadek. Kiedy do sali wchodzi sędzia, rzucam Julii jedno spojrzenie; udaje, że patrzy w inną stronę.
Pióro wypada mi z ręki, toczy się po stole i ląduje na podłodze.
– Możesz mi je podać? – zwracam się do Anny.
– Zastanowię się. Przecież to strata cennego czasu i środków – pada odpowiedź. Cholerne pióro zostaje tam, gdzie leży.
– Panie Alexander, czy mogę już prosić o wezwanie następnego świadka? – pyta sędzia DeSalvo. Zanim jednak zdążę wykrztusić nazwisko Julii, wstaje Sara Fitzgerald, prosząc o pozwolenie podejścia do sędziego. Nastawiam się na kolejną kłodę rzuconą pod nogi. Bez pudła. Adwokat strony przeciwnej jest niezawodny.
– Psychiatra, którą poprosiłam o złożenie zeznania, musi dziś po południu być w szpitalu. Chciałam poprosić sąd o zmianę kolejności przesłuchań.
– Panie Alexander?
Wzruszam ramionami. Wszystko mi jedno; to dla mnie i tak tylko odroczenie egzekucji. Siadam obok Anny i patrzę, jak na krześle dla świadka sadowi się niewysoka kobieta o ciemnych włosach zebranych w o wiele za ciasny kok.
– Proszę podać nazwisko i adres do protokołu – zaczyna przesłuchanie Sara.
– Doktor Beata Neaux – odpowiada psychiatra. – Orrick Way tysiąc dwieście pięćdziesiąt, miejscowość Woonsocket.
Doktor Neaux. Czyta się jak Dr No. Rozglądam się po sali, ale chyba oprócz mnie nie ma tutaj fanów Bonda. Wyjmuję z teczki notatnik i piszę liścik do Anny: Gdyby ta pani wyszła za doktora Chance’a, nazywałaby się doktor Neaux – Chance.
Читать дальше