Anna opiera się o ścianę, krzyżując ręce na piersi.
– Od kiedy to bawisz się w konfucjanizm?
Odwraca się nagle i podnosi z podłogi mój plecak.
– Bardzo ładny – mówi. – Podobają mi się te kolory.
Biorę plecak z jej ręki i przewieszam przez ramię.
– Kiedy byłam w Ameryce Południowej, widziałam stare Indianki tkające ten materiał. Żeby powstał taki wzór, potrzeba dwadzieścia motków przędzy.
– Prawda jest taka sama. Zamotana i kosztowna – mówi Anna, choć nie jestem do końca pewna, czy właśnie to powiedziała. Zanim jednak zdążę o cokolwiek zapytać, już jej nie ma w toalecie.
Obserwuję ręce Campbella. Kiedy zadaje mi pytania albo wygłasza komentarze, mocno gestykuluje. Wygląda to niemal tak, jakby wybijał rytm swoich słów. A jednak jego dłonie drżą nieznacznie; to chyba dlatego, że nie potrafi przewidzieć, co ode mnie usłyszy.
– Jako kurator procesowy – pyta Campbell – jak pani ocenia tę konkretną sytuację?
Spoglądam na Annę, biorąc głęboki oddech.
– Widzę tutaj młodą kobietę, która przez całe życie dźwiga ogromny ciężar odpowiedzialności za zdrowie i życie swojej siostry. Dodatkowo ma ona świadomość, że przyszła na świat po to, aby zostać obarczoną tą odpowiedzialnością. – Rzucam spojrzenie Sarze siedzącej za swoim stołem. – Moim zdaniem, decydując się na trzecie dziecko, jej rodzice działali w najlepszej wierze. Chcieli ratować życie starszej córki, to prawda, jednak jednocześnie wiedzieli, że Anna będzie im bardzo droga, nie tylko jako idealnie zgodny dawca dla Kate, ale także dlatego, że obdarzą ją miłością i będą troszczyć się o nią, jak najlepiej potrafią.
Po tych słowach odwracam się z powrotem do Campbella.
– W pełni rozumiem także, jak doszło do tego, że dla państwa Fitzgerald ratowanie życia Kate stało się sprawą o najwyższym priorytecie. Kiedy się kogoś kocha, jest się gotowym na wszystko, aby tylko zatrzymać tę osobę przy sobie.
Kiedy byłam mała, nieraz budziłam się w środku nocy, mając jeszcze przed oczami najdziwniejsze sny. Śniło mi się, że latam albo że ktoś zamknął mnie na całą noc w fabryce czekolady, albo że jestem królową jakiejś karaibskiej wyspy. Budziłam się z włosami pachnącymi uroczynem czerwonym albo patrząc po sobie, widziałam jeszcze strzępki chmur uczepione rąbków koszuli nocnej – a potem docierało do mnie, że jestem zupełnie gdzie indziej. Próbowałam wrócić do tych cudownych snów, ale nic z tego nie wychodziło; nawet jeśli udało mi się zasnąć ponownie, w mojej głowie tkał się już zupełnie inny sen.
Tej nocy, którą spędziłam z Campbellem, też się obudziłam. Leżałam w jego ramionach, a on jeszcze spał. Przyglądając się mapie jego twarzy, wodziłam wzrokiem od ostrego urwiska podbródka po ciemny krater ucha i z powrotem, ku wąwozom wyżłobionym przez uśmiech wokół ust. A potem zamknęłam oczy i po raz pierwszy w życiu wróciłam do snu, który przed chwilą opuściłam, dokładnie w to samo miejsce, w ten sam moment sennej rzeczywistości.
– Niestety, muszę przyznać – oświadczam przed sądem – że w życiu zdarzają się sytuacje, kiedy trzeba umieć ustąpić, zrezygnować z czegoś.
Kiedy Campbell mnie rzucił, przez cały miesiąc nie wychodziłam z łóżka, chyba że rodzice kazali mi iść do kościoła albo usiąść do wspólnego obiadu. Przestałam myć włosy, a pod oczami porobiły mi się cienie. Teraz każdy mógł odróżnić mnie od Izzy, nawet na pierwszy rzut oka.
W końcu pewnego dnia zebrałam się na odwagę, żeby wstać z łóżka z własnej i nieprzymuszonej woli. Pojechałam do Wheelera. Wałęsałam się w okolicach hangaru dla łodzi, uważając, żeby nie rzucać się w oczy, aż wpadł mi w oko jeden z kolesi z drużyny żeglarskiej. Chłopak został w szkole na letnich kursach. Przyłapałam go, jak wyprowadzał z hangaru lekki sportowy skif. Miał jasne włosy, a Campbell był brunetem. Był krępej budowy, niższy i nie tak szczupły jak on. Oszukałam go, że nie mam jak wrócić do domu, i poprosiłam, żeby mnie podwiózł.
Zanim minęła godzina, pozwoliłam mu się zerżnąć na tylnym siedzeniu jego hondy.
Zrobiłam to dlatego, że pragnęłam, by obcy człowiek starł z mojej skóry zapach Campbella i jego smak z moich warg. Zrobiłam to, ponieważ czułam w sobie przeogromną pustkę i bałam się, że wiatr mnie porwie, jak balon wypełniony helem i uniesie tak wysoko, że nie będzie już można nawet się domyślić, jakiego byłam koloru.
Słyszałam stękanie tego chłopaka, którego imienia nie chciało mi się nawet zapamiętać, czułam w sobie jego pchnięcia i byłam całkowicie pusta, najzupełniej nieobecna. I nagle zrozumiałam, co się dzieje z tymi porwanymi balonami. To są utracone miłości, które wymknęły się z palców; to puste oczy bez wyrazu, które co noc wschodzą na czarnym niebie.
– Kiedy dwa tygodnie temu zlecono mi to zadanie – opowiadam sędziemu – i zaczęłam bliżej poznawać strukturę napięć panujących wewnątrz rodziny państwa Fitzgeraldów, wydawało mi się pewne, że dla dobra Anny usamowolnienie w kwestii zabiegów medycznych jest konieczne. Potem jednak przyłapałam się na tym, że popełniam ten sam błąd co członkowie rodziny: formułuję sądy jedynie na podstawie następstw zdrowotnych, pomijając efekty psychologiczne. Względy medyczne ułatwiają mi zajęcie stanowiska w tej sprawie. Wniosek nasuwa się sam: oddawanie narządów bądź też krwi nie przynosi Annie bezpośredniej korzyści, a jedynie przedłuża życie jej siostry.
Łowię błysk w oku Campbella. Widzę, że jest zaskoczony tą niespodziewaną odsieczą.
– Niestety, podjęcie jednoznacznej decyzji nie jest aż takie proste, z tego powodu, że choć oddanie Kate narządów nie przyniesie korzyści samej Annie i nie leży w jej najlepiej pojętym interesie, to jednak jej rodzina również nie jest zdolna w świadomy sposób zadecydować, czy Anna powinna to zrobić. Gdyby porównać chorobę Kate do pędzącego pociągu bez hamulców, można by powiedzieć, że rodzina państwa Fitzgeraldów żyje od kryzysu do kryzysu, nie starając się znaleźć sposobu, żeby bezpiecznie zatrzymać ten pociąg na stacji. Wykorzystując tę samą analogię, naciski rodziców można porównać do zwrotnicy na torach, co oznacza, że Anna pod żadnym względem nie jest na tyle silna, aby samej decydować o sobie, jeśli wie, czego życzą sobie jej rodzice.
Pies Campbella zrywa się na nogi i zaczyna skamleć. Hałas rozbija tok mojej wypowiedzi; odruchowo odwracam głowę w tamtą stronę. Campbell odpycha od siebie pysk Sędziego, ani na chwilę nie spuszczając ze mnie wzroku.
– Nie widzę w tej rodzinie nikogo, kto byłby zdolny do podjęcia bezstronnej decyzji w kwestiach medycznych dotyczących Anny – szczerze oświadczam sędziemu. – Ani rodzice, ani sama Anna nie sprostają temu zadaniu.
Sędzia DeSalvo spogląda na mnie, marszcząc brwi.
– Pani Romano – pyta – co zatem chce pani doradzić sądowi?
CAMPBELL
Julia nie zawetuje wniosku Anny.
W pierwszej chwili przepełnia mnie niesamowite uczucie: jeszcze nie przegrałem. Nawet zeznanie Julii nie ukręci mojej sprawie łba. Po chwili nachodzi mnie jednak refleksja – Julia szarpie się z tym wszystkim tak samo mocno jak ja i tak samo jak mnie obchodzi ją to, co stanie się z Anną. Różni nas tylko jedna rzecz – ona właśnie obnażyła swoje uczucia przed wszystkimi.
Sędzia jakby czekał na ten moment, żeby zacząć wariować. Chwyta zębami skraj mojej marynarki i zaczyna ciągnąć. Za nic w świecie teraz nie wyjdę. Muszę wysłuchać Julii do końca.
– Pani Romano – pyta DeSalvo – co zatem chce pani doradzić sądowi?
Читать дальше