Pewnego wieczora, kiedy siedziałyśmy sobie we dwie w naszym pokoju, przyszła do nas mama. Towarzyszył jej tata; na ten widok od razu wiedziałyśmy, że sprawa jest poważna i że nie chodzi o to, kto przypadkiem zostawił odkręcony kran w kuchni.
– Czytałam w Internecie – zaczęła mama – że po typowym przeszczepie organizm dochodzi do siebie o wiele sprawniej niż po przeszczepie szpiku kostnego.
Kate, rzuciwszy mi spojrzenie, włożyła nową płytę do odtwarzacza. Obie dobrze wiedziałyśmy, do czego mama zmierza.
– Nerki nie kupuje się w sklepie – zauważyła.
– Wiem – odpowiedziała mama. – Ale podobno też dawca nerki nie musi mieć zgodności wszystkich sześciu białek układu HLA, wystarczą dwa. Zadzwoniłam do doktora Chance’a z pytaniem, czy ja mogłabym oddać ci nerkę. Powiedział mi, że w normalnym przypadku nie byłoby przeciwwskazań.
Kate bezbłędnie wychwyciła kluczowe słowo.
– W normalnym przypadku?
– Bo twój przypadek nie jest normalny. Doktor Chance uważa, że nerka z banku dawców u ciebie się nie przyjmie, bo twój organizm jest już mocno wyniszczony. – Mama wbiła wzrok w dywan. – Jego zdaniem operacja ma szanse powodzenia tylko wtedy, kiedy dawcą będzie Anna.
Tata potrząsnął głową.
– To oznacza skomplikowaną operację chirurgiczną – powiedział cicho. – Dla obu dziewczynek.
Zaczęłam się nad tym zastanawiać. Czy będę musiała leżeć w szpitalu? Czy będzie bolało? Czy z jedną nerką da się żyć?
A gdybym sama zapadła na niewydolność nerek w wieku, dajmy na to, siedemdziesięciu lat? Czy też mogę wtedy liczyć na narząd do przeszczepu?
Zanim zdążyłam zadać rodzicom którekolwiek z tych pytań, odezwała się Kate:
– Nie chcę o tym nawet słyszeć, rozumiecie? Mam już powyżej uszu szpitala, chemioterapii, naświetlań i w ogóle to wszystko jest do bani. Dajcie mi święty spokój.
Twarz mamy zbielała.
– Proszę bardzo. Chcesz popełnić samobójstwo? Nikt ci tego nie zabrania!
Kate zakryła uszy słuchawkami, ale i tak było słychać muzykę.
– To nie będzie samobójstwo – zwróciła mamie uwagę – bo ja już umieram.
– Czy powiedziałaś komuś, że chcesz skończyć z oddawaniem narządów siostrze? – pyta Campbell. Jego pies wybiega na sam środek sali sądowej.
– Panie Alexander – ostrzega sędzia DeSalvo – za chwilę wezwę woźnego, żeby wyprowadził stąd pańskiego… zwierzaka.
Faktycznie, pies nie daje się opanować. Szczeka, skacze na Campbella przednimi łapami, biega w kółko. Campbell ignoruje wezwania obu sędziów.
– Powiedz nam, czy decyzję o złożeniu pozwu podjęłaś samodzielnie?
Wiem, dlaczego Campbell o to pyta; chce pokazać wszystkim, że jestem zdolna do podejmowania trudnych decyzji. Mam na tę okazję przygotowane kłamstewko, wijące się za zębami jak wąż. Chcę wypuścić węża na wolność, ale wymykają mi się zupełnie inne, niezaplanowane słowa:
– Ktoś mnie do tego tak jakby przekonał.
Nagle czuję na sobie wzrok obojga rodziców; dla nich ta informacja to absolutna nowość. Julia też jest zaskoczona, do tego stopnia, że wyrywa jej się cichy okrzyk. Także Campbell nie spodziewał się takich rewelacji, bo zakrywa dłonią oczy, w bezbronnym geście wyrażającym porażkę. Właśnie dlatego sądzę, że lepiej nic nie mówić; ma się wtedy mniejszą szansę spieprzenia życia sobie i wszystkim dookoła.
– Anno – pyta Campbell – kto cię do tego przekonał?
To krzesło jest dla mnie za duże, tak samo jak cały ten stan i ta samotna planeta. Splatam palce dłoni, tuląc w nich ostatnie uczucie, które udało mi się jeszcze przy sobie zatrzymać – żal.
– Kate – odpowiadam.
W sali sądowej zapada cisza. Zanim zdążę cokolwiek dodać, spada grom z jasnego nieba, który dla mnie wcale nie jest zaskoczeniem; spodziewałam się tego. Kulę się na siedzeniu, ale okazuje się, że łomot, który usłyszałam przed chwilą, to nie była ziemia rozstępująca się pod moimi stopami. To Campbell zwalił się bezwładnie na podłogę. Jego pies stoi tuż obok z zupełnie ludzką, całkiem jednoznaczną miną: „A nie mówiłem?”.
BRIAN
Gdyby ktoś wyruszył w podróż kosmiczną i powrócił po trzech latach, okazałoby się, że na Ziemi upłynęło ich czterysta. Choć jestem tylko niedzielnym astronomem, mam jednak przedziwne wrażenie, że powróciłem z podróży na planetę, gdzie wszystko jest całkiem bez sensu. Wydawało mi się, że rozmawiając z Jesem, słuchałem go uważnie, okazuje się jednak, że wcale go nie słuchałem. Anny słuchałem naprawdę, a mimo to coś mi umknęło. Obracam w myślach te kilka zdań, które wypowiedziała moja córka, i szukam w nich sensu, sposobem starożytnych Greków, którzy patrząc w niebo i widząc na nim pięć jasnych kropek, potrafili dostrzec w tym kształcie kontur kobiecego ciała.
I wtedy spływa na mnie olśnienie: szukam sensu nie tam, gdzie trzeba. Na przykład aborygeni kierowali wzrok pomiędzy konstelacje opisane przez Greków i Rzymian, wprost na czarną powłokę nieba, i potrafili dostrzec emu schowanego pod Krzyżem Południa, tam gdzie nie ma ani jednej gwiazdy. Ciemność kryje równie wiele historii co kręgi światła.
O tym właśnie myślę, patrząc na adwokata mojej córki powalonego na podłogę sali sądowej nagłym atakiem epilepsji.
ABC ratownictwa: udrożnić drogi oddechowe, zapewnić oddech zastępczy, przywrócić krążenie. Kiedy następuje grand mai , duży napad padaczkowy, to właśnie drożność dróg oddechowych jest najważniejsza. Przeskakuję przez barierkę i podbiegam do Campbella Alexandra. Psa, który stoi nad wstrząsanym drgawkami ciałem swojego pana jak strażnik, muszę odepchnąć siłą. Chory wchodzi w fazę toniczną ataku: z jego piersi wyrywa się okrzyk, jakby wypchnięty skurczem mięśni, a ciało sztywnieje. Po chwili rozpoczyna się faza kloniczna – mięśnie raz po raz kurczą się i rozkurczają, bez żadnej koordynacji. Odwracam adwokata na bok, na wypadek gdyby miał zwymiotować, i rozglądam się za czymś, co mógłbym mu włożyć między zęby. Jeśli tego nie zrobię, może odgryźć sobie język. I wtedy dzieje się rzecz niezwykła: pies przewraca teczkę swojego pana i wyciąga z niej coś, co wygląda jak gumowa kość. Ale to nie jest zwierzęca zabawka, tylko prawdziwy klocek dla chorych na padaczkę; pies upuszcza go na moją dłoń. Z bardzo daleka dobiega mnie głos sędziego, wydającego polecenie opróżnienia sali sądowej. Wołam Verna i każę mu wezwać pogotowie.
W następnej chwili Julia przyklęka obok mnie.
– Czy to coś poważnego?
– Zwykły napad padaczkowy. Wyjdzie z tego.
Julia wygląda tak, jakby miała się zaraz rozpłakać.
– Nie można nic zrobić?
– Można – odpowiadam. – Przeczekać.
Julia wyciąga rękę, żeby dotknąć Campbella, ale nie pozwalam jej na to.
– Nie wiem, jak mogło do tego dojść – mówi.
A ja nie jestem pewien, czy sam Campbell to wie. Jedno mogę powiedzieć: pewne zjawiska nie wynikają z wyraźnego następstwa zdarzeń.
Dwa tysiące lat temu nocne niebo wyglądało zupełnie inaczej. Wychodzi na to, że w dzisiejszych czasach koncepcje starożytnych Greków dotyczące znaków zodiaku i ich wpływu na losy człowieka są już mocno nieaktualne. Zjawisko to nazywa się recesją: w tamtych czasach Słońce nie wschodziło w znaku Byka, tylko w znaku Bliźniąt, a kto urodził się dwudziestego czwartego września, nie był spod Wagi, tylko spod Panny. Znano też trzynasty gwiazdozbiór zodiaku, Wężownika, widocznego pomiędzy Strzelcem i Skorpionem tylko przez cztery dni w ciągu całego roku.
Читать дальше