Pracowałam nad tym całymi tygodniami. Trzymanie się myślami przyszłości jest trudniejsze, niż się wydaje, zwłaszcza kiedy przed samym nosem paraduje ci siostra, upierdliwa jak zawsze. Wymyśliłam sposób, żeby sobie z tym poradzić: udawałam, że to jej duch, który mnie nawiedza. Kiedy przestałam się do niej odzywać, Kate zaczęła myśleć, że zrobiła coś nie tak; pewnie faktycznie miała coś na sumieniu. Jeśli chodzi o mnie, to bywały dni, kiedy płakałam od rana do wieczora. Zdarzały się dni, że czułam się, jakbym połknęła kilo ołowiu, i takie, kiedy z zapałem wstawałam, ubierałam się, słałam łóżko i wkuwałam słówka do szkoły – tylko dlatego, że do tego najłatwiej było mi się zabrać.
Ale od czasu do czasu pozwalałam sobie uchylić rąbka żałobnej woalki. Wtedy przychodziły mi do głowy zupełnie nowe pomysły. Wyobrażałam sobie na przykład, że studiuję oceanografię na uniwersytecie stanowym na Hawajach. Że trenuję akrobacje spadochronowe. Że przeprowadzam się do Pragi. Starałam się wpasować w różne role, lecz czułam się tak, jakbym zmuszała się do chodzenia w tenisówkach, które są o dwa numery za małe: można w nich zrobić kilka kroków, ale potem szybko trzeba usiąść i ściągnąć but, bo każdy następny krok sprawia wielki ból. Jestem przekonana, że w moim mózgu siedzi cenzor z czerwoną pieczątką i za każdym razem przypomina mi, że o pewnych rzeczach, choćby były nie wiadomo jak kuszące, nie wolno mi nawet pomyśleć.
W sumie to chyba nawet dobrze, bo coś mi się wydaje, że gdyby naprawdę udało mi się zobaczyć siebie samą, bez Kate wpisanej w mój portret, to ten widok by mi się nie spodobał. Ani trochę.
Siedzę razem z rodzicami przy stoliku w szpitalnej stołówce. Mówię „razem” w dość ogólnym znaczeniu tego słowa. Jesteśmy raczej jak troje astronautów w próżni; każde z nas ma własny hełm i niezależny zbiornik powietrza do oddychania. Na stole stoi małe prostokątne pudełko pełne torebek z cukrem. Mama układa je z bezlitosną konsekwencją: najpierw zwykłe, potem słodzik, a na końcu nierafinowane gruzełki brązowego cukru. W końcu podnosi na mnie wzrok i odzywa się:
– Kotku…
Dlaczego te pieszczotliwe nazwy zawsze wywodzą się od zwierząt? Kotku, rybko, misiaczku, żabciu – czy to ma znaczyć, że człowiekowi wystarczy tyle troski co zwierzęciu domowemu?
– Wiem, co chcesz osiągnąć – ciągnie mama. – Zgadzam się, że należy ci się z naszej strony trochę więcej uwagi. Naprawdę nie musimy słyszeć o tym od sędziego.
Serce podchodzi mi do gardła, czuję je jak miękką gąbkę na dnie przełyku.
– Czyli że to wszystko może się skończyć?
Uśmiech mamy jest jak pierwszy słoneczny dzień w marcu, kiedy po wydającej się nie mieć końca zimie nagle powraca zapomniane ciepło na odsłoniętych łydkach i odkrytej głowie.
– O tym właśnie mówię – potakuje mama.
Koniec z krwiodawstwem. Koniec z granulocytami, limfocytami, komórkami macierzystymi, koniec planów dotyczących nerki.
– Mogę sama powiedzieć o tym Kate – ofiaruję się – żebyście wy nie musieli.
– Nie będzie trzeba. Wystarczy, że sędzia DeSalvo się dowie i będzie tak, jakby nic się nie stało.
W mojej głowie zaczyna cichutko dzwonić alarm.
– Ale… czy Kate nie będzie pytać, dlaczego przestałam być jej dawcą?
Mama nieruchomieje.
– Mówiąc „skończyć”, miałam na myśli ten twój proces.
Z całych sił potrząsam głową. To ma być odpowiedź, a jednocześnie chcę w ten sposób wyrzucić z siebie słowa, które stoją mi ością w gardle.
– Anno, na miłość boską – mama jest wprost zszokowana – co my ci zrobiliśmy, że tak nas traktujesz?
– Nic.
– Więc czego w takim razie nie zrobiliśmy?
– Ty mnie w ogóle nie słuchasz! – podnoszę głos i akurat w tym samym momencie obok naszego stolika staje zastępca szeryfa Vern Stackhouse. Wodzi wzrokiem po mnie i rodzicach. W końcu udaje mu się przywołać na twarz uśmiech.
– Widzę, że pojawiam się nie w porę. Przepraszam. – Podaje mamie kopertę, po czym skinąwszy nam głową, odchodzi.
Mama otwiera kopertę. Przebiega oczami pismo i zwraca się wprost do mnie rozkazującym tonem:
– Co ty mu nagadałaś?
– Komu?
Tata bierze do ręki zawiadomienie, które równie dobrze mogłoby być napisane po chińsku, gdyż jest pełne żargonu prawniczego.
– Co to jest? – pyta.
– Wniosek o wydanie tymczasowego zakazu kontaktów z Anną. – Mama wyrywa mu papier z ręki. – Czy ty zdajesz sobie sprawę, że żądasz, aby wyrzucono mnie z domu? Tego właśnie chcesz?
Wyrzucono z domu? Nagle brak mi tchu.
– Nigdy o to nie prosiłam.
– Żaden adwokat nie złożyłby takiego wniosku we własnym imieniu, Anno.
Czasem, kiedy wywrócisz się na rowerze albo staczasz się z wysokiej wydmy, albo kiedy omsknie ci się noga i spadasz ze schodów, sekundy wloką się niemiłosiernie, jakby celowo, żeby człowiek miał czas uświadomić sobie, że sytuacja jest poważna. Znacie to uczucie?
– Nie wiem, co się stało – mówię.
– Więc jak możesz twierdzić, że potrafisz podejmować decyzje za siebie? – Mama wstaje tak gwałtownie, że przewraca krzesło. – Ale dobrze. Skoro tego sobie życzysz, zaczniemy od zaraz.
Odchodzi i zostawia mnie, a jej słowa wiszą jeszcze przez chwilę w powietrzu, twarde i szorstkie jak napięta lina.
Zdarzyło się raz, mniej więcej trzy miesiące temu, że pożyczyłam sobie od Kate kosmetyki do makijażu. No dobrze, nie pożyczyłam: ukradłam. Nie mam własnych; rodzice pozwalają nam się malować dopiero po piętnastych urodzinach. Ale sytuacja była wyjątkowa: zdarzył się cud, a Kate nie było w domu, dlatego nie mogłam zapytać jej o zgodę. A wyjątkowe sytuacje wymagają stosowania wyjątkowych metod.
Cud miał ponad metr siedemdziesiąt wzrostu, włosy srebrzyste jak wąsy kukurydzy i uśmiech, od którego kręciło się w głowie. Nazywał się Kyle i niedawno przeprowadził się tutaj z Idaho, kiedy więc zaprosił mnie do kina, byłam przekonana, że nie robi tego ze współczucia. Poszliśmy na nowego „Spidermana”, ale film widział tylko on; ja przez cały seans bezskutecznie próbowałam zmusić jakąś iskrę do przeskoczenia pomiędzy jego dłonią a moją.
Wróciłam do domu, wciąż unosząc się dobre piętnaście centymetrów nad chodnikiem. Gdyby nie to, nie dałabym się zaskoczyć Kate. Przewróciła mnie na łóżko i usiadła na mnie okrakiem.
– Ty złodziejko – zasyczała. – Grzebałaś bez pytania w mojej szufladzie w łazience.
– Ty też cały czas bierzesz moje rzeczy. Dwa dni temu pożyczyłaś sobie moją niebieską bluzę.
– To zupełnie co innego. Bluzę można uprać.
– Tak? Jakoś ci nie przeszkadza, że przetaczają ci moje zarazki razem z krwią, ale na szmince już są be? – Szarpnęłam się mocniej i udało mi się przewrócić Kate na plecy. Teraz ja byłam górą.
Jej oczy zabłysły.
– Kto to był?
– O czym ty gadasz?
– Nie mów mi, że malowałaś się tak sobie. – Spadaj – mruknęłam.
– Spierdalaj. – Kate uśmiechnęła się uroczo, łaskocząc mnie wolną ręką. Tak mnie zaskoczyła, że ją puściłam. W następnej chwili stoczyłyśmy się na podłogę, walcząc zajadle, każda z nas starała się zmusić drugą do kapitulacji.
– Dość już – sapnęła wreszcie Kate. – Zabijesz mnie!
Wystarczyło. Moje ręce momentalnie opadły, jakbym oparzyła się gorącym żelazem. Leżałyśmy na podłodze pomiędzy naszymi łóżkami, dysząc ciężko i udając, że wypowiedziane przed chwilą słowa nie były wcale aż tak okrutne.
Читать дальше