– Słyszałem – odparł. – Tak samo jak prawie całe Los Angeles.
– Dziękuję ci. – Uniosła brwi. – Właściwie nie spodziewałam się, że to się tak skończy. – Wyciągnęła do niego dłoń, by zaraz impulsywnie zarzucić mu ręce na szyję.
Ponad jej ramieniem Will dostrzegł błysk, który na ułamek sekundy zmroził oczy Alexa Riversa.
Ujął ręce Jane – Cassie – i zaraz puścił, ukradkiem wsunąwszy jej w dłoń karteczkę ze swoim adresem i numerem telefonu, po czym pocałował ją w policzek.
– Gdybyś kiedyś czegoś potrzebowała… – szepnął i zrobił krok do tyłu.
Cassie schowała karteczkę do kieszeni żakietu i jeszcze raz mu podziękowała. Wszystko wskazywało na to, że prowadziła życie jak z bajki. Czego mogłaby potrzebować?
Alex czekał cierpliwie przy drzwiach. Ujął twarz Cassie w dłonie.
– Nie masz pojęcia… – Głos mu się załamał. – Nie masz pojęcia, czym była utrata ciebie.
Cassie patrzyła na niego, wchłaniając strach w jego głosie. Także się bała, ale nagle wydało jej się to rzeczą wtórną. Działając instynktownie, uśmiechnęła się do Alexa.
– To nie trwało długo – powiedziała łagodnie i kojąco. – I nie byłam daleko.
Zobaczyła, że ramiona Alexa się rozluźniają. Zadziwiające: kiedy on był spokojniejszy, ona też lepiej się czuła. Alex obrzucił spojrzeniem rojących się dziennikarzy.
– To nie będzie przyjemne – rzekł przepraszająco. Objął ją mocno i otworzył ciężkie drzwi.
Dłonią przysłonił oczy, przepychając się przez gęstniejący tłum paparazzich i operatorów. Kiedy oszołomiona Cassie uniosła głowę, zobaczyła pochyloną nad sobą twarz i błysk flesza. Powietrze poranka zamknęło się jak pierścień wokół jej gardła; oślepiona, nie miała innego wyjścia, jak skryć twarz na piersi Alexa. Ścisnął jej ramię, na barku poczuła bicie jego serca i z własnej woli poddała się sile swego obcego męża.
Mieszkanie w Malibu znane było z naturalnego oświetlenia. Odpowiednio rozmieszczone dziewięćdziesiąt dwa okna w obu ścianach, wschodniej i zachodniej, oraz w dachu sprawiały, że słońce zawsze plasowało człowieka w środku sceny, niezależnie od miejsca, w którym akurat się znajdował. Alex stał przed szklaną ścianą, za sobą mając słońce, i przesuwał kciukiem po krawędzi owalnego klonowego puzderka.
– Wydaje mi się, że kupiłaś to w Lyonie – powiedział do Cassie, która siedziała na różowej kanapie. Kiedy usiadł przed nią na podłodze, mimo woli głośno westchnęła. To było tak, jakby adorowany na srebrnym ekranie bohater nagle zmienił się w człowieka z krwi i kości.
Dziwnie się czuła, patrząc na nieznajomego, od którego dzieliło ją kilka kroków, ze świadomością, że wyjadała płatki z jego miski, ogrzewała stopy o jego łydki, szeptała mu do ucha w miękkim, rozgrzebanym łóżku. Cassie żałowała, że nie może zanurzyć się w tej grze. Alex był aktorem, ona nie, i boleśnie uświadamiała sobie strefę, która otaczała ją na każdym kroku, błękitną i magnetyczną, wymuszającą dystans nawet przy dotyku.
Alex westchnął.
– Chyba nie zaczniesz traktować mnie jak nadczłowieka, prawda? Nigdy wcześniej tego nie robiłaś.
Cassie uśmiechnęła się lekko. Celowo milczała, doszła bowiem do wniosku, że im mniej powie, tym mniejszą zrobi z siebie idiotkę.
– Musi minąć trochę czasu, nim do tego przywyknę – oświadczyła.
Popatrzyła na białe zasłony z koronki z Alencon, stolik z postarzanego drewna, blat baru z różowego marmuru.
Alex nachylił się, by musnąć ustami jej czoło, i Cassie mimowolnie zesztywniała. Od chwili, gdy zgłosił się po nią na posterunek, bez wahania jej dotykał. To uczucie zażenowania jak na randce w ciemno naprawdę było idiotyczne, skoro Alex powiedział, że są małżeństwem od przeszło trzech lat. Mimo to nie potrafiła zobaczyć siebie w codziennej małżeńskiej rutynie. Zamiast tego przed oczyma przepływały jej obrazy, o których wiedziała, że zna je z mediów: Alex Rivers na eleganckim przyjęciu dobroczynnym na rzecz badań nad AIDS, Alex Rivers odbierający Złoty Glob, Alex Rivers żonglujący kokosami w czasie przerwy na planie „Robinsona Crusoe”.
Nagle wstał, skąpany w promieniach słońca, i Cassie straciła wątek. Nie pamiętała Alexa, nie czuła się swobodnie w jego towarzystwie, ale ją fascynował. Srebrny błysk w jego oczach, dumny zarys szczęki, napięte mięśnie karku, wszystko to ją pociągało. Studiowała go tak, jak studiowałaby rzeźbę Dawida Michała Anioła: płynny, piękny, ale zanadto pogrążony w swej doskonałości, by być tylko dla niej.
– Dobrze, że tutaj przyjechaliśmy – odezwał się Alex. – Skoro te wnętrza cię przytłaczają, nie potrafię sobie wyobrazić, jak zareagowałabyś na dom w BelAir.
W drodze do Malibu Colony Alex usiłował obudzić wspomnienia Cassie, opisując trzy należące do nich domy: wielki dom w BelAir, mniejszy w Malibu i ranczo tuż za Aspen w Kolorado. Powiedział, że większość czasu spędzali w BelAir, choć Cassie zawsze wolała Malibu, ponieważ po ślubie urządziła wnętrza na nowo.
– Jak tam jest? – pytała spragniona szczegółów, które uwolnią jej przeszłość.
Alex tylko wzruszył ramionami. Ciasno.
Kiedy jednak range rover zahamował przed wysokim, białym budynkiem, Cassie ze zdumieniem wpatrywała się w zaokrąglone krawędzie, wieże i występy. Dom na pewno nie był ciasny.
– Wygląda jak zamek – westchnęła. Alex wziął ją w objęcia.
– To samo powiedziałaś, kiedy pierwszy raz tu byłaś.
– Cassie?
Na dźwięk swojego imienia podskoczyła. Nie usłyszała dzwonka telefonu, Alex jednak trzymał słuchawkę, zakrywając mikrofon.
– Herb mówi, że nie zaśnie, dopóki się nie przekona, że wszystko u ciebie w porządku. – Podszedł do niej i pogładził ją po policzku. Oczy mu pociemniały. – Ale mnie to guzik obchodzi. Musisz odpocząć.
Przystawił telefon do ucha.
– Nie, Herb, pięć minut to za długo. Nie…
Cassie wstała i położyła mu dłoń na ramieniu. Po raz pierwszy to ona dotknęła Alexa, a nie odwrotnie. Odwrócił się ku niej, zapominając o telefonie, wpatrzony w jej oczy.
– Nie ma sprawy – powiedziała cicho. – Powiedz mu, żeby wpadł. Nic mi nie będzie. Nie chcę odpoczywać.
Alex mruknął coś do telefonu. Cassie patrzyła, jak przy wypowiadaniu słów układają się jego usta. Czekała, aż skończy rozmowę, ale on tego nie robił. Znowu zakrył mikrofon dłonią i przysunął się ku niej na odległość oddechu.
Cassie nie zamknęła oczu, kiedy Alex ją pocałował. Jej dłoń bezwładnie opadła. Na ustach czuła słaby smak kawy i wanilii. Gdy się odsunął, wciąż nachylała się ku niemu, z szeroko otwartymi oczami czekając na wspomnienia, które z całą pewnością nadejdą.
Zanim jednak mogło to nastąpić, Alex bezradnym gestem wskazał telefon.
– Muszę z nim pogadać. Wiesz, plan „Makbeta” opuściłem w połowie ujęcia. Biedny Herb musi posprzątać bałagan, którego narobiłem. – Pogładził ją po włosach. – Może czymś się zajmiesz? To potrwa pięć minut, nie dłużej, obiecuję.
Kiedy Alex zaczął pośpiesznie zadawać pytania, Cassie zeszła na środkową kondygnację domu. Zastanawiała się, czy powinna się przebrać przed przyjazdem Herba. Zastanawiała się, kim jest Herb.
Ruszyła w kierunku głównej sypialni, gdzie Alex wcześniej pokazał jej szafę pełną należących do niej sukien z jedwabiu i tęczowej bawełny. Doszła do łukowato sklepionego holu, przez który wcześniej przeprowadził ją Alex, ale tym razem przystanęła, by obejrzeć wiszące na nieskazitelnie białych ścianach zdjęcia. Jedno przedstawiało Alexa na plaży przed apartamentowcem, po pierś zakopanego w piasku. Na innym uśmiechnięta Cassie obejmowała szkielet. Była fotografia psa, którego nie rozpoznała, i Alexa na stojącym dęba koniu. Na ostatnim zobaczyła siebie w łóżku, z białą pościelą podciągniętą do piersi i leniwym uśmiechem na zarumienionej twarzy.
Читать дальше