– Och, Alex! – zawołałam, rzucając mu się w objęcia. Przesunął dłońmi po moich plecach, na nowo się mnie ucząc. Wciągnęłam w nozdrza znajomy zapach jego skóry i wygładziłam pomięte ubranie. – Myślałam, że jesteś na mnie wściekły.
– Jestem wściekły na siebie – sprostował. – Ale uświadomiłem sobie, że specjalnie zachowałem się jak dupek, żebyśmy mogli pocałować się i pogodzić.
Ujęłam jego twarz w dłonie. Wypełniała mnie radość, że Alex jest przy mnie, i zadawałam sobie pytanie, jak mogłam nie zauważyć, że wcześniej serce miałam puste.
– Wybaczam ci – powiedziałam.
– Jeszcze cię nie przeprosiłem.
Oparłam czoło o jego brodę.
– To bez znaczenia.
Łagodnie uniósł moją twarz ku sobie. Z dworu dobiegał trzask otwieranych skrzyń i zachwycone okrzyki studentów wyjmujących zawartość.
– Jeśli to istotnie jest jak zdobycie nagrody Akademii – powiedział Alex – to jestem z ciebie bardziej dumny, niż możesz sobie wyobrazić.
Przytuliłam się do niego, myśląc, że gratulacje Archibalda Custera i wszystkie pochwały, jakie za sprawą ręki mnie czekają, bledną w porównaniu ze słowami Alexa. Tylko jego opinia naprawdę się liczyła.
Tamtego wieczoru kolacja była prawdziwą ucztą, nawet jeśli dym z ogniska nadał cielęcinie piccata dość nietypowy smak. Alex swobodnie rozmawiał z moimi studentami, rozśmieszając ich opowiastkami o pomyłkach, jakie popełniał, grając antropologa, dopóki ja się nie pojawiłam. Kiedy wzięli kilka butelek bordeaux i zaproponowali, żeby przenieść imprezę nad stanowisko wykopaliskowe, Alex odmówił. Zabrał ostatnią butelkę wina i pomógł mi wstać, jakby wcześniej było to umówione.
Zapiął szczelnie mój namiot, podczas gdy ja stałam plecami do niego i wpatrywałam się w popękaną miednicę, przy której leżały grzebień, szczotka do zębów i tubka pasty. Zmarszczyłam brwi: powinnam o czymś powiedzieć Alexowi, ale nie potrafiłam sobie przypomnieć, o czym. Położył dłonie na mojej talii.
– Co takiego jest w tobie, we mnie, namiocie i Tanzanii?
Nie mogłam nie myśleć o pierwszej nocy, kiedy się kochaliśmy – zwłaszcza że po ścianach namiotu tańczyły pomarańczowe płomienie, wiatr cicho jęczał wśród wzgórz i zapadała ciężka, miękka jak futro afrykańska noc.
Spletliśmy ciała w sposób, w jaki w środkowej Afryce pojawiają się deszcze: gwałtownie, bez ostrzeżenia, intensywnie – przez wszystkie te dni, gdy leje, stoisz przy oknie i zastanawiasz się, czy świat kiedykolwiek wyglądał inaczej. Później leżeliśmy objęci, na wpół ubrani i mokrzy od potu, wciąż wzajemnie się pieszcząc, by podtrzymać łączącą nas więź.
Piliśmy bordeaux prosto z butelki, obserwując sylwetki ognia na płótnie z leniwym zadowoleniem, zrodzonym z pewności, że będzie spokojniejszy, słodszy następny raz. Z roztargnieniem gładziłam Alexa po przegubie.
– Twój przyjazd tutaj bardzo wiele dla mnie znaczy.
Alex pocałował mnie w ucho.
– Dlaczego myślisz, że zrobiłem to dla ciebie? – zapytał. – Trzy tygodnie abstynencji to piekło.
Z uśmiechem zamknęłam oczy, zaraz jednak zesztywniałam i usiadłam. Abstynencja. Nagle przypomniałam sobie, o czym zapomniałam powiedzieć Alexowi.
Kiedy rozpakowałam w Tanzanii swoje rzeczy, zorientowałam się, że zostawiłam tabletki antykoncepcyjne w domu. Z początku myślałam, żeby poprosić o receptę tutaj, jeśli mają takie w miejscowej aptece, a potem doszłam do wniosku, że skoro od Alexa dzieli mnie pół świata, mam niewielkie szanse na zajście w ciążę. Teraz jednak on był tutaj, kochaliśmy się i nie było żadnej pewności.
– A tak z ciekawości – powiedziałam, odwracając się twarzą ku niemu – co sądzisz o zostaniu ojcem?
Oczy mu pociemniały, pojawiło się w nich coś, co odgrodziło go ode mnie.
– Co ty chcesz mi powiedzieć, do diabła? – zapytał ostro.
Położyłam mu dłoń na ramieniu, uświadamiając sobie, że moje słowa zabrzmiały poważniej, niż wymagała tego sytuacja.
– Zostawiłam tabletki w domu i od tygodni nic nie biorę. – Uśmiechnęłam się do niego. – Ale jestem pewna, że nic się nie zdarzy. Wszystko będzie w porządku.
– Cassie, ja nie zamierzam mieć dzieci – powiedział wolno Alex.
Nie wiem, dlaczego wcześniej o tym nie rozmawialiśmy; założyłam, że to kwestia czasu, że na razie mu się nie śpieszy, ale będzie chciał mieć rodzinę.
– Nigdy? – zapytałam, lekko zszokowana.
– Nigdy. – Alex przesunął dłonią po twarzy. – Nie zamierzam być taki jak moi rodzice.
Odprężyłam się; znałam Alexa i wiedziałam, że to nie wchodzi w grę…
– Moi rodzice też nie byli ideałami – powiedziałam – ale to mi nie przeszkodzi w urodzeniu własnych dzieci.
Zamknęłam oczy, wyobrażając sobie ślicznego chłopczyka, biegającego po trawnikach przed domem, bijącego stopkami w ziemię z czystej radości pędu. Zobaczyłam go w Tanzanii, z plastikową łopatką i wiaderkiem, towarzyszącego mi na wykopaliskach. Wiedziałam, że z czasem zdołam przekonać Alexa, by zmienił zdanie.
Pociągnął mnie za ramiona, biorąc moje milczenie za bunt.
– Poza tym jak zostaniesz następną Margaret Mead, jeśli urodzisz dziecko? – zauważył. – Nie możesz boso i w ciąży jechać na cykl wykładów o ręce.
Kwestionowałam słuszność tego stwierdzenia, ale pod wieloma względami Alex miał rację. Może wkrótce, teraz jednak pora nie była odpowiednia. Przekręciłam się na wąskim łóżku i spojrzałam na niego.
– Więc które z nas śpi na podłodze?
Alex wybuchnął śmiechem.
– Chére, słyszałaś o rosyjskiej ruletce?
Po powrocie do Stanów wygłosiłam wykłady na kilku uniwersytetach, omawiając wpływ ręki i narzędzia na naszą wiedzę o ewolucji umysłu. Nie podobała mi się ta długa rozłąka z Alexem, ale on kręcił zdjęcia do „Antoniusza i Kleopatry”, nie miało więc znaczenia, gdzie jestem: w Bostonie, Chicago czy Baltimore. Pracował dwadzieścia godzin dziennie i nawet gdybym była w Los Angeles, nie spędzałabym z nim zbyt wiele czasu. Z sypialni na górze dobiegł głos Alexa:
– „W obłokach nieraz widać obraz smoka, lwa lub niedźwiedzia, lub fortecznej bramy, skały urwistej, rosochatej góry, modrego, w drzewa strojnego przylądka, które z wiatrami kołysać się zdają, z ócz naszych szydzą powietrzną ułudą”.
Taksówkarz postawił moją torbę przy drzwiach, a ja odetchnęłam z ulgą, bo nie kazałam Alexowi czekać na lotnisku. Tego wieczoru robił to, co zawsze, gdy następnego dnia kręcił ważną scenę: próbował. Wiedziałam, że znajdę go krążącego po saloniku przy sypialni, ubranego w rozciągnięty Tshirt i bokserki, i uśmiechnęłam się do tej wygodnej, znajomej wizji.
Samolot z Chicago miał opóźnienie z powodu burzy; około dziewiątej zadzwoniłam do Alexa i powiedziałam, że nie wiem, czy zdołam dzisiaj dotrzeć do Los Angeles.
– Idź spać – dodałam. – Jeśli samolot wystartuje, wezmę taksówkę.
Wiedziałam, że czeka go wyczerpujący dzień, bo będzie kręcił scenę, w której Antoniusz uświadamia sobie zdradę Kleopatry, a potem dowiaduje się o jej rzekomym samobójstwie. Poza tym film przysparzał mu więcej problemów. Pokaz przedpremierowy kopii roboczej spotkał się z negatywną reakcją widowni. Alex opowiedział mi o tym przez telefon.
– Śmiali się – mówił wstrząśnięty. – Patrzyli, jak przebijam sobie flaki mieczem, i śmiali się.
Żałowałam, że nie ma mnie przy nim, że nie mogę mu pomóc, znajdując jasne strony w mało pochlebnych opiniach o filmie, które pojawiały się w czasopismach branżowych i plotkarskich. Także w Chicago natknęłam się na krótką notkę w „Tribune”; napisano w niej, że jak głosi plotka, „Antoniusz i Kleopatra” będzie jedną z najdroższych hollywoodzkich klap. Kiedy to przeczytałam przy śniadaniu, musiałam stłumić impuls, by od razu zadzwonić do Alexa. Wiedziałam, że po tygodniu wrzawa w mediach ucichnie. Lepiej pocieszyć go osobiście, zamiast powierzać słowa zimnej, trzeszczącej linii telefonicznej.
Читать дальше