Nagle targnął nim niepokój. I w tej samej chwili, jakby pod wpływem gwałtownego bólu zadanego z zewnątrz, obudził się. Usiadł. Nie zdążył zupełnie wytrzeźwieć, gdy nowe uderzenie niepokoju poderwało go z łóżka. Serce biło mu szybko i nierówno, głowę rozsadzał szum, całe ciało miał zlepione potem. Natychmiast poczuł dreszcze. Sięgnął więc machinalnie po kołdrę, ale ponieważ zsunęła się na podłogę, podciągnął ją ociężałą ręką na kolana i dalej siedział na brzegu łóżka, zgarbiony, z głową wtuloną pomiędzy ramiona, szczękając zębami.
Dokoła leżała ciemność i cisza. Wtem skrzypnęło w kącie.
– Kto tu? – spytał cicho.
Nikt nie odpowiadał.
– Kto tu? – podniósł głos.
Milczenie. Mimo to proboszczowi ciągle wydawało się, że w głębi mroku ktoś stoi.
– To ty, Michasiu?
Przypomniał sobie słowa Ksieni: „on nas jeszcze pomorduje kiedy…” Wzdrygnął się. „Jak mogę nawet przypuścić coś podobnego?” – ogarnął go wstyd. Nie ruszył się jednak, nadsłuchiwał. Ale szelest nie powtórzył się więcej. W ciszy słyszał proboszcz tylko swój własny przyśpieszony oddech. Na dworze ciągnął gdzieś bardzo wysoko cienki poszum. „Wraca wiatr – pomyślał – do rana daleko jeszcze…”
Już się zamierzał położyć, gdy wyraźnie uczuł, że ktoś stoi z tyłu za jego plecami, po drugiej stronie łóżka. Chciał zawołać, ale głos uwiązł mu w gardle. Odwrócił się. Nikogo… Pamiętał, że kiedy zasypiał, leżała w tym miejscu na podłodze wąska smuga, przeciekającego przez szpary w okiennicy światła. Teraz była ciemność.
Wyczerpany, usunął się na łóżko. Pragnął snu. Zdawał sobie jednak sprawę, że nie zaśnie. Chwilę leżał bez ruchu, zupełnie otępiały, niezdolny do myślenia. Każdy głębszy oddech odzywał się bólem w piersiach. Stygnący pot, jak lód chłodził plecy. Któż to wołał: „Pawle!” – Kroki oddalają się, cichną nieporadnie i lękliwie – „Pawle, Pawle!”
Nagle wszystko stało się przerażająco jasne: ten krótki, jakże znany sen, to błądzenie przed kilku godzinami wśród zagajnika, a potem… Zerwał się z łóżka. Zatoczył się, ścisnął dłońmi tętniące skronie.
– To niemożliwe! – zawołał na głos. – To niemożliwe…
Bronił się przed tą straszną myślą. Czuł jednak, że przenika w niego coraz głębiej. Jak uciec przed nią, jak ją zniszczyć? Wszystko się rozpada, trud całego życia… Osunął się na kolana.
– Nie, nie! – szepnął rozpaczliwie.
Spotniały, drżący, targany strachem, który jak ból wyrywał mu z zaciśniętego gardła ochrypły jęk, upadł krzyżem na podłogę.
– Panie, czy możliwe, aby u początku drogi, którą poprowadziłeś mnie ku Tobie, leżała okrutna krzywda? Przecież nie mogłeś chcieć, abym doszedł do Ciebie takim kosztem… Wołałeś mnie do siebie bezustannie, cierpliwie czekając chwili, gdy zbudzę się i usłyszę Twój głos. Wiesz, że wahałem się długo, czy mam prawo odpowiedzieć: oto jestem. Bo przecież wiedziałem, że gdy raz wejdę na twoją drogę, nie będzie mi już wolno z niej zejść… Oto, żeby Tobie być wierny, musiałem wobec niej być niewierny. Żeby do Ciebie dojść, musiałem ją porzucić… Wołałeś, Panie… ufałem, że jej nie opuścisz, przecież jestem tylko człowiekiem…
Słowa zamarły mu na wargach. Cóż znaczą słowa? Cóż znaczy modlitwa? Czyż człowiek nie jest bliższy człowiekowi od Boga?
Anna wróciła do domu tak wzburzona, że o dogadaniu się z nią nie podobna było myśleć. Robiła wrażenie zupełnie nieprzytomnej, mówiła od rzeczy.
Z początku Litowka myślał, że zwariowała. Próbował ją wybadać, dowiedzieć się, co robiła, gdy uciekła od niego na drodze. Ale z chaotycznych wyjaśnień jednego tylko się domyślił: nie chodziło tu o śmierć Nawrockiego. Więc o co? O kogo? Co się stało? Odpowiedzi, które dawała, gmatwały wszystko. Zrozumiał wreszcie, że dzisiaj niczego się nie dowie. Dręczony najgorszymi przeczuciami, poszedł do siebie.
Zaledwie została sama, szybko zgasiła światło i tak jak przyszła ze dworu, w kostiumie i w pantoflach, nie odrzucając nawet kołdry, położyła się na łóżku. Było już dobrze po północy, gdy z czujnego półsnu, pełnego bolesnych i niespokojnych wspomnień, wyrwało ją łomotanie do drzwi wejściowych. Natychmiast się zerwała. Więc nie omyliło ją przeczucie!
Lecącymi rękoma zapaliła świecę. Kołatanie powtórzyło się, energiczniejsze tym razem. „Jak śpieszy mu się…” pomyślała ze złą radością. Przeszła przez ciemną izbę szynku i wszedłszy po schodach na półpiętrze zapukała do Litowki.
– Grzegorzu! – zawołała głośno.
Ponieważ nie odpowiadał, nacisnęła klamkę. Ale drzwi nie puściły.
– Grzegorzu! – uderzyła pięścią. – To ja…
W pokoju poruszyły się ciężkie kroki.
– Grzegorzu, otwórz, słyszysz?
Zazgrzytał klucz. Wewnątrz było ciemno. Musiała podnieść świecę, żeby zobaczyć Litowkę. Stał blady, ze zmienioną twarzą, również w ubraniu. W ręku trzymał rewolwer.
– Ogłuchłeś? Dobija się ktoś.
– Ciszej! – syknął.
– Otwórz prędko.
Usta mu zadrżały, twarz poszarzała i skurczyła się.
– Musieli już dowiedzieć się – mruknął ochryple. – Ale czego oni ode mnie chcą? Dlaczego do mnie?
– Kto? – nie zrozumiała. – Co ty mówisz?
Chwycił ją za rękę.
– Słuchaj, Anna! – począł szeptać pośpiesznie – przez pamięć na dawne lata, słyszysz, zeznasz wszystko, jak było, dobrze? Ja nie maczałem w tym ręki, przysięgam ci. Chciałem zabić, ale to nie ja zabiłem, nie ja… ktoś inny, zbieg okoliczności… ale nie ja…
Ściskał jej dłoń coraz silniej. Odsunęła go.
– Możesz się nie bać. To nie po ciebie.
– Nie po mnie? – spojrzał spode łba. – Skąd wiesz?
– Wiem. Otwórz, to się przekonasz.
Nie ustępował jednak.
– Skąd wiesz, że nie po mnie?
Nagle drgnął i poczerwieniał.
– Anna! spójrz mi w oczy… Rozumiem teraz! – w oczach jego błysnęła wściekłość. – To ty wszystko tak uknułaś, ty… żmijo! Poszłaś na policję zadenuncjować, chcesz się mnie pozbyć, tak? Już zapomniałaś, jak wyciągnąłem cię z rynsztoka zdychającą… ale poczekaj, nie ciesz się za wcześnie…
Przyciągnął ją do siebie i podniósł rewolwer.
– Grzegorzu – powiedziała spokojnie – nigdzie nie chodziłam.
– Kłamiesz!
– Twoje sprawy nic mnie w tej chwili nie obchodzą. Tam przyszedł ktoś do mnie.
– Do ciebie?
– Tylko do mnie, rozumiesz? Chociaż nie wiem, czy jest pewny, że to jestem ja. Może tylko podejrzewa… ale to wszystko jedno!
Na dole coraz gwałtowniej się dobijano.
– Kto nie jest pewny? Co ty wygadujesz? Kto podejrzewa?
Wzruszyła ramionami.
– Zobaczysz? Mogę cię tylko zapewnić, że tam za drzwiami stoi ktoś, kogo jeszcze bardziej nienawidzę niż ciebie. Wystarczy ci to? No więc… schodzisz czy nie? Bo jeśli nie…
– Poczekaj! – jeszcze nie dowierzał. – To prawda, co powiedziałaś?
Spojrzała na niego pogardliwie.
– Jakiż z ciebie tchórz!
Wahał się chwilę.
– Daj świecę – mruknął wreszcie.
Powoli zszedł na dół. Anna zbiegła za nim i znikła w swoim pokoju. Przed samymi drzwiami zatrzymał się.
– Kto tam?
– Swój – odpowiedział znajomy głos.
Postawił świecę we wnęce ściany i w jednym ręku trzymając rewolwer, drugą odsunął ciężką żelazną sztabę.
Читать дальше