Michaś uczynił ruch, jakby chciał podnieść głowę, skończyło się jednak tylko na tym ruchu. Uparcie patrzył w stół.
– Odrabiam lekcje – szepnął.
– Skończyłeś już?
– Jeszcze nie. To jest tak – poprawił się szybko. – Już tylko powtarzałem.
Ksiądz Siecheń podszedł bliżej.
– Ksienia skarżyła się na ciebie, mówiła, że nie jadłeś kolacji…
Chłopiec poczerwieniał.
– Nie chciało mi się.
– A potem zamknąłeś się na klucz, tak? Zmartwiłeś bardzo biedaczkę.
Michaś milczał. Dostrzegł tylko proboszcz, że usta chłopca rozchylił wesoły, przekorny uśmiech. Zaskoczyło go to, wszystkiego bowiem spodziewał się prócz podobnej reakcji.
Nagle Michaś podniósł głowę.
– Ona tu była potem – powiedział jasnym głosem.
– Tylko udałem, że śpię… nie domyśliła się niczego.
I już zupełnie swobodnie roześmiał się. Nie był to jednak śmiech, który proboszcz dobrze znał i lubił. Zabrzmiał w nim nowy akcent, zuchwała nuta dojrzewającej młodzieńczości, nieomal ostre wyzwanie.
W tej chwili przez szparę w uchylonych drzwiach wcisnęła się Ksienia. Ujrzawszy jej strapioną, żałosną minę, Michaś znowu wybuchnął wesołością. Spojrzała na niego z nieukrywanym zgorszeniem i jak gdyby jawnie chciała go pozbawić swojej troskliwości, zwróciła się wprost do księdza Siechenia:
– Herbata już gotowa, proszę księdza proboszcza. Gdzie mam podać?
Mówiła jednak z nadmiaru wzruszeń tak niewyraźnie, że nie zrozumiał. Powtórzyła więc z widocznym niezadowoleniem.
– Tutaj niech Ksienia przyniesie – powiedział proboszcz. – Albo nie, zaraz… może i Michaś coś zje?
– Ależ tak! – zawołał chłopiec. – Ksieniu, niech Ksienia natychmiast rozchmurzy się, zjem wszystkie zapasy, jakie są w domu, słyszy Ksienia? No, Ksieniu, roześmiać się… – złożył prosząco ręce.
Choć serce jej zabiło z zachwytu, nastroszyła się nieprzejednanie.
– Michaś powinien o tej porze spać, a nie o jedzenie wołać. Do czego to podobne? Mało to razy przypominałam o kolacji?. Trzeba było nie zamykać się w pokoju, jak przed wrogiem jakim, to i byłaby kolacja.
– Kiedy wtedy nie chciało mi się – zaczął przekomarzać się Michaś.
Ksienia aż zatrzęsła się z oburzenia.
– Słyszy ksiądz proboszcz, co on mówi? Nie chciało mu się…
– No, już dobrze, dobrze – załagodził proboszcz. – Więcej się to nie powtórzy. Niech Ksienia poda, co tam jest, zjemy i spać.
Ksienia wyprostowała się.
– Dobrze, podam. Jak ksiądz proboszcz chce, to podam. Ale ksiądz proboszcz ma stanowczo za dobre serce, to nie jest dobrze.
Kiedy wyszła, ksiądz Siecheń zwrócił się do Michasia.
– Widzisz – powiedział tonem łagodnego wyrzutu – zdaje się, że naprawdę wyrządziłeś jej przykrość. Nie powinieneś tego robić.
Oczy Michasia musnęły opiekuna przelotnym spojrzeniem i pobiegły w stronę okna. Na widok nocy tak cichej i jasnej zabiło mu serce. Pomyślał z żalem, że nie może dalej pisać. Po chwili, ciągle zwrócony w tamtą stronę, odezwał się:
– Przecież nie jestem już dzieckiem, mogę iść spać, kiedy mi się podoba, kiedy mam ochotę…
Ksiądz Siecheń nigdy nie słyszał podobnego tonu. I uczuł, że cokolwiek teraz powie, nie trafi to chłopcu do przekonania. Szepnął wreszcie cicho, jakby z wysiłkiem:
– Nie powinieneś jednak dopuszczać do siebie takiej ochoty, która komuś drugiemu sprawia przykrość.
– Dlaczego?
W głowie chłopca zadźwięczała przekora.
– Dlaczego? – powtórzył zwróciwszy się nagle w stronę księdza? – To przyjemnie sprawiać czasem komuś przykrość.
Proboszcz w milczeniu przyglądał się Michałowi. Jednak tym razem mały nie odwrócił oczu. Patrzył na opiekuna nieustępliwie, jakby wzrokiem, który rozjaśnił nagle świeży blask, wspomóc chciał wypowiedziane słowa. Wreszcie proboszcz podniósł rękę i dotknął ramienia chłopca.
– Moje dziecko…
Ale nie dokończył: dłoń mu zadrżała, głos się załamał. Stał z półprzymkniętymi powiekami i twarzą bladą, zmienioną przez znużenie.
– Moje dziecko – powtórzył po chwili ciszej. – Nie wolno ci tak mówić, nie można…
„Zły jestem” – pomyślał Michaś. I wzruszony swoim żalem i smutkiem, który usłyszał w głosie proboszcza, zapragnął w jakiś sposób okazać opiekunowi skruchę. Już chciał schylić się, aby pocałować go w rękę, gdy targnął nim bunt.
Zacisnął wargi, potrząsnął głową.
– Dlaczego nie wolno? Dlaczego ciągle czegoś nie wolno? Wszystkim wolno, tylko mnie nie wolno. Ksiądz chciałby…
Zawahał się, jakby się przeląkł niedopowiedzianej myśli.
– A ja… ja nie chcę, bo ksiądz chciałby…
Ksiądz Siecheń wyprostował się.
– Chciałbym, żebyś nie potrzebował wstydzić się siebie – powiedział surowo.
– Ja wcale się nie wstydzę.
– Tym gorzej. Jeśli teraz jeszcze się nie wstydzisz, to będziesz musiał wstydzić się później.
Mówił takim tonem, że Michaś nie odważył się odpowiedzieć. Przybladł tylko cokolwiek, oczy mu pociemniały. Ksiądz Siecheń odwrócił się. Ale we drzwiach zatrzymał się.
– Zapomniałem ci powiedzieć coś ważnego, moje dziecko – powiedział z łagodnym już akcentem w głosie. – Siemion przesyła ci pozdrowienia.
Michaś drgnął.
– Siemion?
– Tak, przecież byłem u niego. Mówiłem ci wychodząc, że idę do Siemiona.
Spodziewał się jakiejś odpowiedzi, był pewien, że teraz Michaś zdobędzie się na serdeczny odruch. Ale chłopiec milczał. Twarz jego nie wyrażała żadnego wzruszenia.
Przeszli więc do jadalni. Stół był nakryty, słychać było pośpieszne krzątanie Ksieni w kuchni.
– Już niosę, niosę! – zawołała.
Jak przed każdym posiłkiem, proboszcz zatrzymał się przy swoim krześle i przeżegnał się. Michaś machinalnie uczynił to samo, po raz pierwszy nie odmówił krótkiej modlitwy. Nie chciał tych znanych, od tylu lat po kilka razy dziennie powtarzanych wyrazów. Nie chciał ich, jak nie chciał w tej chwili niczego, co należało do księdza.
Stał z głową pochyloną, zaciśniętymi ustami, nachmurzony. Jakąż ulgę odczułby, gdyby mógł wrócić teraz do swego pokoju albo wybiec na dwór! Ogarniała go coraz większa niechęć do opiekuna. I kiedy usiadłszy, spotkał się z jego wzrokiem, nie starał się wcale ukryć swojej wrogości. Było mu z nią dobrze, natychmiast stłumiła w nim przelotne szarpnięcie niepokoju i umocniła w przekonaniu, że słuszność jest po jego stronie. Zupełnie już pewien siebie zabrał się do krajania chleba.
Ksiądz Siecheń siedział naprzeciw, patrzył w stół. Wolał uniknąć wzroku chłopca. Tymczasem Ksienia wniosła uroczyście dymiącą kaszę. Stawiając talerz przed proboszczem oświadczyła:
– Z mlekiem, proszę księdza proboszcza, bardzo dobra, taka, jak ksiądz lubi.
Na Michasia za to spojrzała z ukosa.
– A Michasiowi to może nie będzie smakowało – głos jej zadrżał oburzeniem. – Ale to trudno, nic innego nie ma, trzeba jeść, co jest.
Ksiądz Siecheń podniósł głowę i uśmiechnął się blado.
– Cóż to Ksienia tak dzisiaj Michasiowi dokucza?
Chłopiec poczerwieniał.
– Ja wcale nie potrzebuję obrony – burknął opryskliwie.
– Michasiu… – szepnął ksiądz.
– Bo nie potrzebuję! – powtórzył.
Dopiero teraz Ksienia wybuchnęła:
– To ty tak, smarkaczu? Takim tonem do swego dobroczyńcy? Taka wdzięczność? Mój Boże, czegóż to ja musiałam dożyć! Żeby taki pędrak, od ziemi ledwie odrósł i już tak sobie zaczyna…
Читать дальше