Dopiero późnym popołudniem nadarzyła się kolejna sposobność, by zastanowić się nad tym spokojnie w samotności. Stał przy tablicy, usiłując poczuć na nowo ów przelotny posmak zaskoczenia. Zamknął oczy i krok po kroku zaczął odtwarzać w pamięci poranne kolegium, wszystko, co zostało powiedziane. Nie mógł jednak zapanować nad biegiem plączących się myśli. Idzie dobrze, idzie dobrze, kołatało mu w głowie. Z powodu nieuchwytnej drobnostki nie mógł sobie powinszować ani zatańczyć na biurku. Przypominało to poranek, kiedy leżąc w łóżku rozmyślał o swoich sukcesach i do pełni szczęścia brakowało mu tylko aprobaty Clive'a.
I raptem sobie przypomniał. Wróciło w chwili, gdy wymówił w myśli imię przyjaciela. Przeszedł przez cały gabinet do telefonu. Sprawa była prosta i najprawdopodobniej śmierdząca.
– Jeremy? Czy mógłbyś wpaść do mnie na chwilę? Jeremy Ball, kierownik działu krajowego, stawił się w niespełna minutę. Vernon posadził go na krześle i poddał istnemu przesłuchaniu, zapisując miejsca, daty, czas, słowem wszystko, co wiedziano i co podejrzewano. Ball sięgnął raz po telefon, by potwierdzić niektóre szczegóły u dziennikarza zajmującego się tą sprawą. Potem, gdy tylko wyszedł, Vernon zadzwonił z prywatnej linii do Clive'a. Znowu to samo, długa zwłoka i wreszcie grzechot słuchawki, szelest pościeli, ochrypły głos. Jest po czwartej, co on robi, leży w łóżku cały dzień jak nieszczęśliwy nastolatek?
– A, to ty, Vernon, właśnie…
– Posłuchaj, chodzi o to, co mówiłeś dziś rano. Muszę zadać ci parę pytań. Kiedy byłeś w Krainie Jezior?
– W zeszłym tygodniu.
– Clive, to ważne. Dokładnie kiedy?
Dobiegło stęknięcie i skrzypienie, gdy Clive podciągnął się na łóżku.
– To musiało być w piątek. Co się…
– Czekaj, chodzi o tego mężczyznę, którego widziałeś. O której byłeś na tych Allen Crags?
– Pewnie koło pierwszej.
– Posłuchaj. Ten facet napastujący kobietę, której nie pomogłeś. Wiesz, kto to był?! Gwałciciel znad jezior!
– Pierwsze słyszę.
– Co ty, nie czytasz gazet? Przez ostatni rok napadł osiem kobiet, głównie turystki. Tej akurat udało się uciec.
– Całe szczęście.
– Wcale nie. Dwa dni temu napadł inną. Wczoraj go aresztowali.
– No to wszystko gra.
– Nie, nie gra. Skoro nie pomogłeś tej kobiecie, to w porządku, twoja sprawa. Ale gdybyś potem poszedł na policję, nie dorwałby tej drugiej.
– Jedno wcale nie wynika z drugiego, ale nieważne -odparł Clive. – Dlaczego podnosisz na mnie głos, Vernon, czy to kolejny z twoich złych dni? Czego tak naprawdę chcesz?
– Chcę, żebyś jak najszybciej poszedł na policję i zeznał, co widziałeś.
– Wykluczone.
– Możesz przecież zidentyfikować tego człowieka.
– Piszę w tej chwili finał symfonii, która…
– Akurat, cholera jasna. Leżysz w łóżku.
– Nie twoja sprawa, co robię.
– No nie, to jest oburzające. Idź na policję, Clive. To twój moralny obowiązek.
Wyraźnie słyszalne wciągnięcie powietrza, chwila namysłu, a potem:
– Ty mi mówisz, co jest moralne? Ty?
– O co ci chodzi?
– Chodzi mi o te zdjęcia. Chodzi mi o to, że srasz na grób Molly…
Uwaga na temat odchodów w odniesieniu do nie istniejącego miejsca pochówku nakreśliła w sporze granicę, zza której nie było już odwrotu i puściły wszelkie hamulce.
– Gówno wiesz, Clive – przerwał Vernon. – Żyjesz sobie jak u Pana Boga za piecem i nie masz, kurwa, zielonego pojęcia…
– …chodzi mi o to, że szczujesz społeczeństwo przeciw człowiekowi. Chodzi mi o rynsztokowe dziennikarstwo. Jak ty możesz ze sobą wytrzymać?
– Wygaduj sobie, co ci ślina na język przyniesie, ale faktem jest, że tracisz kontakt z rzeczywistością. Jeśli nie pójdziesz na policję, to sam do nich zadzwonię i powiem, co widziałeś. Pomoc w próbie gwałtu…
– Kompletnie ci odbiło! Jak śmiesz mi grozić!
– Są sprawy ważniejsze niż symfonie. Te sprawy to ludzie.
– A czy ci ludzie są równie ważni jak nakład pewnej gazety, Vernon?
– Zgłoś się na policję.
– Odpierdol się.
– Nie, to ty się odpierdol.
Nagle otworzyły się drzwi gabinetu i w progu stanęła Jean z nieszczęśliwą miną.
– Przepraszam, że przeszkadzam w rozmowie – rzekła -ale chyba lepiej, żebyś włączył telewizor. Rose Garmony zwołała konferencję prasową. Program pierwszy.
Kierownictwo partii zastanawiało się długo i wnikliwie nad sprawą swego ministra i podjęło pewne rozsądne decyzje. Pierwszą było wpuszczenie tego ranka kamer do znanego szpitala dziecięcego, by sfilmować panią Garmony wyłaniającą się z sali operacyjnej, zmęczoną, ale uszczęśliwioną po wykonaniu zabiegu na otwartym sercu dziewięcioletniej czarnej dziewczynki imieniem Candy. Panią chirurg uwieczniono również podczas obchodu na czele orszaku zacnych pielęgniarek i lekarzy oddziałowych, ściskaną serdecznie przez dzieci, które ją wręcz uwielbiały. Potem uchwycono na moment łzawe spotkanie na parkingu z wdzięcznymi rodzicami zoperowanej dziewczynki. Były to pierwsze sekwencje, które zobaczył Vernon, kiedy trzasnął słuchawką telefonu, obmacał papiery na biurku w poszukiwaniu pilota i wreszcie rzucił się przez cały pokój do odbiornika zawieszonego wysoko na ścianie w rogu gabinetu. Gdy łkający ojciec wysypał pół tuzina ananasów na ręce pani chirurg, głos zza kadru wyjaśnił, iż niektórzy wznoszą się tak wysoko w hierarchii medycznej, że zwracanie się do nich per „pan/pani doktor" wydaje się nie na miejscu. Oto, proszę państwa, Rose Garmony.
Vernon, któremu serce wciąż waliło po kłótni z Cli-ve'em, wrócił za biurko, by w spokoju obejrzeć telewizję, Jean tymczasem wyszła na palcach, zamykając za sobą bezszelestnie drzwi. Raptem akcja przeniosła się do Wiltshire, na jakieś wzniesienie, skąd widać było obrosły drzewami strumyk wijący się między nagimi, falistymi pagórkami. W otulinie wiązów stał ładny dom gospodarski, a kiedy głos lektora nakreślił znaną dobrze przeszłość Garmony'ego, kamera rozpoczęła długi, powolny najazd i wyłuskała w końcu owcę pielęgnującą nowo narodzone jagnię na trawniku przed domem, blisko krzewów, tuż przy drzwiach. To była również decyzja partii – wysłać Garmonych z dziećmi do ich wiejskiego domu na długi weekend, gdy tylko Rose wyrwała się ze szpitala. Ukazano teraz całą czwórkę jako rodzinę: ubrani w kalosze i woskowane kurtki, patrzyli w kierunku obiektywu zza bramy o pięciu prętach, w towarzystwie swego owczarka wabiącego się Milly i brytyjskiego krótkowłosego kota imieniem Brian, którego Annabel z czułością kołysała na rękach. Było to ujęcie propagandowe, ale o dziwo minister spraw zagranicznych ociągał się z tyłu, zachowując się, no cóż, potulnie jak baranek, a nawet jak jagnię, gdyż to jego żona grała główną rolę w tym przedstawieniu. Vernon nie wątpił, że Garmony pójdzie na dno, ale nie mógł się powstrzymać od pokiwania głową w uznaniu fachowości tego widowiska, czystego profesjonalizmu jego twórców.
Głos lektora ucichł i rozbrzmiały rzeczywiste dźwięki, trzask i szum kamer ręcznych oraz podenerwowane głosy dochodzące zza kadru. Z przechyłu i rozchwiania obiektywu wynikało jasno, że z jakiegoś powodu nastąpiło spore zamieszanie. Vernon zobaczył przelotnie niebo, potem nogi kamerzysty i pomarańczową taśmę. Cały cyrk widocznie toczył się tam, za tą taśmą. Wreszcie obiektyw odnalazł panią Garmony i uspokoił się, ona tymczasem odchrząknęła, przygotowując się najwyraźniej do wydania oświadczenia. Ściskała kartkę w dłoni, ale nie zamierzała z niej czytać, gdyż była na tyle pewna swego, że mogła się obyć bez notatek. Zwlekała chwilę, by mieć pewność, że przykuła uwagę wszystkich, a potem zaczęła opowiadać o swoim małżeństwie, poczynając od dni swojej nauki w konserwatorium Guildhall, kiedy to marzyła o zostaniu pianistką, a Julian był ubogim, ale pełnym animuszu studentem prawa. Czasy ciężkiej pracy i wiązania końca z końcem, czasy jednopokojowego mieszkania w południowym Londynie, narodzin Annabel, jej własnej spóźnionej decyzji, by studiować medycynę, i niezłomnego wsparcia ze strony Juliana, dumnego zakupu ich pierwszego domu na niezbyt popularnych obrzeżach Fulham, narodzin Neda, coraz lepszych notowań Juliana w palestrze, jej pierwszej pracy w szpitalu i tak dalej. Mówiła ze spokojem, nawet z uczuciem, a pewność siebie czerpała nie tyle ze swej pozycji społecznej czy statusu żony ministra, ile z pozycji zawodowej. Opowiadała, jak jest dumna z politycznej kariery męża, o oczarowaniu swymi dziećmi, o tym, jak wspólnie przeżywają wszystkie swoje sukcesy i niepowodzenia i jak to od zawsze cenili sobie dobrą zabawę, dyscyplinę, a nade wszystko uczciwość.
Читать дальше