Kuchenne złorzeczenia przedzielił drugi, a potem trzeci kieliszek dżinu. Clive wiedział z doświadczenia, że list wysłany w chwili wzburzenia jest bronią włożoną nieprzyjacielowi do ręki. Że to zakonserwowany jad, który w dalekiej przyszłości zostanie wykorzystany przeciw autorowi. Ale chciał napisać coś jak najszybciej właśnie dlatego, że być może za tydzień nie targałyby już nim tak silne uczucia. Kompromisem była lakoniczna pocztówka, z którą miał zamiar odczekać jeden dzień: Twoje pogróżki budzą we mnie odrazę. Podobnie jak twoje dziennikarstwo. Zasłużyłeś, żeby cię wyrzucono na zbity pysk. Clive. Otworzył butelkę chablis i machnąwszy ręką na saumon en croute w lodówce, poszedł na górę, zdecydowany za wszelką cenę pracować. Nadejdzie jeszcze taki czas, że po Vernonie Hallidayu nie zostanie nawet wspomnienie, natomiast Clive Linely pozostawi po sobie muzykę. Wówczas jego twórczość, jego cicha, uparta, triumfalna twórczość będzie słodką zemstą. Ale zacietrzewienie nie sprzyjało skupieniu, podobnie jak parę kieliszków dżinu i butelka wina. Trzy godziny później Clive wciąż ślęczał bezradny nad partyturą, w zgarbionej pozycji, z ołówkiem w dłoni, ze zmarszczonym czołem, pochłonięty jedynie jazgotliwą karuzelą myśli krążących po głowie, wciąż te same zawzięte koniki unoszące się i opadające na skręconych ślimakowato prętach. Oto są znowu. Co za chamstwo! Na policję! Biedna Molly! Pierdolony świętoszek! I on to nazywa moralnością? Siedzi po uszy w gównie! A Molly się nie liczy…?
O wpół do dziesiątej wstał i postanowił wziąć się w garść, wypić trochę czerwonego wina i zabrać się do roboty. Przecież czekał piękny temat, czekała jego pieśń, rozpisana na stronie, złakniona jego uwagi, spragniona jednej jedynej natchnionej modyfikacji, a oto on, naładowany skupioną energią, gotów tworzyć. Ociągał się jednak w kuchni nad odnalezioną w lodówce kolacją, słuchając audycji o nomadach z marokańskiego plemienia Tuaregów, a potem nalał sobie trzeci kieliszek bandola z myślą o spacerze po domu – o antropologicznej wędrówce po swej własnej egzystencji. W pokoju dziennym nie był od tygodnia i teraz snuł się po olbrzymim pomieszczeniu, przyglądając się obrazom i fotografiom, jak gdyby znalazł się tu pierwszy raz, przesuwając dłonią po meblach i biorąc do ręki przedmioty stojące na gzymsie kominka. Tu mieściło się całe jego życie, na które składały się jakże bogate dzieje! Pieniądze, za które kupiono każdą, choćby najtańszą z tych rzeczy, zarobił wymyślaniem dźwięków, ustawianiem nut jedna po drugiej. Wszystko to sobie wymarzył i ziścił bez niczyjej pomocy. Wypił więc za swój triumf jednym haustem i wrócił do kuchni, by sobie dolać przed wyruszeniem na obchód po jadalni. O wpół do dwunastej zasiadł z powrotem do partytury, której nuty nie chciały ustać w miejscu nawet dla niego, i musiał się pogodzić z faktem, że się upił, ale kto by się nie urżnął po takiej zdradzie ze strony przyjaciela? W biblioteczce z książkami stało pół butelki szkockiej whisky, którą zabrał na fotel Molly, a w odtwarzaczu leżał Ravel. Ostatnie, co pamiętał z tego wieczoru, to to, że wziął do ręki pilota i wycelował nim w urządzenie. Obudził się bladym świtem, ze słuchawkami przekrzywionymi na głowie, czując okropne pragnienie po śnie o wędrówce na czworakach po pustyni, o taszczeniu jedynego fortepianu Tuaregów. Napił się z kranu w łazience i położył do łóżka. Leżał tak kilka godzin, z otwartymi oczyma w mroku, wyczerpany, wypalony, ale czujny, po raz kolejny zmuszony do jazdy na karuzeli emocji. Po uszy w gównie! Moralność! Molly!
Kiedy ocknął się z krótkiego snu późnym rankiem, wiedział, że jego dobra passa, jego twórczy zapał dobiegł końca. Nie chodziło wyłącznie o to, że był zmęczony i skacowany. Gdy usiadł do fortepianu i spróbował z kilku stron podejść do problemu wariacji, zaraz się zorientował, że nie tylko ten pasaż, ale cała część utworu straciła dla niego powab – raptem poczuł gorycz w ustach. Nie śmiał nawet zastanawiać się zbyt głęboko nad całą symfonią. Gdy zatelefonowała sekretarka, by umówić się po odbiór ostatnich stron, potraktował ją szorstko i musiał oddzwonić z przeprosinami. Poszedł na spacer, by się przewietrzyć i wysłać pocztówkę do Vernona, która teraz wydawała mu się arcydziełem powściągliwości. Po drodze kupił „The Judge". Żeby nie rozpraszać swej uwagi, ostatnimi dniami odmawiał sobie prasy, radia i telewizji, ominęło go więc nakręcanie skandalu.
Przeżył zatem wstrząs, kiedy po powrocie do domu rozłożył gazetę na stole w kuchni. Garmony pozujący prowokacyjnie przed Molly, aparat w jej ciepłych dłoniach, jej żywe oko po raz kolejny kadrujące to, co Clive teraz oglądał. Pierwsza strona była żenująca, ale nie dlatego -przynajmniej nie wyłącznie dlatego – że uchwycono mężczyznę w jednoznacznej, intymnej chwili, ale dlatego, że gazeta zrobiła z tego wielki szum i wytoczyła najcięższe działa. Jak gdyby odkryto spisek wśród polityków albo znaleziono trupa pod stołem w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Co za błędna, nietrafna, histeryczna taktyka. Niedorzeczny też był sposób, w jaki redakcja usiłowała za wszelką cenę być okrutna. Przesadny, pogardliwy rysunek na przykład, i triumfujący wstępniak: dziecinna gra słów: „członek" i „reformy", zagrywka pod publiczkę z przysłowiem „nie szata zdobi człowieka", brutalna uwaga o „dwóch żonach w jednej rodzinie". Znów przyszła do głowy ta myśl: Vernon nie tylko jest odrażający, ale najwyraźniej postradał zmysły. Nic nie powstrzymywało Cli-ve'a przed odczuwaniem wstrętu do niego.
Kac utrzymał się przez cały weekend aż do poniedziałku – po czterdziestce już nie można się go było pozbyć tak łatwo – a uczucie ogólnego obrzydzenia stanowiło stosowne tło dla gorzkich rozmyślań. Praca utknęła w martwym punkcie. Soczysty owoc przemienił się w zeschłą gałązkę. Kopiści w napięciu czekali na ostatnie dwanaście stron partytury. Dyrektor orkiestry zatelefonował trzykrotnie, mówiąc głosem drżącym od tłumionej paniki. Za niebotyczną stawkę wynajęto od najbliższego piątku na dwa dni prób salę Concertgebouw, trzymano też w gotowości dodatkowych perkusistów i akordeonistę, o których prosił Clive. Giulio Bo chciał jak najszybciej zobaczyć epilog, w Birmingham wszystko było zapięte na ostatni guzik. Jeśli do czwartku w Amsterdamie nie znajdzie się kompletna partytura, to on – dyrektor – nie będzie miał innego wyjścia jak utopić się w najbliższym kanale. Posmakowanie udręki większej niż własna podziałało kojąco, niemniej Clive odmówił wydania stronic. Wstrzymywał się w nadziei na opracowanie kluczowej wariacji. Sprawy przybrały taki obrót, że coraz bardziej mu się wydawało, iż od niej właśnie zależy jedność całego dzieła.
Oczywiście była to zgubna taktyka. Kiedy wszedł do pracowni, tamtejszy bałagan go przytłoczył, a gdy usiadł nad partyturą – pokrytą pismem młodszego, pewniejszego siebie i bardziej utalentowanego twórcy – obwinił Vernona za swoją niemoc i zapałał gniewem ze zdwojoną siłą. Jego skupienie prysło bez śladu. Z winy idioty. Coraz bardziej oczywiste stawało się, że los poskąpił mu arcydzieła, odmówił zwieńczenia życiowego dorobku. Symfonia miała nauczyć melomanów jak słuchać, jak słyszeć wszystko to, co dotąd skomponował. Przekreślono dowód, sygnaturę jego geniuszu, skradziono mu palmę pierwszeństwa. Clive zdawał sobie sprawę, że już nigdy nie przystąpi do napisania utworu takiego formatu; był nazbyt znużony, wyjałowiony, za stary. Niedzielę przesiedział odrętwiały w salonie, czytając inne doniesienia z piątkowego wydania „The Judge". Świat jak zwykle był jednym wielkim bajzlem: ryby zmieniały płeć, brytyjski tenis stołowy zszedł na psy, a w Holandii jakieś typy spod ciemnej gwiazdy z dyplomami akademii medycznych oferowały legalnie usługę eliminacji kłopotliwych, zgrzybiałych rodziców. Frapujące. Trzeba było mieć tylko udokumentowaną w dwóch egzemplarzach zgodę starego ojca lub matki i kilka tysięcy dolarów. Po południu Clive poszedł na długi spacer do Hyde Parku, rozmyślając o przeczytanym artykule. Fakt, przecież zawarł z Vernonem umowę, która nakładała na niego pewne zobowiązania. Być może należało się trochę doinformować. Ale poniedziałek strawił na pozorowaniu pracy, na dłubaninie, która była oszukiwaniem samego siebie i której – miał jeszcze na tyle rozsądku – zaprzestał wieczorem. Wszystkie pomysły przychodzące mu do głowy były miałkie. Nie powinni go w ogóle dopuszczać do komponowania tej symfonii. Nie jest godzien własnej twórczości.
Читать дальше