Następnego ranka odjazd karawany opóźniał się. Wozy stały gotowe do jazdy, bawoły niespokojnie parskały i grzebały kopytami, piesi żołnierze czekali ustawieni kołem wokół orszaku. Słońce wznosiło się coraz wyżej, a ciągle nie odtrąbiono odjazdu. Plotka głosiła, że zaginęła Dirilja, córka handlarza kobierców. Ale oczywiście nikt nie miał odwagi zapytać.
Wreszcie usłyszano jeźdźców, galopujących uliczkami miasta. Zaufany sługa handlarza pospieszył do jego wozu i zapukał w szybę. Moarkan otwarł drzwi i wyszedł, odziany w najlepsze szaty i przyozdobiony we wszystkie insygnia swej godności. Z kamienną twarzą wysłuchał sprawozdania szpiegów.
– Szukaliśmy wszędzie, w mieście i na drogach z miasta ku wzgórzom – opowiadał przywódca jazdy – lecz nigdzie nie trafiliśmy na ślad waszej córki.
– Ona nie jest już moją córką. – powiedział Moarkan posępnie i rozkazał: – Dajcie sygnał do odjazdu! I zaznaczcie na mapach, że nie chcemy już nigdy przybyć do Yahannochii.
Orszak handlarza został wprawiony w ruch powoli, ale niepowstrzymanie, jak kamienna lawina. Tym razem, podczas wyjazdu z miasta, na poboczach stało już tylko kilkoro dzieci. W chmurze kurzu toczył się monstrualny pochód wozów, zwierząt i ludzi, zostawiając ślad kół i odcisków kopyt tak głęboki, że potrzeba było kilku tygodni, by zawiał go pył.
Dirilja czekała w ukryciu na skraju miasta, aż karawana handlarza zniknie za horyzontem, potem jeszcze jeden dzień, nim odważyła się wyjść. Większość ludzi nie rozpoznawała jej, a ci nieliczni, którzy ją poznali, zadowalali się pogardliwym spojrzeniem.
Udało jej się dowiedzieć, jak dotrzeć do domu tkacza włosianych kobierców, Ostvana. Wyposażona w trochę prowiantu, butelkę wody i szarą chustę dla ochrony przed słońcem i kurzem, ruszyła w drogę.
Bez konia podróż była długa i uciążliwa. Z zazdrością patrzyła na handlarkę zbliżającą się z naprzeciwka, małą, stareńką kobietę, jadącą na jucznym ośle i prowadzącą za sobą dwa inne, wysoko załadowane belami tkanin, koszami i skórzanymi workami. Choć Dirilja miała przy sobie dość pieniędzy, by kupić każde zwierzę w mieście, przecież nikt nie sprzedałby jej nawet kulawego osła, jej, młodej kobiecie podróżującej samotnie.
Kamienista ścieżka wspinała się pod górę, coraz częściej musiała zatrzymywać się dla złapania oddechu, a kiedy słońce stanęło wysoko na niebie, wczołgała się w cień pod nawisem skalnym i wypoczywała, aż poczuła, że wracają jej siły. Tak minął prawie cały dzień, nim dotarła do celu.
Dom chylił się, wyblakły i zwietrzały, jak czaszka starego zwierzęcego szkieletu. Czarne otwory okien zdawały się wpatrywać badawczo w młodą kobietę, wyczerpaną, stojącą na czysto zamiecionym podwórku i rozglądającą się niezdecydowanie.
Niespodziewanie otwarły się drzwi i niepewnym krokiem, kiwając się na słabych nóżkach, wyszło z nich małe dziecko, a za nim szczupła kobieta o opadających długimi lokami włosach.
Serce Dirilji skurczyło się z trwogi, gdy poznała, że małe dziecko to chłopiec.
– Przepraszam, czy to dom Ostvana? – spytała z trudem.
– Tak – powiedziała kobieta i z ciekawością przyjrzała jej się od stóp do głów. – A kim wy jesteście?
– Na imię mam Dirilja. Szukam Abrona.
Twarz kobiety sposępniała, jakby padł na nią cień.
– A czemu go szukasz?
– On był… To znaczy, my… Jestem córką handlarza włosianych kobierców Moarkana. Abron i ja zaręczyliśmy się… ale on nie przyszedł i… – Urwała, gdy po tych słowach kobieta podeszła do niej i ją objęła.
– Mam na imię Garliada – powiedziała. – Dirilja, Abron nie żyje.
Wprowadziły ją do środka, Garliada i Mera, pierwsza żona Ostvana. Usadziły na krześle i podały szklankę wody. Dirilja opowiedziała swoją historię, a Mera, matka Abrona, swoją.
Gdy wszystko zostało już powiedziane, milczały.
– Co mam teraz zrobić? – spytała po cichu Dirilja. – Opuściłam ojca bez jego zgody; musi się mnie wyrzec, a jeśli go jeszcze kiedyś spotkam, będzie musiał mnie zabić. Nie mogę wrócić.
Garliada wzięła jej rękę.
– Możesz zostać tutaj. Ostvan weźmie cię na drugą żonę, gdy z nim porozmawiamy i wszystko mu opowiemy.
– Tu będziesz przynajmniej bezpieczna – powiedziała Mera i dodała: – Ostvan jest stary. Nie będzie cię brał do swego łoża, Dirilja.
Dirilja powoli skinęła głową. Jej spojrzenie spoczęło na małym chłopcu, siedzącym na podłodze i bawiącym się małą ramą tkacką, powędrowało potem do szeroko otwartych drzwi, popatrzyła w dal, poprzez niezliczone łańcuchy skalistych szczytów i dolin, na zakurzone, nieurodzajne pustkowie, znające tylko wiejący bez końca wiatr i bezlitosne słońce. Potem rozwiązała węzełek i zaczęła rozpakowywać rzeczy.
Nagły podmuch wiatru potargał mu włosy, splątane pasma opadły na twarz. Nerwowym ruchem dłoni odgarnął je i markotnie przyjrzał się białym kosmykom, które zostały mu w palcach. Każde przypomnienie faktu, że nieubłaganie stawał się coraz starszy, napełniało go wstrętem. Otrząsnął dłonie, jakby chciał równocześnie otrząsnąć się z tych myśli.
Za długo zasiedział się w tych wszystkich domach, zbyt wiele razy próbował przekonywać upartych ojców. Doświadczenie długiego życia powinno było nauczyć go, że to tylko strata czasu. Teraz wieczorny wiatr szarpał wytartą szarą pelerynę i robiło się coraz chłodniej. Wędrówka samotnymi ścieżkami do odległych domów tkaczy włosianych kobierców z każdym rokiem zdawała mu się coraz trudniejsza. Postanowił złożyć jeszcze tylko jedną wizytę, potem ruszyć już w drogę powrotną. Dom Ostvana i tak leżał po drodze.
Bądź co bądź starość miała jedną zaletę, co niekiedy nastrajało go nieco łagodniej: zapewniała mu ona w oczach ludzi autorytet i szacunek, jakich nigdy nie przyniosło mu niezbyt poważane stanowisko nauczyciela. Coraz rzadziej zdarzało się, że musiał długo dyskutować o tym, czy dzieci mają uczęszczać na zajęcia szkolne lub że ojciec wzbraniał się przed zapłaceniem czesnego za następny rok. I coraz częściej wystarczało ostre spojrzenie, by zdusić tego rodzaju opory w zarodku.
Ale to wszystko stanowiło mizerny argument za starością. Jeśli tylko miałbym wybór, myślał zadyszany, człapiąc pod górę po stromej ścieżce. Miał w zwyczaju wyprzedzać trochę kalendarz i zbierać czesne nieco wcześniej, dzięki czemu odbywał swoje wędrówki jeszcze w chłodnej porze roku. Przede wszystkim były to odwiedziny u tkaczy włosianych kobierców, bo wszyscy mieszkali daleko za miastem, a z racji ich godności wypadało iść do nich osobiście – te dni za każdym razem były męczące. Nie chciał odbywać tych wędrówek w słonecznym żarze końca roku.
Dotarł wreszcie do tarasu przed domem. Na złapanie oddechu potrzebował kilku minut, przyglądał się więc domowi Ostvana. Budynek był dość stary, jak większość domów gobeliniarzy. Bystre oko nauczyciela poznało po ułożeniu kamieni technikę murowania rozpowszechnioną w poprzednim stuleciu. Po niektórych przybudówkach poznawał, że pochodzą z nowszych czasów, choć na pierwszy rzut oka też wydawały się stare.
Kogo dziś jeszcze interesują takie rzeczy? – pomyślał markotnie. To także była wiedza, która zaginie wraz z nim. Zapukał do drzwi, spoglądając przy tym szybko w dół, sprawdzając ułożenie fałd nauczycielskiej togi. Schludny wygląd był bardzo ważny, szczególnie w tym domu.
Drzwi otwarła stara kobieta. Poznał ją. Była to matka Ostvana.
Читать дальше