— Idź do kościoła! — zawołałam czepiając się tej nowej nadziei.
— Nie, nie pójdę, nie jestem wierzący i nudzę się w kościele, a poza tym, cóż my prowadzimy za rozmowy! — Znowu zaczął się śmiać, ale naraz śmiech uwiązł mu w gardle i chwytając mnie za ramiona, gwałtownie zaczął mną potrząsać, jakby nagle ogarnęła go furia:
— Czy ty nie rozumiesz, co ja zrobiłem? Nie rozumiesz? Nie rozumiesz? — Potrząsał mną z taką siłą, że się dusiłam, po czym odepchnął mnie, wyskoczył z łóżka i po ciemku zaczął się ubierać. — Nie zapalaj światła — powiedział tonem groźby — będę musiał się przyzwyczaić do widoku własnej twarzy, ale jeszcze na to za wcześnie!… Żebyś mi się nie ważyła zapalić lampy!
Po prostu bałam się odetchnąć. Ale w końcu zapytałam:
— Odchodzisz?
— Tak, ale niedługo wrócę! — powiedział; wydawało mi się że zaśmiał się znowu. — Nic się nie bój, wrócę, a nawet mam ci do zakomunikowania dobrą wiadomość: zamieszkam u ciebie na stałe.
— U mnie?
— Tak, ale nie będę ci się narzucał, będziesz mogła prowadzić własne życie… A zresztą — dodał — możemy oboje żyć z tego, co przysyłają mi z domu. Dotąd płaciłem za pokój i utrzymanie, ale jeżeli będziemy się stołować w domu, wystarczy pieniędzy dla nas obojga.
Jego pomysł zamieszkania u mnie wydał mi się raczej dziwny niż przyjemny. Ale nie śmiałam nic powiedzieć. W milczeniu skończył się ubierać. — Wrócę wieczorem — powiedział. Usłyszałam, jak otwiera drzwi, wychodzi, zamyka drzwi. Zostałam sama, z szeroko otwartymi w ciemnościach oczyma.
Zastosowałam się do rady Astarity i jeszcze tego samego popołudnia poszłam do komisariatu rejonowego, żeby złożyć zeznania w sprawie Sonzogna. Udałam się tam bardzo niechętnie, bo po przejściach Mina wszystko, co miało związek z policją i policjantami, budziło we mnie wstręt. Jednakże zdecydowałam się na ten krok, bo wiedziałam, że przynajmniej przez jakiś czas będę miała dla kogo żyć.
— Czekamy na ciebie od rana — powiedział komisarz, kiedy wytłumaczyłam cel mojej wizyty. Był to porządny człowiek, znałam go od dawna; chociaż był ojcem rodziny i przekroczył pięćdziesiątkę, wiedziałam, że czuje dla mnie coś więcej niż sympatię. Utkwił mi w pamięci przede wszystkim jego nos, duży i mięsisty, nadający twarzy melancholijny wyraz. Włosy miał zawsze potargane, oczy wpółprzymknięte, jak gdyby dopiero co wstał z łóżka. Te oczy jaskrawobłękitnego koloru spoglądały na mnie, jakby poprzez maskę, z nalanej, czerwonawej, pełnej nierówności twarzy, przypominającej skórkę późnych pomarańczy, które są wprawdzie ogromne, ale wewnątrz zupełnie wysuszone.
Powiedziałam, że nie mogłam przyjść wcześniej. Patrzał na mnie przez chwilę szafirowymi oczyma, osadzonymi głęboko w tej pomarańczy-twarzy, po czym zapytał porozumiewawczym tonem:
— A więc jak on się nazywa?
— A skąd ja mogę wiedzieć!
— Nie udawaj, wiesz!
— Słowo honoru — powiedziałam przykładając rękę do piersi — zaczepił mnie na Corso. Rzeczywiście, jego zachowanie wydało mi się jakieś dziwne, ale nie zwróciłam na to większej uwagi.
— A po co siedział u was w mieszkaniu, jeżeli ciebie nie było w domu?
— Miałam pilne spotkanie, zostawiłam go i wyszłam.
— A on był pewien, żeś poszła na policje, wiesz? I krzyknął, żeś go wydała.
— Tak, wiem.
— I że drogo za to zapłacisz.
— Głupstwo.
— Czy nie zdajesz sobie sprawy — powiedział patrząc na mnie — że to jest niebezpieczny człowiek i że jutro, żeby pomścić twoją domniemaną zdradę, może strzelić do ciebie, tak jak strzelał do policjantów?
— Oczywiście, że zdaję sobie z tego sprawę.
— Więc dlaczego nie chcesz powiedzieć jego nazwiska?… Zaaresztujemy go i będziesz miała spokój.
— Przecież mówię, że nie wiem, jak on się nazywa… Czy muszę znać nazwiska wszystkich mężczyzn, których przyprowadzam do domu?
— Ale my — oświadczył nagle podnosząc głos i teatralnie pochylając się do przodu — znamy jego nazwisko.
Domyślałam się, że to podstęp, i odpowiedziałam spokojnie:
— Jeżeli znacie; to po co mi zawracacie głowę? Aresztujcie go i koniec.
Spoglądał na mnie przez chwilę w milczeniu; zauważyłam, że niespokojnym wzrokiem śledzi nie tyle moją twarz, ile figurę. Zrozumiałam, że nagle, na przekór jego woli, dawna namiętność wzięła górę nad żyłką zawodową.
— Wiemy jeszcze coś więcej — ciągnął dalej — że jeśli ostrzeliwał się i uciekł, musiał mieś swoje powody ku temu.
— Ja także jestem tego pewna.
— Ale ty znasz powody.
— Nic nie wiem… Jeżeli nie znam nawet jego nazwiska, to jak mogę wiedzieć resztę?
— A my doskonale znamy tę resztę. — Mówił teraz machinalnie, jak gdyby myślał o czym innym, i byłam pewna, że za chwilkę wstanie i podejdzie do mnie. — Znamy go na wylot i złapiemy go, to kwestia dni, może godzin.
— Tym lepiej dla was.
Wstał, tak jak przewidywałam, zbliżył się i ujmując mnie pod brodę, powiedział:
— No, no… Wiesz wszystko, tylko nie chcesz powiedzieć… Czego się boisz?
— Niczego się nie boję — odpowiedziałam — nic nie wiem, a ręce niech pan trzyma przy sobie.
— No, no — powtórzył, ale wrócił na swoje miejsce i usiadł za stołem. — Masz szczęście — ciągnął dalej — bo mam do ciebie słabość i wiem, że dzielna z ciebie dziewczyna… Wiesz, co by zrobił ktoś inny na moim miejscu? Wpakowałby cię do aresztu, żeby rozwiązać ci język… i prędko by cię nie wypuścili… A potem znalazłabyś się w San Gallicano.
Wstałam i powiedziałam:
— Mam bardzo niewiele czasu… jeżeli pan nie ma mi nic więcej do powiedzenia…
— Idź, ale bądź ostrożniejsza ze swoimi znajomościami… politycznymi i innymi.
Udałam, że nie zrozumiałam jego ostatnich słów, i wyszłam szybko z tego niechlujnego biura.
Na ulicy znowu przyszedł mi na myśl Sonzogno. Komisarz potwierdził moje przypuszczenia: Sonzogno w przekonaniu, że go zadenuncjowałam, gotował się do zemsty. Ogarnął mnie straszliwy lęk, ale bałam się nie o siebie, lecz o Mina. Sonzogno był niepoczytalny i gdyby zastał u mnie Mina, nie zawahałby się ani przez chwilę, zamordowałby nas oboje. Muszę powiedzieć, że dziwnie pociągała mnie myśl o wspólnej śmierci z Minem. Wydawało mi się, że widzę tę scenę: oto Sonzogno strzela, ja rzucam się między nich na ratunek Mina i ginę od wystrzału, który w niego był wymierzony. Ale nie bez przyjemności wyobrażałam sobie, że Mino także zostaje ranny i że umieramy obydwoje, a krew nasza zlewa się w jeden strumień. Ale pomyślałam przy tym, że zginąć razem w jednej chwili, z ręki jednego mordercy, nie byłoby tak pięknie, jak popełnić wspólnie samobójstwo. Odebranie sobie życia we dwoje uważałam za godne zakończenie wielkiej miłości. Było to jak zerwanie kwiatu, zanim zwiędnie, pogrążenie się w wiecznej ciszy po wysłuchaniu niebiańskiej muzyki. Często myślałam o takim samobójstwie, które zatrzymuje czas, zanim obrzydzi on i zniszczy miłość, o samobójstwie będącym następstwem nadmiaru szczęścia, a nie smutku i cierpienia. W momentach, kiedy moja miłość do Mina tak przybierała na sile, że bałam się, iż nie wytrzymam długo tego natężenia, nasuwała mi się myśl o wspólnym samobójstwie w sposób zupełnie naturalny, równie żywiołowa jak pocałunki i pieszczoty. Ale nigdy mu o tym nie wspominałam, bo do tego rodzaju wspólnej śmierci potrzebna jest wzajemna miłość, a Mino mnie nie kochał. A jeśli mnie nawet kochał, to nie na tyle, żeby pragnąć śmierci. Wracając do domu, byłam całkowicie pochłonięta tymi myślami; szłam szybko, ze spuszczoną głową. Nagle zakręciło mi się w głowie, chwyciły mnie mdłości i poczułam śmiertelną słabość w całym ciele. Ledwie zdążyłam wejść do mleczarni. Od domu dzieliło mnie zaledwie kilka kroków, ale nie czułam się na siłach, aby tam dojść.
Читать дальше