Ференц Молнар - Chłopcy z Placu Broni
Здесь есть возможность читать онлайн «Ференц Молнар - Chłopcy z Placu Broni» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Жанр: Детская проза, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.
- Название:Chłopcy z Placu Broni
- Автор:
- Жанр:
- Год:неизвестен
- ISBN:нет данных
- Рейтинг книги:3.17 / 5. Голосов: 6
-
Избранное:Добавить в избранное
- Отзывы:
-
Ваша оценка:
- 60
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
Chłopcy z Placu Broni: краткое содержание, описание и аннотация
Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Chłopcy z Placu Broni»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.
Chłopcy z Placu Broni — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком
Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Chłopcy z Placu Broni», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.
Интервал:
Закладка:
Napięcie wzrosło. Głos nauczyciela brzmiał surowo:
— W jaki sposób zebraliście taki ogromny kawał kitu?
Zapanowała cisza. Nauczyciel spojrzał na Kolnaya.
— Kolnay! Gdzie to zebraliście?
Kolnay zaczął trajkotać tak gorliwie, jakby wierzył, że swoim szczerym wyznaniem wyratuje kolegów z opresji.
— Bo proszę pana psora, myśmy to uzbierali przez cały miesiąc. Naprzód to ja żułem, ale wtedy ten kit był mniejszy. Pierwszy kawałek przyniósł Weiss i od tego się zaczęło, wtedy założyliśmy nasz związek. Ojciec zabrał Weissa na przejażdżkę dorożką i on wydrapał kit z okna. Aż paznokcie sobie rozkrwawił. Potem ktoś wybił szybę w auli, więc całe popołudnie czekałem, aż przyjdzie szklarz, a on przyszedł dopiero o piątej i ja go wtedy poprosiłem, żeby dał mi trochę kitu, ale on nic nie odpowiedział, po prostu nie mógł mówić, bo on miał całą paszczę kitu.
Nauczyciel surowo zmarszczył brwi.
— Jak ty się wyrażasz? Zwierzę ma paszczę, nie człowiek!
— Przepraszam, całe usta miał pełne kitu. Bo żuł kit. Więc podszedłem i poprosiłem go, żeby pozwolił mi się przyglądać, jak będzie wprawiał szybę. Patrzyłem, jak przyciął szybę, wprawił ją i wreszcie poszedł. A kiedy już poszedł, to ja zaraz wydrapałem kit. I zabrałem. Ale nie dla siebie, lecz dla naszego związku… zwią… związ.. kuuu… — i również się rozpłakał.
— Przestań płakać — powiedział profesor Rac.
Weiss, który w zdenerwowaniu miętosił róg kurtki, nie omieszkał zauważyć:
— Zaraz ryczy…
Ale Kolnay dalej szlochał i to tak rozpaczliwie, że aż serce się krajało. Weiss syknął więc znowu:
— Nie rycz!
Ale wkrótce i on zaczął beczeć. Łzy wzruszyły widać profesora Raca. Mocno zaciągnął się cygarem. Wtedy elegancik Czele zdecydował zachować się tak, jak zwykli to czynić rzymscy bohaterowie i jak wczoraj na Placu Broni postąpił Boka, więc godnym krokiem wystąpił przed oblicze profesora i stanowczym głosem oświadczył:
— Panie profesorze, ja również zbierałem kit dla związku.
I śmiało spojrzał nauczycielowi w oczy. Profesor Rac zapytał:
— Skąd go brałeś?
— Z domu — odpowiedział Czele — stłukłem szybkę w zbiorniczku do kąpieli w klatce dla ptaków. Mama kazała to zaraz naprawić, a ja wydłubałem potem kit i woda wypłynęła na dywan, kiedy kanarek zaczął się kąpać. Ale po co taki kanarek ma się kąpać? Wróble na przykład w ogóle się nie kąpią, są brudne i wcale im to nie przeszkadza.
Profesor Rac pochylił się na swoim krześle i pogroził Czelemu.
— Nie rezonuj, Czele, bo ci zaraz zepsuje ten twój dobry humor! Mów dalej, Kolnay!
Kolnay pochlipywał jeszcze. Wytarł nos i zapytał:
— A co mam jeszcze mówić?
— Skąd wzięliście resztę kitu?
— Czele właśnie przed chwilą powiedział… I związek dał mi raz sześćdziesiąt grajcarów na ten cel…
To już się panu profesorowi Racowi zupełnie nie podobało.
— A więc również kupowaliście kit?
— Nie — odparł Kolnay. - Tylko mój ojciec jest lekarzem i przed południem jeździ fiakrem do pacjentów, raz zabrał mnie ze sobą, a ja z okna wydłubałem kit, bo był bardzo miękki, no to związek dał mi sześć dziesiątek, żebym sam się tym fiakrem przejechał, więc po południu wsiadłem i pojechałem aż na Urzędnicze Parcele, po drodze wydłubałem kit ze wszystkich czterech okien, a potem piechotą wróciłem do domu.
Profesor zastanowił się chwilę.
— Czy to było wtedy, kiedy spotkałem cię przy Akademii Sztabu Generalnego?
— Tak jest.
— I odezwałem się do ciebie… A ty mi nie odpowiedziałeś.
Kolnay pochylił głowę i ze smutkiem odparł:
— Nie mogłem, bo miałem pełną paszczę kitu.
I Kolnay znów się załamał i znów zaczął płakać.
Weiss ponownie się zdenerwował, zaczął miętosić w ręku kurtkę i zmieszany powiedział:
— Znów ryczy…
I sam w bek.
Nauczyciel wstał i zaczął przechadzać się po pokoju.
- Ładna sprawa. A kto był prezesem?
Usłyszawszy to pytanie Weiss błyskawicznie uspokoił się. Przestał płakać i dumnie uniósłszy głowę oświadczył:
— Ja!
— A kto był skarbnikiem?
— Kolnay.
— Oddaj pieniądze, które wam zostały.
— Proszę.
Kolnay sięgnął do kieszeni. A miał nie mniej przepastne kieszenie niż Czonakosz. Zaczął w nich grzebać i po kolei wyjmować wszystko, co w nich trzymał. Przede wszystkim wydobył jednego forinta [4] Pod koniec XIX wieku w węgierskiej części Królestwa i Cesarstwa Austro — Węgierskiego oprócz grajcarów i koron w obiegu znajdowały się forinty. Wartość jednego forinta wynosiła 2 korony, jednej korony — 100 grajcarów.
i czterdzieści trzy grajcary. Potem dwa znaczki pocztowe po pięć grajcarów, kartkę pocztową, dwa znaczki skarbowe o wartości jednej korony każdy, osiem nowych stalówek i jedną kolorową kulkę. Nauczyciel sposępniał na widok pieniędzy i dokładnie je przeliczył.
— Skąd braliście pieniądze?
— Ze składek członkowskich. Co tydzień każdy płacił dziesięć grajcarów składki.
— A po co były wam potrzebne pieniądze?
— Wpłacaliśmy składki dla zasady. Weiss zrezygnował bowiem jako prezes z pensji.
— Ile miał dostawać tej pensji?
— Pięć grajcarów tygodniowo. Ja przyniosłem znaczki, pocztówkę Barabasz, a znaczki skarbowe Rychter. Ojciec mu… to znaczy on je ojcu…
— Ukradł! Co? Rychter! — przerwał gwałtownie nauczyciel.
Rychter wystąpił i spuścił oczy.
— Ukradłeś? Przyznaj się!
Chłopiec bez słowa skinął potwierdzająco głową.
— Cóż to za deprawacja! Kim jest twój ojciec? — nauczyciel był wstrząśnięty i z dezaprobatą kręcił głową.
— Mój ojciec, doktor Ernest Rychter, jest adwokatem. Ale nasz związek ukradkiem zwrócił ten znaczek.
— Ukradkiem?
— No bo najpierw to ja ukradłem ojcu ten znaczek, ale później bałem się, że ojciec zauważy, więc związek dał mi jedną koronę, żebym odkupił znaczek i podrzucił ojcu na biurko. Lecz właśnie wtedy ojciec mnie przyłapał na gorącym uczynku, to znaczy, nie wtedy, kiedy zabierałem znaczek, ale wtedy, kiedy go ukradkiem chciałem oddać, i zdrowo mi przyłoił…
Na surowe spojrzenie profesora Rychter natychmiast poprawił się:
— Dostałem za to od ojca lanie, a potem jeszcze dodatkowo przyłożył mi po buzi za to, że ukradłem ten znaczek, który chciałem położyć mu na biurku. Ojciec się strasznie gniewał i pytał, komu ja ten znaczek ukradłem, a ja nie chciałem się przyznać, bo znów dostałbym po buzi, więc powiedziałem, że to Kolnay dał mi ten znaczek, i wtedy tatuś powiedział: „Natychmiast oddaj Kolnayowi, bo on na pewno gdzieś go ukradł”, więc ja zaniosłem z powrotem znaczek Kolnayowi i dlatego teraz nasz związek ma dwa znaczki.
Profesor Rac zastanowił się nad tym, co usłyszał.
— A po co kupowaliście nowy znaczek, skoro można było oddać stary?
— Nie dało rady — odpowiedział za Rychtera Kolnay — bo na odwrocie przystawiliśmy pieczątkę naszego związku.
— To i pieczątkę macie? Gdzie ta pieczątka?
— Barabasz jest naszym strażnikiem pieczęci.
Przyszła więc kolej na Barabasza. Teraz on wystąpił do przodu. Posłał mordercze spojrzenie Kolnayowi, z którym zawsze się spierał. Pamiętał jeszcze o niedawnym zdarzeniu z kapeluszem na Placu Broni, przed głosowaniem… Ale co robić, wyjął z kieszeni sporządzoną z gumy pieczątkę wraz z poduszką do stemplowania i posłusznie postawił ją na nauczycielskim stole. Nauczyciel obejrzał pieczątkę. Napis brzmiał: „Związek Kitowców, Budapeszt, 1889”. Profesor Rac stłumił uśmiech i znów pokiwał głową. Ośmieliło to Barabasza do tego stopnia, że sięgnął w kierunku stołu i chciał zabrać z powrotem pieczątkę. Ale profesor położył na niej dłoń.
Читать дальшеИнтервал:
Закладка:
Похожие книги на «Chłopcy z Placu Broni»
Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Chłopcy z Placu Broni» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.
Обсуждение, отзывы о книге «Chłopcy z Placu Broni» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.