Ференц Молнар - Chłopcy z Placu Broni
Здесь есть возможность читать онлайн «Ференц Молнар - Chłopcy z Placu Broni» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Жанр: Детская проза, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.
- Название:Chłopcy z Placu Broni
- Автор:
- Жанр:
- Год:неизвестен
- ISBN:нет данных
- Рейтинг книги:3.17 / 5. Голосов: 6
-
Избранное:Добавить в избранное
- Отзывы:
-
Ваша оценка:
- 60
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
Chłopcy z Placu Broni: краткое содержание, описание и аннотация
Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Chłopcy z Placu Broni»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.
Chłopcy z Placu Broni — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком
Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Chłopcy z Placu Broni», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.
Интервал:
Закладка:
Ujął Bokę pod ramię i zmęczeni tyloma emocjami ruszyli w stronę miasta długą ulicą Üllöi.
IV
Zegar znów wybił godzinę pierwszą i chłopcy w klasie zaczęli pakować książki. Pan profesor Rac zatrzasnął dziennik i stanął na katedrze. Zawsze usłużny prymus Czengey podbiegł do nauczyciela i pomógł mu włożyć palto. Siedzący w różnych ławkach chłopcy z Placu Broni spoglądali na Bokę w oczekiwaniu poleceń. Wiedzieli, że dziś po południu, już o drugiej, odbędzie się zbiórka na Placu, ponieważ trzyosobowy patrol zwiadowczy miał złożyć sprawozdanie z wyprawy do Ogrodu Botanicznego. O tym, że wyprawa się udała i przewodniczący chłopców z Placu Broni dzielnie zrewizytował czerwone koszule — wszyscy już wiedzieli. Ale chłopcy ciekawi byli szczegółów wyprawy, przygód, jakie się przydarzyły wysłannikom, oraz niebezpieczeństw, które musieli pokonać. Z Boki nawet obcęgami nie wyrwaliby słowa na ten temat. Czonakosz plótł jak zwykle, co mu ślina na język przyniosła, i okropnie przy tym blagował. Opowiadał o jakichś dzikich zwierzętach, z którymi spotkali się w ruinach zamku w Ogrodzie Botanicznym, mówił, że Nemeczek omal nie utonął w stawie… że czerwoni siedzieli na wyspie wokół olbrzymiego, płonącego stosu… Wszystko mu się przy tym plątało i zawsze zapominał o tym, co najważniejsze. Poza tym co chwila ogłuszał słuchaczy przeraźliwymi gwizdami, którymi kończył każde zdanie, co dodatkowo utrudniało słuchanie.
Nemeczek natomiast czuł się bardzo ważny i swoją tajemniczością jeszcze podsycał ciekawość. Gdy pytano go o wydarzenia, odpowiadał z powagą:
— Nie wolno mi nic powiedzieć.
Albo też:
— Zapytajcie naszego przewodniczącego.
Wszyscy okropnie zazdrościli Nemeczkowi, który, mimo że był tylko szeregowcem, wziął udział w tak wspaniałej wyprawie. Panowie podporucznicy i porucznicy czuli, że po tych wydarzeniach szeregowy Nemeczek stał się znacznie ważniejszy od nich, ba, niektórzy nawet zaczęli głosić, że malca niezwłocznie awansują na oficera i na Placu, poza czarnym psem Słowaka — Hektorem, nie będzie już żadnego szeregowca…
Nim jeszcze pan profesor Rac opuścił klasę, Boka podniósł do góry dwa palce. Miało to znaczyć, że o drugiej godzinie spotykają się na Placu. Inni chłopcy, którzy nie należeli do grupy z Placu Broni, odczuwali straszliwą zazdrość, kiedy na ten znak Boki wtajemniczeni potwierdzili salutowaniem, iż wiedzą, o co mu chodzi. O drugiej na Placu!
Już chcieli wychodzić z klasy, kiedy nastąpiło coś nieoczekiwanego.
Profesor Rac zatrzymał się na stopniu katedry.
— Zaczekajcie — powiedział.
Natychmiast zapanowała cisza.
Nauczyciel wyciągnął z kieszeni palta małą karteczkę. Włożył okulary i zaczął odczytywać:
— Weiss!
— Obecny — odpowiedział z przestrachem w głosie Weiss.
Profesor czytał dalej następujące nazwiska:
— Rychter! Czele! Kolnay! Barabasz! Lesik! Nemeczek!
Wyczytywani odpowiadali kolejno:
— Obecny! Obecny!
Profesor Rac schował kartkę do kieszeni i powiedział:
— Przed pójściem do domu zgłosić się do mnie w pokoju nauczycielskim. Mam do was małą sprawę.
Po czym, nie wyjaśniając przyczyny tego dziwnego zaproszenia, wyszedł z klasy.
W klasie aż zaszumiało.
— Dlaczego nas wzywa?
— Dlaczego mamy zostać?
— Czego od nas chce?
Takie pytania zadawali sobie wezwani przez profesora chłopcy. A ponieważ tak się złożyło, że wszyscy wyczytani byli z Placu Broni, więc cała klasa natychmiast zgromadziła się wokół Boki.
— Ja też nie wiem, o co może chodzić — powiedział przewodniczący — Idźcie, a ja zaczekam na was na korytarzu.
Następnie Boka zwrócił się do swoich podkomendnych:
— Wobec tego spotkamy się nie o drugiej, lecz o trzeciej. Ze względu na tę nieprzewidzianą przeszkodę.
Wielki korytarz szkolny zaludnił się w mgnieniu oka. Z innych klas również wychodzili uczniowie. Na cichym przed chwilą korytarzu zapanował gwar, tłok, wzajemne przepychanie się. Wszyscy bardzo się śpieszyli.
— Zostajecie w kozie? — jakiś chłopiec zwrócił się do smutnej grupki sterczącej pod drzwiami nauczycielskiego pokoju.
— Nie — odpowiedział hardo Weiss.
Chłopiec odwrócił się i wybiegł ze szkoły. Patrzyli za nim z zazdrością. Mógł spokojnie iść do domu…
Po kilku minutach oczekiwania otworzyły się drzwi pokoju nauczycielskiego i zza mlecznej szyby wyłoniła się wysoka, szczupła sylwetka profesora Raca.
— Wejdźcie — powiedział i ruszył pierwszy.
W pokoju nauczycielskim było pusto. Chłopcy w śmiertelnej ciszy stanęli wokół długiego zielonego stołu. Ostatni z wchodzących ostrożnie zamknął za sobą drzwi. Profesor Rac usiadł na głównym miejscu przy stole i spojrzał na chłopców.
— Czy wszyscy są?
— Tak.
Z dołu, z podwórza, dobiegał radosny gwar śpieszących do domu uczniów. Nauczyciel zamknął okno i w dużym pokoju, z półkami pełnymi książek, zapanowała głucha, złowroga cisza. Po dłuższej chwili przerwał ją głos nauczyciela:
— Dowiedziałem się, że założyliście jakieś stowarzyszenie. Dlatego was tu wezwałem. Podobno ta wasza organizacja nazywa się Związkiem Kitowców. Ten, który mnie o tym poinformował, wręczył mi listę członków tego związku. Czy to prawda, że należycie do tego związku?
Nikt nie odpowiadał. Wszyscy stali w milczeniu obok siebie z nisko opuszczonymi głowami, co było najlepszym dowodem prawdziwości powyższego oskarżenia.
Nauczyciel mówił dalej:
— Zacznijmy od początku. Przede wszystkim chcę wiedzieć, kto założył ten związek, kiedy jasno i wyraźnie oświadczyłem, że nie pozwalam na zakładanie żadnej, ale to żadnej organizacji.
Nikt jednak nie odpowiadał.
Po długiej ciszy odezwał się wreszcie jakiś zalękniony głos:
— To Weiss.
Profesor Rac surowo spojrzał na Weissa.
— Weiss! Czy ty nie potrafisz się sam zgłosić?
— Ależ tak, potrafię — odpowiedział cichutko Weiss.
— To dlaczego nie przyznałeś się od razu?
Na to pytanie biedny Weiss nie znalazł odpowiedzi. Profesor Rac zapalił cygaro i wypuścił kłąb dymu.
— No to po kolei — powiedział. - Po pierwsze powiedz mi, o jakich tu kitowców chodzi, co to w ogóle znaczy?
Zamiast odpowiedzi Weiss wyjął z kieszeni dużą bryłę kitu i położył ją na stole. Przez chwilę patrzył na nią, a potem tak cicho, że ledwo go było słychać, powiedział:
— To jest właśnie kit.
— A cóż to takiego? — zapytał nauczyciel.
— Kit to kit, to taka masa, którą przykleja się szyby do ram okiennych. Szklarz wkłada szybę w ramę, i potem przylepiają kitem, a my to wydłubujemy paznokciem.
— I to ty wydrapałeś ten cały kit?
— Nie, panie profesorze. To jest związkowy kit.
Nauczyciel uniósł brwi ze zdziwienia.
— Co takiego? — zapytał.
Weiss nabrał nieco odwagi.
— To jest kit zebrany przez członków związku — powiedział — a zarząd mnie właśnie powierzył jego przechowywanie. Poprzednio Kolnay przechowywał kit, bo on jest naszym skarbnikiem, ale u niego kit wysechł, bo go nigdy nie żuł.
— Więc ten kit trzeba żuć?
— Tak, bo inaczej wysycha i wtedy nie można go ugniatać. Ja codziennie żułem kit.
— Dlaczego właśnie ty?
— Bo zgodnie z naszym statutem prezes powinien przynajmniej raz dziennie żuć związkowy kit, żeby nie stwardniał…
Tu Weiss załamał się, wybuchnął płaczem i pochlipując dodał:
— A teraz właśnie ja… jestem prezesem.
Читать дальшеИнтервал:
Закладка:
Похожие книги на «Chłopcy z Placu Broni»
Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Chłopcy z Placu Broni» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.
Обсуждение, отзывы о книге «Chłopcy z Placu Broni» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.