Kornel Makuszyński - Szaleństwa Panny Ewy
Здесь есть возможность читать онлайн «Kornel Makuszyński - Szaleństwa Panny Ewy» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Жанр: Детская проза, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.
- Название:Szaleństwa Panny Ewy
- Автор:
- Жанр:
- Год:неизвестен
- ISBN:нет данных
- Рейтинг книги:4 / 5. Голосов: 1
-
Избранное:Добавить в избранное
- Отзывы:
-
Ваша оценка:
- 80
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
Szaleństwa Panny Ewy: краткое содержание, описание и аннотация
Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Szaleństwa Panny Ewy»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.
Szaleństwa Panny Ewy — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком
Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Szaleństwa Panny Ewy», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.
Интервал:
Закладка:
Bystrym rozumem Ewcia odgadła, że te kwasy, co się pienią w sercu pani Szymbartowej i w jej słowach, pochodzą ze zgryzot i troski matki, drżącej o zdrowie jedynego dziecka. Gdyby miała dość odwagi lub gdyby żyła z panią Szymbartową na serdecznej stopie, byłaby jej powiedziała, że nie należy biednej Zosi karmić tranem i jajkami, lecz słońcem i powietrzem; nie ogrzewać jej jak pisklęcia, nie trzymać w wacie i w dusznym pokoiku, lecz pozwolić jej na ruch, na bieganinę i na te wszystkie awantury, które sprawiają, że podlotek zachłannymi ustami pije zdrowie i życie. Pani Szymbartowa jednakże nie chciała nawet słyszeć o tym. Trwoga jej o dziecko była tak wielka, że nie posyłała go do szkoły, obawiając się, że z wielką pewnością przyniesie stamtąd "zarazę". Zosia uczyła się w domu. Uczyła się z wielkim trudem, niechętnie i z wyraźnym smutkiem. O oznaczonej godzinie zjawiła się zdyszana zabiedzona nauczycielka, siwa dobra kobiecina ze zmęczonymi oczami. Na inteligentnej twarzy miała wypisane wszystkie udręki, jakie tylko istnieją na świecie. Usiadłszy przy stole z Zosią przymykała na chwilę oczy i przez krótki moment trwała w bezruchu, jak gdyby czekała, aż ucichną w jej znużonej głowie wszystkie brzęki i szumy. Po chwili zaczynała mówić głosem równym i jednostajnie ściszonym, jak gdyby go chciała oszczędzać, bo go musi starczyć na długie jeszcze godziny tego dnia. Nauczała roztropnie i mądrze. Przy małym stoliku siedziały obok siebie dwie smutne, udręczone, ciche istoty, przyjazne i tkliwe.
Nauczycielce pomagał z własnej pilności pan Szymbart, który jako emeryt miał wiele czasu. Czynił to z przyjemnością, nie tylko dlatego, że bardzo kochał córkę, lecz i dlatego, że lekcje z nią były wyborną sposobnością do używania wspaniałej ludzkiej mowy, której posiadanie uparcie ukrywał przed panią Szymbartową. Umiał wiele i jasno wykładał swoją umiejętność. Czasem, kiedy ogarniały go wątpliwości albo gdy jakieś szkolne zagadnienie nowoczesne było dla niego zbyt zawiłe, prosił Ewcię.
– "Pomoc dajcie mi rodacy!" – wołał strapiony – bo jestem bałwan.
– Niech czcigodny rodak powie, co trapi jego i to polskie dziewczę! – mówiła Ewcia.
Czasem wolną schwytawszy chwilę sama zjawiła się w pokoiku Zosi, gdzie Rolmops przyjmowany był na prawach przyzwoitego gościa. Pomogła biednej dziewczynie z całej duszy. Zosię jednak wszystko męczyło. Tak była bledziutka, że już bardziej zblednąć nie mogła, lecz zaczynały jej drżeć ręce i grube krople potu ukazywały się na jej czole. Ewcia ścierała go miękkim dotykiem chusteczki i czym prędzej zamykała książkę.
– Nie męcz się, Zosieńko…Może otworzyć okno, bo tu duszno?
– Nie można. Mama będzie się gniewała, bo może być przeciąg.
– A może dać ci szklankę wody?
– Wody, nie… Och, jak bym się napiła mleka!
– Więc czemu się nie napijesz?
– Mama nie pozwala…
– Mama nie pozwala ci pić mleka? Czemu?
– Bo mleko robi kwasy w żołądku i dlatego jest szkodliwe.
– A cóż ty pijesz, nieszczęsna dziewczyno?
– Tran. Ja już nie mogę patrzeć na tran.
– A dzisiaj piłaś?
– Już piłam, a wieczorem muszę wypić jeszcze trzy łyżki. O, tam stoi flaszka! Och, Ewciu, ja bym chciała umrzeć…
– I co ci z tego przyjdzie? – zapytała Ewcia z niezwykłą roztropnością. – Pewnie, że lepiej jest umrzeć, niż pić tran, ale umieranie nie ma sensu. Nie chcesz tranu?
– Nie, nie!
Ewcia myślała przez chwilę, głęboko coś rozważając.
– Czy mama jest w domu?
– Nie. Mama poszła do apteki.
– Po nowy tran?
– Nie. Po sól morszyńską, bo ja muszę zawsze w dni nieparzyste…
– Słuchaj, Zosiu! Daruj mi ten tran…
Zosia spojrzała na nią z bezmiernym podziwem.
– Wypijesz go?
– Ja nigdy! Nie cierpię tranu, ale Rolmoops zje i wypije wszystko. Od razu mu wszystko nie dam, bo mi się jeszcze psina wykopyrtnie, ale przez trzy dni da temu radę. A ty napijesz się mleka! Czy u was w domu jest mleko?
– Jest, bo tatuś bardzo lubi. Ale skoro ja wypiję, a dla tatusia nie będzie, mama od razu spostrzeże – mówiła Zosia ze strachem.
– Jakoś się to zrobi! – rzekła Ewcia. – Wrócę za chwileczkę.
Mogła powiedzieć panu Szymbartowi, że Zosia pragnie napić się mleka i żeby on wziął je na swoje sumienie, nie uległo jednak wątpliwości, że pan Szymbart nie ulegnie panience i nie zgodzi się ze strachu na taką awanturę. Trzeba to będzie urządzić inaczej. Ewcia znalazła w spiżarni naczynie z mlekiem, pokrytym kożuchem jak woda w stawie. Przyjrzała mu się srodze zamyślona, jak człowiek, który ma za chwilę wiekopomny uczynić wynalazek.
– Mam! – zakrzyknęła cicho.
Zabrała naczynie i zaniosła je do pokoiku Zosi, patrzącej na to wszystko zastrachanymi oczami.
– Nie pij! szepnęła.
Pobiegła do swojego pokoju i powróciła ze szklaną rurką, używaną w cielęcych dniach do puszczania baniek z mydła, a przeniesioną z pamiątkowymi rupieciami na nowe mieszkanie. Z wielką ostrożnością wetknęła rurkę tuż przy brzegu naczynia, przebiwszy grubą powłokę kożucha.
– Teraz sobie pociągnij – szepnęła jak spiskowiec – Śmiało!
– Kiedy się boję – mówiła również szeptem Zosia.
– W takim razie ja wypiję!
– Dawaj! – zawołała Zosia z determinacją. Poczęła łakomie wyciągać napój przez rurkę, ku niebywałej radości Ewci. Rolmops patrzył zdumiony i oczarowany, zrozumiawszy, że chytrość ludzka jest niepojęta.
Zosia odjęła na chwilę usta od rurki.
– To świetnie! – szepnęła z przejęciem. – Może jeszcze?
– Może, ale ostrożnie. Uważaj, kobieto, abyś nie zniszczyła powłoki!
– Uważam…
Policzki jej zaróżowiły się i z radości, i ze zbytniej gorliwości. Piła długo i łakomie.
– Oj! – zawołała, spojrzawszy z trwogą w naczynie.
– Co się stało?
– Zdaje mi się, że wysączyłam do ostatniej kropelki.
– To źle, trzeba było coś zostawić. A może rurka się zatkała? Spróbuj!
Zosia "wyciągnęła w głąb pół brzucha" jak Wojski w Panu Tadeuszu grający na myśliwskim rogu, a w rurce zabulgotało powietrze.
– Widać, że dawno nie piłaś mleka – rzekła Ewcia wcale ponuro.
– Co my teraz zrobimy?
– Postawimy garnek tam gdzie stał…- Co innego można zrobić? Czy ci przynajmniej smakowało?
– O Boże!
Ewcia odniosła do spiżarni puste naczynie, niosąc je niezmiernie ostrożnie, aby zbyt nagłym ruchem nie rozerwać powłoki kożucha, mizernej w tej chwili dekoracji zakrywającej pustkę.
"Dzisiaj będzie koniec świata!" – pomyślała z trwogą. – "Ratuj się, kto może!"
Obie dziewczyny oczekiwały z biciem serca najpierw powrotu pani Szymbartowej, potem nasłuchiwały każdego odgłosu, kiedy się zbliża pora wieczerzy. Pan Szymbart dostawał na kolację resztki z obiadu i szklankę mleka, który o, nieszczęsny samobójca! – nie dbał o kwasy w żołądku.
Dziewczęta siedziały przy stole wymieniając ostrożnie spojrzenia. Pani Szymbartowa postawiła na stole jakieś mizerne jadło, pokrajała cienkie kromki chleba i smarowała je masłem, czyniąc to w sposób przedziwny: nabierała odrobinę masła na koniec noża i tym końcem dotykała chleba ostrożnie i ruchem powolnym, po czym szybko wysuwała nóż tak, że jego "omaślony" koniec znajdował się poza chlebem, a kromki "smarowała" gwałtownymi ruchami środkiem noża.
"Ciocia ze wstydu wyskoczyłaby przez okno" – myślała zawsze Ewcia patrząc na tę operację.
Dzisiaj jednak nie myślała wcale o cioci Halickiej. Patrzyła pilnie na zwyczajne, dokonane powtarzające się praktyki pani Szymbartowej, obliczając dokładnie, kiedy dojdzie do nalewania mleka.
Читать дальшеИнтервал:
Закладка:
Похожие книги на «Szaleństwa Panny Ewy»
Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Szaleństwa Panny Ewy» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.
Обсуждение, отзывы о книге «Szaleństwa Panny Ewy» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.